• facebook
  • rss
  • Żyjemy jak na wsi

    Krzysztof Kozłowski


    |

    Posłaniec Warmiński 33/2013

    dodane 15.08.2013 00:15

    Katarzynki w Świętej Lipce. – Bez ustanku codziennie modliłam się o dobrego męża. Pewnego dnia, idąc do pracy, jakaś siła mnie zatrzymała na drodze. Jakby się niebo przede mną otworzyło...


    Od dawna jezuici ze Świętej Lipki chcieli, aby pracowały z nimi siostry zakonne. Ale to się nie udawało, bo nie było miejsca, gdzie mogłyby zamieszkać. – Ten domek na wzgórzu zabrali nam komuniści. Przechodził różne koleje losu. Dopiero po roku 1990, kiedy można już było ubiegać się o zwrot zagrabionych przez komunistów dóbr, odzyskaliśmy go. Po wielu latach remontów udało się zakończyć prace. Wówczas ojciec prowincjał zwrócił się do sióstr ze Zgromadzenia św. Katarzyny z prośbą o to, żeby zechciały u nas pracować – mówi o. Wiesław Kulisz SJ.
Pięć lat temu, 8 sierpnia 2008 roku, przyjechały pierwsze siostry. – I do dziś pracują. I nie zanosi się na to, aby miałoby być inaczej – mówi o. Wiesław. Podkreśla, że przybycie katarzynek do sanktuarium Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny Matki Jedności Chrześcijan wniosło wiele. – Po pięciu latach jest inny duch, a siostry nieustannie dzielą się swym charyzmatem, życzliwością. Myślę, że nie tylko jezuici, ale też i parafianie, i pielgrzymi są zadowoleni z ich obecności – dodaje.


    Pierwsze zajęły się firanki


    Przybycie katarzynek do Świętej Lipki było raczej ich powrotem, bo mieszkały tu już przed II wojną światową. W księgach parafialnych zapisano treść ogłoszeń z 30 stycznia 1921 r.: „W tym tygodniu, na terenie naszej parafii, odbywać się będą – od wioski do wioski – zbiórki na pierwsze urządzenie stacji-ośrodka sióstr w Świętej Lipce. Meble kosztują dziś dużo pieniędzy. Dlatego serdecznie uprasza się wiernych, by uczestniczyli gorliwie przy zbiórkach. W następną niedzielę po sumie jest zebranie Komitetu Caritas. (...) J. E. Biskup uzależnia zezwolenie na zamieszkanie sióstr od decyzji Komitetu Caritas, aby siostry mogły nie tylko przybyć, lecz aby je także utrzymać”. A 16 października zapisano: „Siostry przyjadą z początkiem listopada do Świętej Lipki”.
Z innych zapisków wynika, że siostry w „Stacji sióstr – Schwesternstation” opiekują się bezinteresownie chorymi i dbają o kościół. – Pamiętam dom zakonny. Były dwie siostry. Zajmowały się pierwszą pomocą medyczną, prowadziły punkt opatrunkowy. Opiekowały się również kościołem. Przy drzwiach znajdował się dzwonek na sznurek. Potrzebujący mogli przez całą dobę przyjść, poprosić o pomoc – wspomina Eugeniusz Haric. – Pamiętam wizytę jednej z sióstr. Mama miała gorączkę. Ona przyszła. Wtedy dostałem od niej miętowego cukierka Ale jako dzieci psociliśmy troszkę. Często podkradaliśmy się pod drzwi i ciągnęliśmy za sznurek, a dzwonek dzwonił. I uciekaliśmy – śmieje się Beno Kaczyński.
– Siostry w styczniu 1945 r. zostały prawdopodobnie ewakuowane do Braniewa, bo gdy nadeszli czerwonoarmiści, ich nie było. Jezuici zostali wypędzeni i ukryli się w gospodarstwie państwa Block – mówi pan Eugeniusz. – Kiedy Rosjanie wkroczyli do wsi, wszyscy schowaliśmy się w piwnicach klasztoru jezuitów. Panowała wielka cisza, każdy bał się, czy nas nie znajdą. W nocy wyprowadzili nas. Ale siostry wyjechały wcześniej, kiedy już było słychać głuche odgłosy wybuchów, takie głuche „bum, bum…” – wspomina pan Kaczyński. – Przed wojną dom sióstr stał przy drodze, gdzie dziś jest niewielki plac zieleni. Rosjanie spalili go. Byłem świadkiem podpalenia. Na rozkaz Rosjan ojciec zawoził krowom siano. Zwierzęta spędzono na tyły karczmy, dzisiejszej „Zychówki”. Tego dnia ojciec wziął mnie z sobą i dlatego widziałem, jak Rosjanie podpalali dom zakonny. Pamiętam do dziś wściekłość jednego z czerwonoarmistów, który nie mógł podpalić domu. Pierwsze zajęły się firanki – wspomina pan Haric. W 1946 r. z powodu braków personalnych placówka sióstr katarzynek w Świętej Lipce została zlikwidowana.


    Drżące ręce


    Historia pobytu sióstr katarzynek w Świętej Lipce jest niezwykle ciekawa. Równie ciekawe są ich drogi powołania i odnajdywania swojego miejsca. – Pochodzę z Warszawy. Kiedy byłam w drugiej klasie szkoły podstawowej, do parafii przyszły siostry katarzynki. Wtedy przeżywałam pierwszą, jeszcze taką dziecięcą fascynację katarzynkami. Śpiewałam w chórze, który prowadziła s. Samuela. Jeszcze w pierwszych klasach szkoły średniej nie myślałam o życiu zakonnym. Kiedy zbliżała się matura, zaczęłam jeździć do Braniewa. I tak mi zostało – mówi s. Monika Kuczyńska, która w sanktuarium jest organistką. To właśnie ona co godzinę gra na organach, aby pielgrzymi i turyści mogli odkryć niezwykłe brzmienie świętolipskiego instrumentu. – Na organach nauczyłam się grać w klasztorze. Muzyka zawsze była częścią mnie. Dzięki przełożonym ukończyłam również studia muzykologiczne. A po studiach przyjechałam tu – mówi. Codzienne koncerty organowe to ciężka praca. Kiedy grała pierwsze utwory dla szerszej publiczności, drżały jej ręce. – Bywało, że nie trafiałam w dźwięk. Teraz mi się to już nie zdarza. Jednak każdy koncert to ogromny wysiłek emocjonalny – wyznaje. Kiedy sanktuarium zasypia i kończy się czas jej pracy, s. Monika jeździ na rowerze lub pływa łódką po pobliskim jeziorze. To ją uspokaja i właśnie wtedy ma swój czas na rozmowy z Bogiem czy po prostu na bycie z Nim. A zimą codziennie ćwiczy grę na organach i układa nowy repertuar na kolejny sezon.


    To jest mój mąż


    Siostrę Krzysztofę, kiedy wychodzi z domu zakonnego i idzie w stronę sanktuarium, można poznać po dużym kluczu, który trzyma w dłoni. Można ją spotkać również w zakrystii i przy ołtarzu, kiedy dba o najmniejszy szczegół, by kwiaty były świeże i piękne, obrus czysty, kielich i ampułki na odpowiednich miejscach.
– A jak to się stało, że jestem katarzynką? To ciekawa historia – mówi s. Krzysztofa. Pochodzi z Bożyn, niewielkiej wsi położonej między Ełkiem a Augustowem. – Wspaniałego męża chciałam mieć. Już będąc małą dziewczynką, odmawiałam przeróżne modlitwy i wołałam o dobrego męża. Później, jak wszystkie dziewczyny, chodziłam na zabawy, bawiłam się i ani mi do głowy nie przyszło, że pójdę do zakonu. Po szkole poszłam do pracy w Kętrzynie. Tu poznałam dziewczyny, które znały katarzynki. Byłam zdziwiona, że one jeżdżą do sióstr. Myślałam, że do klasztoru to idą tylko jakieś zawiedzione stare panny – śmieje się s. Krzysztofa. – Ale pobożna byłam, bo bez ustanku codziennie modliłam się o dobrego męża. Litania do Serca Pana Jezusa, do Imienia Jezus. Tak naciskałam na Niego, że On już chyba nie wytrzymywał ze mną. Pewnego dnia – cały czas modliłam się o dobrego męża – idąc do pracy, jakaś siła mnie zatrzymała na drodze. Jakby się niebo przede mną otworzyło. Olśniło mnie, że to Jezus jest moim wybranym, o którego się tak modliłam. To jest mój mąż, o którym marzyłam. Do dziś to pamiętam – mówi.
Jest już ponad 30 lat w zgromadzeniu. Podkreśla, że najbardziej kocha pracę w zakrystii, blisko ołtarza i Jezusa. Codziennie przyjmuje również intencje ludzi, którzy chcą swoje problemy oddać Świętolipskiej Pani. – Wołają o miłość wzajemną, o zgodę, o uwolnienie z nałogów. Tak uczestniczę w tej codziennej ludzkiej biedzie i przedstawiam prośby Bogu.


    Nasz dom


    Po dniu pracy w Domu Pielgrzyma i trudnej pracy związanej z prowadzeniem spraw administracyjnych związanych ze świętolipską fundacją do domu zakonnego wraca s. Arkadia. Posesja sióstr jest zadbana. Siostry dbają nie tylko o to, aby rosły tu piękne kwiaty, ale też prowadzą minigospodarstwo. W ogródku rosną pomidory, marchew, buraczki i ziemniaki. Po zagrodzie chodzą kury, kaczki, bażanty i perliczki. W klatce siedzą króliki. – Mieszkamy na wsi, a więc żyjemy jak na wsi. Ogródek, drób biega. Proszę, a tu rosną truskawkomaliny – pokazuje krzak s. Arkadia.
Siostry na zmianę gotują obiady, sprzątają, robią zakupy. Oczywiście wspólnie modlą się, spędzając czas na rozmowie z Bogiem. – Relaksuję się, pracując w ogrodzie. Lubię pływać kajakiem. Uwielbiam jeździć konno – wyznaje s. Arkadia. Kiedy przyjechała pięć lat temu do Świętej Lipki, wokół domu było jeszcze wiele pracy. Przed budynkiem rosły olbrzymie krzaki. Trzeba było wszystko wykarczować. Ale dzięki pomocy mieszkańców posesja wygląda dziś olśniewająco. – Pan Antoni w każdej wolnej chwili przychodzi do nas i pomaga. Czego nie możemy zrobić jako kobiety, robi on. Jest naszą ogromną pomocą. Pan Edward, złota rączka, wykonuje różne prace konserwatorskie. Jego dziełem są schody z przodu budynku – mówi s. Arkadia.
W Świętej Lipce mieszka jeszcze s. Marlena Kuliś, która pracuje w Szpitalu Psychiatrycznym w Węgorzewie. – Ponadto ma pod opieką ludzi chorych na nowotwór oraz dzieci z ich rodzinami z ramienia Hospicjum Domowego Caritas Archidiecezji Warmińskiej. W gabinecie w Kętrzynie prowadzi terapię indywidualną, małżeńską oraz rodzinną – wymienia s. Arkadia.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół