• facebook
  • rss
  • Każdy leśnik ma czułe serce

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 06/2013

    dodane 07.02.2013 00:00

    Szpital wśród drzew. – Przyroda to cudowny dar. Ona jest tak fascynująca, że nie wyobrażam sobie życia bez niej – mówi Lech Serwotka.

    Kiedy większość z nas rano z niezadowoleniem wychodzi z domu, bierze miotłę i narzekając, zgarnia śnieg z samochodu, by po chwili wsiąść do zimnego auta, potem stać w korku i w końcu dotrzeć do pracy, on już dawno nakarmił zwierzęta, chwilę z każdym pogawędził, obszedł schronisko zanurzone w śniegu. Pijąc poranną kawę, spogląda przez okno i nie może nadziwić się pięknu przyrody, wygiętym pod ciężarem śniegu gałęziom świerka, grubym płatkom, które tworzą biały dywan. – Jestem leśnikiem z dziada pradziada. Mój dziadek był nadleśniczym w Dobrocinie. Tata pracował jako leśniczy. Wychowałem się więc w leśniczówce, a miłość do lasu i zwierząt wyssałem z mlekiem matki – śmieje się Lech Serwotka, leśniczy Leśnictwa Napromek w nadleśnictwie Olsztynek. Nie wstydzi się mówić o tej swojej miłości do natury. – Wolę nawet obcować z nią niż z ludźmi, bo jeśli okaże się zwierzętom wiele miłości, one trzykrotnie się odwdzięczą – mówi. I dodaje, że każda pora roku jest piękna w lesie, tylko trzeba umieć to piękno dostrzec i nim się cieszyć.

    Lecznica i szkoła

    Kiedy człowiek żyje blisko natury, widzi znacznie więcej, jest wrażliwszy nie tylko na jej piękno, ale też i na potrzeby. – Jest mnóstwo schronisk dla zwierząt, z którymi żyje człowiek. Ale zapomina się o tych, które żyją obok nas, w zaroślach, w głębi lasów czy nad wodami. A to przecież my, przez rozwój cywilizacji, wkraczamy w ich obszar, odbieramy im naturalne środowisko życia. Przecinamy ich szlaki wędrówek, wkraczamy na żerowiska, w miejsca legowisk. I, niestety, coraz częściej kończy się to tragicznie. Zwierzęta wpadają pod samochody, ptaki ranią się o linie wysokiego napięcia. Pomyślałem, że trzeba im pomagać – mówi Lech. Z tą myślą identyfikowali się leśnicy z Nadleśnictwa Olsztynek i postanowili przejść od słów do czynów. Utworzono schronisko. I tak w 2000 roku przy leśniczówce w Napromku powstał ośrodek rehabilitacji dla zwierząt dziko żyjących, prawnie chronionych i łownych. Właśnie tu, pod stałą opieką Lecha Serwotki i weterynarza Piotra Nowińskiego, okaleczone zwierzęta odzyskują zdrowie, by później powrócić do swojego naturalnego środowiska. – Ważne jest, by zwierzęta miały jak najmniejszy kontakt z ludźmi. Przecież my jesteśmy ich naturalnymi wrogami. Kiedy przyzwyczają się do nas, będą podchodzić do domostw. A reakcja ludzi może być różna – podkreśla leśniczy. Zdarza się, że trafiają tu zwierzęta, które już nigdy nie będą mogły powrócić do lasu. Te mają zapewnioną opiekę aż po naturalną śmierć. Rocznie do ośrodka trafia do kilkudziesięciu zwierząt. Przy schronisku istnieje zielona szkoła edukacyjna. Prowadzone są lekcje przyrodnicze dla dzieci i osób niepełnosprawnych. Leśnicy wyznaczyli również w pobliskich lasach ścieżkę edukacyjno-dydaktyczną. Wiedzie ona przez las, torfowiska i teren bagienny. Można zobaczyć ciekawe rośliny, poznać naturalne środowisko życia zwierząt. Przemierza ją rocznie nawet do 10 tys. osób.

    Ofiary głupoty

    Do ośrodka trafiają różne zwierzęta. Te potrącone przez samochody i te, które uległy wypadkom w ich naturalnym środowisku. Trafiają i takie, które są ofiarami ludzkiej głupoty. – Kiedyś przyniesiono nam konającego młodego bociana czarnego. Jest to niezwykle rzadki ptak, znajdujący się pod ścisłą ochroną. Bocian miał obciętą jedną trzecią dzioba. Musiał więc być przetrzymywany przez człowieka. Ktoś, mówiąc dosadnie – głupiec, chciał mieć pięknego ptaka. A narzędziem chwytania pożywienia przez bociana jest dziób. Przypuszczam, że ktoś, kto go karmił, musiał zostać skaleczony. Postanowił więc, że obetnie mu czubek dzioba. Udało nam się ptaka uratować. Wypuściliśmy go wiosną – opowiada Lech. A co wtedy czuje opiekun zwierzęcia? – Nie da się wyrazić tych uczuć. Kiedy ptak wznosił się w górę, zatoczył parę kółek i odleciał. Ten bocian kilkakrotnie wracał tutaj. Widywałem go. To znaczy, że dał sobie radę – mówi. Jedną z największych głupot, które przychodzą ludziom do głowy, jest wyjmowanie zwierząt z ich gniazd i legowisk. Niestety, często to robią, bo nie znają zwyczajów dzikich zwierząt. Idąc lasem, trafiają na legowisko, w którym leży samotne sarnię lub dziczki. – Często w oddali stoi matka, bo nie chce drapieżnikom wskazywać miejsca pobytu potomstwa. Sarenka nie wydziela wyraźnego zapachu, tak że drapieżnik nie jest w stanie jej wyczuć. Ludzie myślą, że małe jest porzucone przez matkę. Zabierają je, skazując tak naprawdę na cierpienie. Zdarza się, że z powodu stresu ono nie przeżywa – tłumaczy leśniczy. Małe zwierzęta, które trafiają do schroniska, wymagają nieustannej opieki. Co trzy godziny trzeba je karmić odpowiednim mlekiem, za pomocą strzykawki. – Ciekawą historią jest los jeży, których mama podczas sianokosów wpadła pod kosiarkę. Zdołała jeszcze dojść do gniazda. Nie przeżyła. Znaleziono pięć malutkich jeży wielkości kurzego jajka. Były bialutkie, gdyż miały jeszcze białe igiełki. Pipetką podawaliśmy im mleko. Udało nam się całą piątkę odchować. W tej chwili zimują u mnie w stajni. Zakopały się głęboko w sianie i śpią. Wiosną wypuścimy je. Wrócą do natury – mówi Lech.

    Wilczy instynkt

    Zima jest niezwykle trudnym okresem dla dzikich zwierząt – mało pożywienia, gruba warstwa śniegu czy silne mrozy. Ale to są naturalne warunki, do których są przystosowane. Dziś największą bolączką i zmartwieniem leśników są wałęsające się psy, które stają się coraz groźniejsze nie tylko dla dzikich zwierząt, ale i dla osób pracujących w lesie. – Ludzie mają po kilka psów. Na wsiach nie wszyscy odpowiednio o nie dbają. Często są niedożywione, a na noc spuszczane z łańcuchów. Głód zmusza je do pójścia do lasu. Tam polują na zwierzęta, zagryzają sarny. Ostatnio psy napadły nawet na zwierzęta w schronisku – mówi Lech. – Trzy dni później horda psów zagryzła kolejne zwierzę. Ma to miejsce, mimo że ogrodzenie jest pod napięciem. W psie budzi się po prostu wilczy instynkt. Kiedy atakuje, jest bardzo niebezpieczny, i to nie tylko dla zwierząt – wyjaśnia leśniczy. Psy zagryzły również w pobliskich lasach trzy sarny i ciężarną samicę muflona. Coraz częściej dochodzi wręcz do rzezi dorosłych i małych osobników dzikich zwierząt. – Wczoraj na polach natknąłem się na kolejną zagryzioną sarnę. Kiedyś widziałem, jak dwa psy rozszarpywały sarniątko. To straszny widok, bo pies nie zabija szybko, a zabija poprzez rozszarpywanie. To śmierć w okropnych mękach – mówi Lech. Sam również został w lesie zaatakowany przez wałęsające się psy. Musiał uciekać do samochodu. – Kiedy oznaczałem ścięte drewno, okazało się, że za stosem była zagryziona sarna, a one, broniąc zdobyczy, rzuciły się na mnie – wspomina. Coraz częściej dochodzi do sytuacji, kiedy psy napadają na ludzi. – Ostatnio rzuciły się na dziewczynę, która szła na bal maturalny. Pogryzły ją dotkliwie. W zeszłym roku zagryzły 5-letnie dziecko i ciągały ciało po polach. Ten problem dotyczy całej Polski – mówi.

    Harmonijne piękno

    Mottem życiowym Lecha Serwotki są słowa św. Augustyna z Hippony: „Dusza żywi się tym, z czego się cieszy”. – Ja się cieszę, że jestem leśnikiem, że mogę obcować z przyrodą. Mogę nieść pomoc zwierzętom, chronić je i chronić rośliny. To jest moja droga – mówi. Według niego, człowiek nie otrzymał większego daru od Boga niż otaczająca go natura. Mimo wysiłków, nie jest w stanie sam stworzyć takiego harmonijnego piękna. – Możemy jedynie utrwalać je, malując pejzaże, lasy i zwierzęta. Możemy robić zdjęcia, później pokazywać je na różnych wystawach – tłumaczy. – Każdy leśnik ma czułe serce. Zna przyrodę – podkreśla Lech Serwotka.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół