• facebook
  • rss
  • Krzyż, co z Osetnika wracał

    Łukasz Czechyra

    |

    Posłaniec Warmiński 09/2013

    dodane 28.02.2013 00:00

    Chwalęcin. Mała wioska niedaleko Ornety. Na pierwszy rzut oka w zasadzie nic tu ciekawego. Kilka domów i jakiś kościół z bocianim gniazdem na dachu otoczony murami, z których tynk odpada. Wydaje się, że to jakaś ruina. No właśnie, wydaje się...

    Nasz region, od wieków nazywany Świętą Warmią, nosi takie miano nie przez przypadek – każdy, kto tu przyjedzie, zwraca natychmiast uwagę na niezliczoną liczbę kapliczek czy przydrożnych krzyży. Takie znaki jednoznacznie wskazują na religijność mieszkańców tych ziem. Zdarza się jednak, że my, którzy tu mieszkamy od wielu lat, nie mamy pojęcia, jakie duchowe bogactwo mamy w okolicy.

    Na nic straż i kłódki

    Sanktuarium Krzyża Świętego w Chwalęcinie jest jednym z najmniejszych, a na pewno najbardziej zapomnianym z sanktuariów Świętej Warmii. Nazywane jest czasem „młodszym bratem” Świętej Lipki, a jego historia jest równie interesująca. Pod koniec średniowiecza w lesie Applau nad rzeką Walsche (obecnie Wałsza) znaleziono tak zwany Czarny Krucyfiks. Jedni mówią, że został znaleziony na pniu olszowym przy drodze, według innych przekazów miał być wyło- wiony z rzeki. Jeszcze inna legenda głosi, że przypadkowy przechodzień zauważył leżący na ziemi krzyż i pomyślał, że zapewne przydrożny krucyfiks został strącony przez najemnych żołnierzy, którzy niedawno przechodzili tą drogą. Aby krzyż nie uległ dalszemu zbezczeszczeniu, miejscowi przenieśli go do kościoła w Osetniku. Ku wielkiemu zdziwieniu mieszkańców krzyż z Chwalęcina zniknął ze świątyni i wrócił na miejsce, gdzie go znaleziono. Na nic zdały się próby sprowadzenia krzyża ponownie do Osetnika – nie pomogły ani zamknięcie kościoła na klucz własnoręcznie przez proboszcza, ani ustawienie przed wejściem straży. Krzyż zniknął i został znaleziony w najbliższej okolicy Chwalęcina. Proboszcz z Osetnika uznał to za znak Boży – krucyfiks przekazał mieszkańcom Chwalęcina, a o całej sprawie poinformował Kapitułę Warmińską. Ta postanowiła zbudować dla cudownego krzyża kaplicę.

    Za karę paraliż

    Budowa niewielkiej kaplicy – mieściło się w niej zaledwie 8 osób – została ukończona w 1570 roku. Od tego czasu po całej Warmii zaczęła rozchodzić się wieść o Czarnym Krucyfiksie i cudach, jakie za jego przyczyną działy się w Chwalęcinie. Miały tu miejsce liczne uzdrowienia – niewidomi odzyskiwali wzrok, a sparaliżowani zaczynali chodzić bez lasek, na których się wspierali. Do Chwalęcina zaczęły napływać coraz większe rzesze pielgrzymów, aż w końcu drewniana kapliczka stała się niewystarczająca. Do przebudowy mieszkańcy chcieli przystąpić już w latach 80. XVII wieku, ale wtedy plany te zablokował proboszcz z Osetnika Bartholomaus Werdich, który chciał, by Czarny Krucyfiks został przeniesiony na stałe do Osetnika. Wkrótce zachorował, a – jak opisują podania – za swoje sprzeciwy został ukarany apopleksją i dwa lata leżał sparaliżowany. Choroba ustąpiła dopiero, gdy wyraził zgodę na budowę nowej kaplicy w Chwalęcinie. Historia ta jest jednym z 6 cudów opisanych na polichromii na emporach w kościele. Budowa jednak znowu się opóźniła, tym razem przez niepewną sytuację polityczną i wybuch wielkiej wojny północnej. Chwalęcin na znaczeniu zyskał podczas epidemii dżumy na Warmii w latach 1709–1711. Po wygaśnięciu zarazy kapituła zdecydowała, że – jako wotum za odejście choroby – powstanie nie kaplica, ale kościół. Ostatecznie w 1715 roku, po zbadaniu uzdrowień i cudów, zadecydowano o budowie. Prace przy kościele zlecono mieszkającemu od wielu lat w Ornecie, pochodzącemu z Westfalii mistrzowi budowlanemu Janowi Krzysztofowi Reimersowi. Potem na pewien czas zostały one przerwane, z powodu śmierci mistrza. Kiedy kapituła przekazała 8 tys. florenów, budowę dokończył – według planów pozostawionych przez Reimersa – nieznany z imienna mistrz budowlany. Kościół zbudowany w latach 1720–1728 konsekrował 13 czerwca 1728 roku bp Jan Krzysztof Szembek. On też umieścił w ołtarzu słynący łaskami Czarny Krucyfiks oraz relikwie m.in. św. Krzysztofa. Bogate wyposażenie kościoła było stopniowo uzupełniane przez cały XVIII wiek. Ołtarze boczne pojawiły się w 1730 roku, a w 1798 r. powstał prospekt organowy. Za najcenniejszy zabytek, oprócz datowanego na 1400 rok Czarnego Krucyfiksu, wielu uważa polichromię wykonaną w latach 1748–1749, która przedstawia sceny z legendy Krzyża Świętego.

    Powrót do świetności

    Kościół planowany był jako pielgrzymkowy, w latach 1820–1836 zbudowano krużganki, ale zawirowania historyczne, przede wszystkim zaś wymiana ludności po II wojnie światowej, spowodowały, że ruch pielgrzymkowy praktycznie całkowicie zanikł, a o Chwalęcinie mało kto pamięta. Obecnie mieszka tam tylko 8 rodzin, w tym dwie greckokatolickie i jedna prawosławna. Świątynia zaczyna jednak powoli odżywać – dzięki staraniom proboszcza ks. Tomasza Kocińskiego oraz mieszkańców kościół powoli jest odnawiany, a i pielgrzymi zaczęli się pojawiać. – Dzięki dofinansowaniu z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego przeprowadziliśmy prace konserwatorskie przy dachach krużganków. Przed nami jeszcze dużo pracy – polichromie, witraże. Co ciekawe, firma z Tyrolu, która w XIX wieku wykonała drogę krzyżową w krużgankach, ciągle istnieje. Zwróciliśmy się do nich z pytaniem o plany tej realizacji – mówi ks. Tomasz Kociński. Oprócz niedzielnych Mszy św., w sanktuarium odprawiana jest liturgia Wielkiego Piątku razem z Drogą Krzyżową, na którą przyjeżdżają ludzie nie tylko z sąsiednich parafii, ale również z diecezji elbląskiej. Proboszcz reaktywował również drogę pielgrzymkową z Bażyn do Chwalęcina. Rolnicy przestali nawet orać miedzę, by pielgrzymi mogli spokojnie tę drogę przejść. – To tylko 4 kilometry, ale dzięki tej pielgrzymce wiele osób z Bażyn było po raz pierwszy w Chwalęcinie. Sanktuarium jest prawie całkowicie zapomniane. Nawet ludzie, którzy mieszkają tu od 50 lat – czy to z Ornety, czy to z Bażyn – wcześniej nie odwiedzali tego cudownego miejsca – opowiada ks. Tomasz. Sam zresztą Chwalęcin tak naprawdę poznał kilka lat temu – wówczas na liturgii odpustowej gromadziło się 30–40 osób. Obecnie w 3. niedzielę września do Chwalęcina na odpust przybywa ich nawet 400–500. Uroczystości połączone są z festynem, który odbywa się na podwórku u państwa Zofii i Grzegorza Powirskich. Oni to od wielu lat opiekują się sanktuarium – dzięki nim udało się uratować wiele cennego wyposażenia, a teraz trzymają klucze do świątyni i oprowadzają po niej odwiedzających. Proboszcz bowiem mieszka w Bażynach, ale każdy, kto zatrzyma się przy sanktuarium, może zapukać do państwa Powirskich – otworzą, oprowadzą, opowiedzą kilka ciekawostek. – Najcenniejszy jest, oczywiście, krzyż. Ale wszystko jest cenne, bo wszystko jest oryginalne – mówi pani Zofia. – W latach 70. ub. wieku ktoś ten krzyż ukradł. Był on pozłacany, ale jak złodzieje zobaczyli, że to tylko cienka warstwa złota, wyrzucili go i na szczęście wrócił do kościoła – mówi pan Grzegorz. – Od kilku lat rozwija się ruch pielgrzymkowy. Przybywają różne grupy, za co bardzo jestem wdzięczny księżom. Staramy się działać, żeby sanktuarium było znane, żeby przyjeżdżali do nas ludzie i żebyśmy to ważne i cenne miejsce w naszej historii uratowali – mówi ks. Kociński. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół