• facebook
  • rss
  • Bóg podsuwa swoją myśl

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 49/2013

    dodane 05.12.2013 00:15

    Co miesiąc spotykają się z Jezusem Chrystusem, spędzają z nim czas, który odmienia ich całe życie.

    Piątkowy wieczór. Po Mszy św. grupa młodzieży krząta się wokół ołtarza. Rozpościerają biało-czerwony materiał, rozstawiają świece, zapalają je. W kościele gasną światła. Kapłan ustawia na ołtarzu Najświętszy Sakrament, który oświetla delikatne światło lampki. Jezus Chrystus. Wokół niego zgromadzili się ci, którzy chcą spędzić z Nim czas, uchylić drzwi swego serca. Nikt im nie kazał tu przyjść, siedzieć w wychłodzonym kościele, modlić się za nienarodzone dzieci zabite podczas aborcji, których rodzice tak po prostu pozbyli się, wyrzucili ze swego życia, zakończyli trwanie ogromnego daru, jakim jest nowe życie. – Bóg daje nam dzieci nie tylko po to, aby obdarzyć je miłością i opieką. Ostatecznie to właśnie dzieci uczą nas prawdziwej miłości – tymi słowami Kamil Iwaszko rozpoczął czuwanie, które zorganizowała młodzież ze scholi działającej przy parafii św. Jerzego w Kętrzynie. Coś nowego – To już była czwarta comiesięczna adoracja Najświętszego Sakramentu, którą przygotowaliśmy. Pierwsza była w sierpniu. Czy to jest czuwanie młodzieży? Raczej nie. To czuwanie wszystkich wiernych, którzy chcą włączyć się w naszą modlitwę. Co miesiąc modlimy się w innej intencji. Dziś w intencji nienarodzonych dzieci – mówi Kamil. Wspomina okres sprzed kilku lat, kiedy wikarym w parafii był ks. Adrian Bienasz. To on wraz z młodzieżą zaczął organizować adoracje i różne czuwania. Kiedy został przeniesiony do innej parafii, zwyczaj ten zanikł. W tym roku, z inicjatywy młodzieży, która zatęskniła za taką modlitwą, ponownie odbywają się czuwania. – Po pielgrzymce na Jasną Górę przyszła do mnie Monika, nalegała, abyśmy jako schola zorganizowali adorację. „No dobrze, robimy”, odpowiedziałem. Nieważne, jak wyjdzie. Poprosimy kapłana, aby wystawił Najświętszy Sakrament, uklękniemy i będziemy się modlić. Pomógł nam ks. Kamil Skoczek – mówi Kamil Iwaszko. – To nie ja tak namawiałam. To natchnienie Boga. W naszej scholce zaczęło się dziać różnie. Uznałam, że przydałyby się takie adoracje, żeby zapoczątkować coś nowego – mówi Monika Pupek. Co miesiąc młodzież przygotowuje czuwania na inny temat. Przygotowywali już rozważania o miłości, modlili się za kapłanów. – Tematy się rodzą na Mszach św., podczas prób, spotkań. Po prostu wtedy, kiedy Bóg nam podsunie swoją myśl – mówi Kamil.

    Młodzi sami układają scenariusz czuwania, piszą rozważania. – Młodzież co miesiąc organizuje czuwania. Jako proboszcz cieszę się, że oni się modlą, chcą tu przychodzić. Atmosfera i nastrój, który tworzą młodzi, sprawiają, że można się skoncentrować na białej hostii, na Chrystusie – mówi ks. Stanisław Majewski. Lubię tu przychodzić – Na co dzień widzę, z jakimi problemami zmagają się dziewczyny ze scholi. Widzę też, z jakimi muszę się sam zmagać. To uświadamia mi, że nieustannie trwa walka duchowa. Te adoracje są nam potrzebne. One wzbogacają nas duchowo. Poza tym uzdrawiają relacje między nami. Nie ukrywam, że przecież różnie bywa. Spotykamy się co tydzień. Czasem sprzeczamy. A Chrystus nas podczas adoracji oczyszcza, uzdrawia relacje. Poza tym umacnia nas. Często wstydzimy się mówić o Bogu. „To obciach”, myślimy. Dzięki adoracji nabieramy sił, aby nie bać się świadczyć, nie wstydzić się swojej wiary i Boga – mówi Kamil. – Po adoracji, kiedy przychodzimy do salki, dziękujemy sobie za wspólnie spędzony czas. To jest fajne, bo dzięki takiej modlitwie możemy się pogodzić, możemy przeprosić tych, których skrzywdziliśmy. Wtedy jest łatwiej wybaczyć – mówi Monika. Podkreśla, że zaprasza na czuwanie i adorację znajomych, ale bez większego efektu. – Są niewierzący. Nie chodzą do kościoła. A ja… Lubię tu przychodzić – dodaje. – To jest bardzo bliskie spotkanie z Bogiem i jednoczesne łączenie się z innymi ludźmi. Bo na Mszach św. jest dużo osób, a na adoracje przychodzą nieliczni, ci, którzy naprawdę chcą się spotkać z Bogiem. Dzięki temu czuję, że jest nas, dzieci Bożych, bardzo dużo – mówi Aleksandra Paluch. – Zapraszam znajomych, ale nikt nie przychodzi. Oni uważają, że to jest niepotrzebne. Że dla nas nie ma to żadnego znaczenia, że takimi rzeczami powinno się zajmować na starość. Ja się z nimi nie zgadzam – mówi Aleksandra.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół