• facebook
  • rss
  • Młotkiem bym tyle nie natłukł

    Łukasz Czechyra

    |

    Posłaniec Warmiński 28/2012

    dodane 12.07.2012 00:00

    Bisztynek. Takiego wydarzenia nie pamiętają najstarsi mieszkańcy miasteczka. Gradobicie uszkodziło ponad 1000 budynków, zniszczonych zostało też kilkaset samochodów. Na szczęście nikt nie został ranny.

    Wszystko zaczęło się 4 lipca, parę minut przed godz. 17. Kościelny Andrzej Aleksandrowicz powoli szykował się do pójścia na Mszę św. – Najpierw zagrzmiało i zaczął padać deszczyk. Zwyczajny, który jednak robił się coraz gęstszy, aż pojawił się grad, taki drobny. A później, jak nadeszła raptem taka fala, to grad wielkości jabłek zaczął walić – opowiada pan Andrzej. Cała burza trwała nie więcej niż pół godziny, a gradobicie, które spustoszyło miasteczko – 10, może 15 minut.

    – Siedziałem w domu, a tu wszystko trzeszczy, dudni. Zerknąłem przez okno, wiele nie widziałem, ale było tak, jakbym ja wszedł na dach kościoła i zaczął te dachówki młotkiem tłuc. Tylko młotkiem nie zdążyłbym tyle natłuc. Wiele tych dachówek spadało, a jak spadały, to waliły po ścianach i witrażach, wicher je roznosił. Mnóstwo jest pękniętych, które zostały na dachu i leżą między łatami – mówi ks. kan. Eugeniusz Bartusik, proboszcz parafii św. Macieja Apostoła i Najdroższej Krwi Pana Jezusa. Świątynia – jako najwyższy budynek w Bisztynku – ucierpiała najwięcej, chociaż w tym przypadku natura była sprawiedliwa – waliła gradem każdemu po równo. Ostro dostało się i szkole, i urzędom, i kościołowi ewangelickiemu, i zwykłym mieszkańcom.

    Kanonada z nieba

    Ludzie mówią, że od wojny czegoś takiego nie było. Były burze, wichury, ale takich zniszczeń nikt nie pamięta. Żywioł wyrywał drzewa, wybijał szyby, wyszarpywał dziury w ziemi. – Przy szkole jeden taki, co wyciągał ten grad z ziemi, musiał rękę po łokieć wsadzić, żeby sięgnąć. Taka to była siła. Wynosiliśmy książki z biblioteki, żeby je ratować przed gradem, który przez wybite szyby wpadał – opowiadają w mieście. Pan Andrzej mówi, że zerwało mu 17 dachówek, wybiło szybę i zalało ścianę w pokoju, bo woda poszła między zerwanym okryciem dachu. Ale i tak twierdzi, że ma szczęście, a jego straty – w porównaniu z innymi – to właściwie nic. – Panie kochany, to tak jakby strzelanina była. Ja myślał, że Ruskie napadli – opowiada Stefan Kowalski, któremu z dachu nad głową wyrwało ponad 300 dachówek. Ogółem w Bisztynku ucierpiało 1050 dachów na różnych obiektach, w tym na 313 domach mieszkalnych. Uszkodzone są garaże, altany ogrodowe, nad halą widowiskową zawalił się dach, zniszczonych też zostało kilkaset samochodów. Ogromnych strat doznali też rolnicy, którym burza na miesiąc przed żniwami zrujnowała uprawy. Wszyscy oni mogą jednak liczyć na pomoc ze strony władz, a także sąsiadów. Natychmiast po nawałnicy pojawili się niezawodni strażacy, którzy usuwali zniszczenia, a także specjalnymi plandekami zabezpieczali dachy przed zalaniem mieszkań. W akcję włączyli się strażacy z PSP i OSP z całego województwa, na miejsce przyjechał też specjalny wysięgnik, bo żaden z lokalnych nie poradziłby sobie ze zniszczeniami na dachu kościoła. Na miejsce przybył również wojewoda warmińsko-mazurski Marian Podziewski, który kierował pracami powołanego w Urzędzie Miejskim sztabu kryzysowego. Do sprzątania ulic i skwerów zaangażowano m.in. skazanych z Zakładu Karnego w Barczewie oraz osadzonych w Areszcie Śledczym w Bartoszycach. Mieszkańcy szacują i zgłaszają swoje szkody. Najbardziej poszkodowani mogą liczyć na pomoc finansową do 6 tys. złotych.

    Uśmiech mimo wszystko

    Co ciekawe, mimo ogromnych strat, jakich doznali, mieszkańcy Bisztynka zachowują spokój, a wręcz optymizm. – Wczoraj faktycznie byłem załamany, ale dziś już się „odłamałem” – śmieje się pan Stefan. I wchodzi na dach z kolejnymi dachówkami. – Łażę po tym dachu jak wróbel, tylko dachówek brakuje. Najważniejsze, że starczyło na dach nad domem, reszta może poczekać – opowiada. Obok stoi pomocnik, który dostał wolne z pracy, żeby móc przyjechać do Bisztynka. – Jedna szefowa zgodziła się od razu, a druga, którą miałem prosić o zgodę, jak mnie zobaczyła, to tylko krzyknęła: „A co Ty tu jeszcze robisz? Jedź pomagać!” – tłumaczy. Ludzie cieszą się, że nikomu nic się nie stało. Narzekają trochę ci, którzy z oszczędności nie wykupili autocasco, ale i oni w końcu uśmiechają się i mówią, że „zawsze da się wyklepać”. – Wszystko jest dobrze. Samochód można kupić, dom wyremontować, tylko zdrowia kupić się nie da. A tego, na szczęście, grad nam nie zabrał – tłumaczy pani Halina. – I tak dobrze, że w takim czasie to się stało. Na przykład w niedzielę przed kościołem jest pełno samochodów. Jakby wtedy te dachówki zaczęły lecieć, to by była tragedia – mówi Andrzej Aleksandrowicz. Pomoc płynie do Bisztynka ze wszystkich stron. – Serdecznie dziękuję strażakom za ogromne zaangażowanie, a także innym, którzy organizowali wsparcie lub pomagali mieszkańcom. Apeluję jednocześnie do wszystkich, którzy mogą udzielić pomocy w zakresie materiałów budowlanych. Chodzi szczególnie o dachówki. Już zgłosiło się dwóch przedsiębiorców, którzy chcą bezpłatnie je przekazać. Serdecznie im dziękuję – mówił na konferencji prasowej wojewoda Marian Podziewski. Poseł PiS Jerzy Szmit wystosował do premiera Donalda Tuska pismo, w którym zwraca uwagę, że powiat bartoszycki, na którego terenie leży Bisztynek, należy do najbiedniejszych w całej Unii Europejskiej i bez pomocy z zewnątrz mieszkańcy sobie nie poradzą. Za jego przykładem poszli również inni parlamentarzyści z regionu. – Oczywiście, to był dramat. Ale w takich sytuacjach ludzie pokazują to, co w nich najlepszego. To już się nie zdarza często, żeby ktoś przyszedł i pytał, jak, gdzie i komu pomóc. Tak sam z siebie. Na pewno długo tego nie zapomnimy. I tego gradu, i tego słońca, które wyszło po nim – mówi pani Maria. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół