• facebook
  • rss
  • Dlaczego jestem taka?

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 40/2013

    dodane 03.10.2013 00:15

    Siostra Krystyna od Krzyża: – Bóg daje mi wszystkie łaski, których mi potrzeba. Aż nie chce mi się wierzyć, że z delikatnością, ojcowską miłością i taktem tak pokierował moim życiem…

    Na początku października w klasztorze sióstr karmelitanek bosych w Spręcowie odbywa się Dzień Duchowości w Karmelu. Do klasztoru przyjeżdża wiele osób, by posmakować karmelitańskiej duchowości, może coś w niej odkryć, może upewnić się, może po prostu odpocząć od zagonionego dziś świata. Kiedy spotykają się z karmelitankami podczas Eucharystii, jedyny punkt, który wszystkich łączy, to tabernakulum wciśnięte między kraty. I choć wielu ma wrażenie, że ukryte za kratami siostry są zupełnie oderwane od naszej rzeczywistości, prawda jest zgoła inna. One co dzień żyją najprawdziwszym światem, jego prawdziwym płaczem, cierpieniem, zawodem i rozczarowaniem. Chyba nikt inny tak jak one nie zna najskrytszych bolączek współczesnego człowieka. Codzienne otrzymują listy, maile, ludzie do nich przyjeżdżają bądź dzwonią, opowiadając o problemach, często płacząc, prosząc o modlitwę, uzewnętrzniając się po najdalsze zakamarki duszy. Ale czymże jest owa duchowość w Karmelu? Zdaje się, że najlepiej odzwierciedla ją każda z sióstr. Jest to konkretna droga napisana jeszcze przed ich narodzeniem przez Boga. Jedną z wielu, ale jakże wymowną, jest duchowość – a więc życie – najstarszej karmelitanki mieszkającej w spręcowskim klasztorze, s. Krystyny od Krzyża.

    Ucieczka na Wschód

    Krystyna Kępińska urodziła się 1 lutego 1928 r. w Tarnowskich Górach, a do 5. roku życia mieszkała w Suchej Górze. Jej rodzice, Józef i Stefania, byli nauczycielami. I dopóki nie wybuchła II wojna światowa, miała szczęśliwe dzieciństwo. Wakacje spędzali w Piwnicznej nad Popradem. Tak było również w 1939 r. – Przed wyjazdem uporządkowałam swój pokój. Wtedy nie wiedziałam, że już nigdy do domu rodzinnego nie wrócę. Że to moje pożegnalne spojrzenie będzie tkwić w mojej pamięci przez dłuższy czas, kiedy we wspomnieniach będę odkurzać z upływającego czasu blat drewnianego biurka, rysować zapomniane twarze wpatrzonych we mnie lalek. Często później myślałam, że pewnie jakieś niemieckie dziecko bawi się moimi zabawkami – wspomina s. Krystyna. Kiedy wybuchła wojna, zmuszeni byli uciec na Wschód. – Po drodze były straszne bombardowania. Szczególnie w nocy widać było czerwone łuny na niebie od palących się miast i wiosek. Akurat ta jesień była bardzo piękna. Musieliśmy uciekać nocami. Było bardzo dużo uciekinierów – polscy żołnierze i cywile – wszyscy kryliśmy się po lasach. Kilka razy ledwie uszliśmy z życiem – mówi. Po wielu dniach dojechali do Kowla na Wołyniu. Tam wynajęli pokój. Po kilku dniach wojsko sowieckie zajęło Kowel. Wieczorami i po nocach słychać było wystrzały, a rano ludzie szeptali, że Rosjanie rozstrzeliwali polskich oficerów i policjantów. Z czasem zaczęło brakować żywności. – Rosjanie podali do publicznej wiadomości, że ci uciekinierzy, którzy przybyli zza Bugu, mogą wracać na Zachód, to znaczy do tej części Polski, która była zajęta przez Niemców. Ojciec mówił do nas: „Jak długo potrwa wojna? Lepiej wrócić i zdać się na wolę Bożą. Zobaczymy, co będzie”. Podał więc nasze nazwisko i nasz adres. Nie wiedzieliśmy wtedy, że to pułapka. Kilka dni później, 28 czerwca 1940 roku, w nocy zbudziło nas gwałtowne dobijanie się do drzwi. To było NKWD. Przyszli po nas – mówi. Wszystkich wepchnięto do wagonów. – Pociąg ruszył. Nigdy tego nie zapomnę… Z jednej strony lęk, tak naturalny dla człowieka niewiedzącego nic o jutrzejszym dniu, zaś z drugiej niezwykłe uniesienie, kiedy spontanicznie z wszystkich wagonów popłynęła pieśń. Coraz głośniej, jakby głosy chciały udowodnić, że póki my żyjemy, jest Polska, jest nasza godność. Ludzie śpiewali: „Pod Twą obronę Ojcze na niebie...”. Oddawali się pod opiekę Bożą. Wielu z nich nigdy już nie wróciło, ale ta wiara była prawdziwa. Do dziś jest w moim sercu, jest piękna. Nawet Żydzi przyłączyli się do tej pieśni. Śpiewali z nami. A pociąg nabierał prędkości. Szybciej, szybciej, szybciej… Gdzie nas wiozą? Wtedy nie wiedział nikt – opowiada.

    Na Syberii

    Dowieziono ich do miejscowości Tajga. Tam wsadzono na statek parowy i rzeką Ob przetransportowano na północ, następnie ciężarówkami w głąb tajgi. – Umieścili nas w prawdziwym obozie koncentracyjnym, z drutem kolczastym, z wieżami, z psami. Dla więźniów przygotowano drewniane baraki. Być może była to Workuta, znany obóz koncentracyjny. Stamtąd przetransportowano nas do Tomska, a następnie do Kurlejek. Mężczyźni musieli pracować w lesie. Kobiety okorowywały ścięte drzewa. To była ciężka praca. Według tego, ile się w ciągu dnia wyrobiło normy, dostawało się przydział chleba. Ten chleb był tak źle wypieczony, że trzeba było z niego robić kulki i połykać – wspomina. W Kurlejkach mieszkali przez kilka miesięcy. Na wiosnę dowiedzieli się, że na południu Rosji tworzy się polskie wojsko i Stalin ogłosił amnestię. Wyjechali do Uzbekistanu. – Wkrótce wszyscy zachorowaliśmy na tyfus plamisty. Najpierw mój ojciec, później moja siostra. Ona bardzo ciężko to przechodziła, była nawet bliska śmierci. Majaczyła w gorączce i pamiętam, żeby ją uspokoić, śpiewałam jej polskie kołysanki. Później ja zaczęłam chorować, a na końcu zaraziła się mama i ona już nigdy nie wyzdrowiała. W końcu ojciec kazał nam wyjechać na południe, gdzie tworzy się polskie wojsko. Ojciec nie mógł zostawić naszej mamy, która wciąż była bardzo chora. Nie chciałam opuszczać rodziców, ale tatuś mówił, że musimy obydwie się stamtąd wydostać. Nigdy nie zapomnę tego dnia. To było pod koniec lipca, kiedy ciężarówką zawieziono nas na stację. Pamiętam, jak tatuś pożegnał się z nami i pierwszy raz w moim życiu widziałam, jak płakał. Wtedy uświadomiłam sobie, że prawdopodobnie już moich rodziców nigdy nie zobaczę. Kiedy żegnałam się z mamusią, na koniec powiedziała do mnie: „żebyśmy się jak najprędzej znowu zobaczyły”. Zmarła dwa tygodnie po naszym wyjeździe... Miałam wtedy 14 lat i po raz ostatni widziałam rodziców, moich kochanych rodziców – wspomina s. Krystyna. Ostatecznie Krystyna wraz z siostrą trafiły do Republiki Południowej Afryki. Tu uczyły się, dorastały. Tu Krystyna usłyszała również szept Boga, który zapraszał ją do Karmelu. Próg Karmelu w Johannesburgu przekroczyła 14 lipca 1951 r. Po prawie 60 latach, 3 maja 2000 r., powróciła do Polski. Oczywiście jest to mocno skrócona historia życia, zaledwie kilka jej wycinków. Aby jednak tak wspaniałe świadectwo życia nigdy nie zaginęło, karmelitanki ze Spręcowa chcą wydać książkę zawierającą wspomnienia s. Krystyny od Krzyża. Obecnie zbierają na to wydanie pieniądze i proszą o wsparcie.

    Większe wrażenie

    Kiedy podczas jednej z rozmów ze znajomymi opowiadałem całą historię s. Krystyny, mówiłem również o niezwykłych owocach modlitwy karmelitanek, których doświadczam na co dzień. Usłyszałem: „Historia ujmująca, ale ja się dziwię, bo to strata czasu, tak nic nie robić, siedzieć całe życie za murami, modlić się jedynie i nic więcej”. Nic nie odpowiedziałem. Ale po usłyszeniu tych słów zrozumiałem, że duchowość karmelitańska, której może zasmakować każdy z nas, w domu, szkole, w samochodzie, a nawet w galerii handlowej, to przyjaźń z Jezusem Chrystusem, to więź, szeptana z Nim rozmowa. Jeśli przyjaźni nie ma, nawet to, co najświętsze, traci swój blask i sens. – Wiele osób, które słuchały moich wspomnień – kiedy cofając się myślami, opisuję zapamiętane obrazy, dziecięce lata, dotyk matki i słowa ojca, kolejną wiosnę, zapach bzów i maciejki, później wojnę i cierpienie, w końcu lata sieroce, kiedy zabrakło przy mnie mamy i taty, ale był ze mną przecież sam Bóg, czas tułaczki – pyta mnie, dlaczego taka jestem. Zastanawiasz się, o co tak naprawdę pytają? Może nie tyle o mnie i o moje życie. Ciekawi ich to, że pamiętam i przede wszystkim mówię o rzeczach dobrych, o cudownych chwilach, choć w swej pełni wcale nie pięknych… Ale tak je widzę. Naturalnie pamiętam też momenty trudne i smutne, ale chyba to część mojego usposobienia, że raczej zapada mi w pamięć to, co bliskie jest naturze Bożej, a więc to, co jest piękne, dobre, wewnętrznie ciepłe. To robi na mnie większe wrażenie niż to, co złe i brzydkie – mówi s. Krystyna od Krzyża. Bo kiedy przyjaźnisz się z Bogiem, wszystko ma swój sens, wszystko staje się radością przenikniętą miłością, o której co dzień mówi do nas Bóg.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół