• facebook
  • rss
  • Traktor, siekiera i znaczki

    Łukasz Czechyra

    |

    Posłaniec Warmiński 33/2012

    dodane 16.08.2012 00:15

    Lokalni artyści. Ma największą w okolicy, a może i w kraju, kolekcję znaczków z podziemia. Rzeźbi, malowanie zostawia na później. Dba też o to, żeby ocalić od zapomnienia dawne maszyny.

    Na niewielkim polu w Łajsach niedaleko Pieniężna znajduje się Skansen Maszyn Rolniczych „Uchronić od zapomnienia”. Pomysł na niego pojawił się w roku 1999. Wtedy to właśnie Stowarzyszenie Agroturystyczne Ziemi Pieniężniejskiej postanowiło zebrać maszyny, których używano kiedyś na roli. Na miejsce wybrano pole Stanisława Chorążyczewskiego. Najpierw pojawił się pomysł, potem Stowarzyszenie napisało projekt, a z Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej otrzymano 30 tys. złotych, co na tamte czasy stanowiło bardzo poważną sumę pieniędzy. Ale pracy też było niemało – trzeba było odpowiednio przygotować pole. Skoszono trawę, następnie teren zaorano i zabronowano, pojawił się nawet mały staw. Kiedy to wszystko było gotowe, można było przystąpić do realizacji. Wszystkie maszyny zostały zakupione od okolicznych gospodarzy – zazwyczaj stały w krzakach czy pokrzywach i co tu dużo mówić, skansen uratował je od zezłomowania.

    Pan siądzie na ten kombajn

    Wiele eksponatów pochodzi z odlewni żeliwa, która przed wojną istniała w Pieniężnie (właścicielem był Schirrmacher). – Wszystkie maszyny pochodzą z okolicy, nie wszystkie zdążyli zabrać Niemcy. Zaraz po wojnie, jak ludzie dostali ziemię, to ściągali te maszyny i nimi pracowali. Ale potem przyszła władza za Stalina–Bieruta i jak mi ojciec opowiadał, wszystkie maszyny zabierali i cięli palnikami, żeby chłop nie miał. Zostały tylko te, które ludzie zdążyli ukryć w polu albo gdzieś pod słomą – opowiada Stanisław Chorążyczewski, opiekun skansenu. Na jego terenie stoi ponadto drewniana chata, w której prezentowany jest sprzęt gospodarstwa domowego, jak magle, krosno, cepy czy maselnice, ale także pozostałości wojenne – bagnety czy części masek gazowych. – W stowarzyszeniu było nas ze 30 osób, każdy miał strych i niepotrzebne rzeczy i tak się to zebrało. Bo jak ktoś był mądry to przyniósł do skansenu, a jak był głupi, to zaniósł na złom i wziął za to złotówkę – mówi pan Stanisław. W Stowarzyszeniu niestety przyszedł taki moment, kiedy zabrakło pieniędzy na utrzymanie projektu. Pani prezes chciała się pozbyć generującej koszty inwestycji, ale wtedy pojawił się burmistrz Pieniężna, który zaproponował, że maszyny przejmie na własność Urząd Miasta i Gminy, ale zostaną nadal na polu pana Chorążyczewskiego, który będzie jak dotychczas trzymał nad wszystkim pieczę. – Dzięki burmistrzowi i władzom miasta to wszystko jeszcze istnieje. Gdyby nie dawali pieniędzy na koszenie, to wszystko by zarosło, a tak to wygląda elegancko, a każdy kto przyjeżdża mówi, że jest pięknie – tłumaczy opiekun skansenu. A przyjeżdża naprawdę dużo osób, w zasadzie nie ma dnia, żeby kogoś nie było. Pojawiają się ludzie przypadkowi, ale i grupy zorganizowane, wycieczki szkolne, a także i tacy, którzy informacje znaleźli w internecie. Największy ruch jest w wakacje, kiedy przyjeżdżają Niemcy i warszawiacy, którzy w okolicy mają swoje domki letniskowe. Skąd takie zainteresowanie? Pan Chorążyczewski tłumaczy to tym, że ludzie teraz dużo podróżują, widzieli już wiele i szukają ciągle czegoś nowego, a to miejsce coś takiego daje. – Skansenów w całym kraju jest bardzo dużo. Ale u nas każdy może sobie obejrzeć, dotknąć, usiąść. W innych to nawet zbliżyć się nie można do eksponatu. A przecież to jest dla ludzi – mówi pan Stanisław.

    Jedyny w swoim rodzaju

    W skansenie wyjątkowy jest też jego opiekun. Pan Stanisław Chorążyczewski to bowiem człowiek niezwykły – ma największą w okolicy kolekcję znaczków Poczty Podziemnej „Solidarności”, uwielbia także szybkie samochody. Czasem wychodzi na pole z wykrywaczem metalu i potem przynosi do domu guziki z radzieckich mundurów czy hitlerowskie odznaki. Ale najbardziej znany jest ze swej działalności artystycznej. Pan Stanisław od ponad 40 lat rzeźbi. A wszystko zaczęło się od siostry. Pojechała kiedyś na wycieczkę do Białowieży i tam u jakiegoś lokalnego twórcy zamówiła sobie rzeźbę i z góry zapłaciła 500 zł, co na tamte czasy stanowiło ponad połowę pensji. A Stasiek chodził wtedy do podstawówki. – Ta rzeźba przyszła do nas w paczce do domu. Ja tę paczkę otworzyłem, a to był jakiś taki korzeń, postawiony na podstawce. Zaraz wziąłem siekierkę, noże, poszedłem nad rzekę i na drugi czy trzeci dzień miałem ładniejszy. I tak to się zaczęło – wspomina początki swojej pasji pan Chorążyczewski. Bardzo dużo pomogli mu ludzie z biblioteki w Pieniężnie. – Wtedy nie wiedziałem nawet, co to dłuto, rzeźby robiłem siekierą. Ale ktoś z Braniewa się tym zainteresował, wziął mnie do siebie, a potem na wystawę do Olsztyna. I właśnie tam był taki konkurs, „Współczesna sztuka ludowa ziemi olsztyńskiej” – pan Stanisław pokazuje dyplom z 1974 roku. – Jak ja tam pojechałem i zobaczyłem te rzeźby, to mnie normalnie zwaliło z nóg, one takie ładne, a moje siekierą robione. Patrzę, a te moje rzeźby rzeczywiście gdzieś tam na końcu stoją. Podchodzę, i aż mi się normalnie gorąco zrobiło – drugie miejsce. A to oceniali profesorowie z Warszawy, specjaliści od sztuki ludowej – opowiada artysta. Wspomina też słowa, które usłyszał podczas tego konkursu, a które zapadły mu głęboko w pamięć. – Powiedzieli mi wtedy, żebym nie patrzył, że te inne są bejcowane czy lakierowane. To nie są rzeźby, tylko pamiątki, a ci ludzie z tego żyją. Ty masz rzeźbić po swojemu, nie oglądać się na innych. Jak ktoś przyjdzie za 10, 20 czy 30 lat, to od razu ma rozpoznać, że to Twoje. I tak cały czas robię – mówi pan Stanisław. Jak zaznacza, drewno ma dzięki uprzejmości burmistrza, bo jak się jakieś drzewo gdzieś przewróci to i jemu kawałek przywiozą.

    Artysta bez granic

    – Ten, co się zna na sztuce ludowej, wie, że rzeźby sprzedawane na rynkach nie mają nic wspólnego z rzeźbą ludową. Ta sztuka polega na tym, że jak ktoś się na niej nie zna, to powie, że to jest brzydkie – tłumaczy pan Chorążyczewski. Bo ludowe znaczy bez wykształcenia, a jak bez wykształcenia, to z wyobraźnią, ale taką, że głowa jest wielka, a rączka malutka. Nie ma tu perspektywy, bo twórcami są ludzie prości, którzy tworzą tak, jak sobie pomyślą. Dlatego też pan Stanisław nie jeździ na warsztaty, a nawet jeśli robi coś na zlecenie, to żaden ustalony projekt nie wchodzi w grę. Woli duże rzeźby, przy małych trzeba się pochylać, bolą plecy, a przy tych dużych można włożyć dużo emocji, bardziej się zmęczyć. Teraz już ma dłuta, chociaż jego koledzy po fachu, patrząc na te narzędzia, kręcą tylko głowami, zdziwieni, że takim czymś da się osiągnąć takie efekty. A pan Stanisław podkreśla, że mu to wystarcza. Dłuta zawsze leżą gotowe, a rzeźbiarz prawie codziennie chodzi trochę podłubać. Rzeźbienie bowiem uzależnia, chociaż nie ogranicza. Pan Stanisław bowiem na razie poświęca się rzeźbie, ale gdy będzie starszy, zamierza malować. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół