• facebook
  • rss
  • „To My” malowali

    dodane 13.02.2014 00:15

    O marzeniach, które uskrzydlają, obdarowywaniu innych i radości z odczucia, że jest się jeszcze komuś potrzebnym z prof. Tadeuszem Brzeskim rozmawia Krzysztof Kozłowski.

    Krzysztof Kozłowski: Jak to się stało, że postanowiliście namalować obrazy i przekazać je Szpitalowi Pomocy Maltańskiej w Barczewie?

    Prof. Tadeusz Brzeski: Jedna z naszych koleżanek, Antonina Szulc, organizowała wcześniej w holu szpitala wystawy swoich prac. Dyrekcja zaproponowała, byśmy w jakiś sposób upiększyli sale chorych. Wizyta w placówce zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Przebywają w niej ludzie cierpiący, ludzie, którzy wkrótce mogą odejść. To przytłacza. Poczułem, że muszę podjąć jakąś mądrą decyzję. Od tego się zaczęło.

    Później musiał Pan przekonać do tego pomysłu innych.

    Pracuję z osobami starszymi, które po wielu latach pracy, poświęceniu rodzinie i rezygnowania z samych siebie na rzecz najbliższych mogą zrealizować swoje marzenia. Grupę „To My” tworzą osoby, które zawsze marzyły o malarstwie.

    Oglądający Wasze dzieła na wystawie zatrzymują się pełni podziwu. Mówią: „Zobacz, to majstersztyk”.

    (śmiech) Wiele z tych osób niedawno zaczęło swoją przygodę z malarstwem. Nasze spotkania to czas, kiedy udaje się nam urwać od wnuków, nieraz od garnków. Wtedy mamy okazję poszaleć wśród farb, kolorów. Ale są to spotkania w rodzinnej atmosferze, rozmawiamy o sztuce, o technikach malarskich. Efekty tego widać choćby na wystawie obrazów, które niedługo zawisną w salach chorych barczewskiego szpitala.

    Nie chce mi się wierzyć, że tak piękne obrazy są efektem wyłącznie rozmów.

    (śmiech) Można powiedzieć, że to jest efekt uboczny. Gorące pragnienie zrealizowania siebie rozpaliło się w tych osobach i tak szybko rozwinęły ukryte do tej pory talenty. Oczywiście na spotkaniach pokazuję, jak należy malować, jakich technik używać. A oni wszystko chłoną, bo wiedzą, że już niewiele czasu zostało, aby się spełnić.

    Wracając do tematu, jak grupa „To My” przyjęła pomysł upiększenia szpitala?

    Wszyscy zgodzili się bardzo chętnie. Ale po refleksji ogarnęło wszystkich lekkie przerażenie. Oglądając sale, w których leżą chorzy, doszedłem do wniosku, że obrazy muszą być duże, namalowane żywymi kolorami, że powinny nieść ze sobą skojarzenie radosnych i pozytywnych emocji. Muszą odwoływać się do wspomnień, dzieciństwa, miłych przeżyć. Stąd tematyka podjęta przez artystów, łąki, brzozy, ptaki, wiosenne i letnie kwiaty, para na spacerze w czerwieni zachodzącego słońca, jeziora i lasy. Wszystko to, co może budzić pozytywne wspomnienia, by chorym pomóc uciec od cierpienia i przenieść się w sferę marzeń i wyobraźni, do tego, czym kiedyś żyli. Naszą grupę tworzą emeryci, którzy często żyją skromnie, a mimo to wszyscy się zobowiązali przekazać coś innym. To nasz dar serca. W życiu tak to wygląda, że przeważnie dzielą się z innymi ci, którzy mają najmniej. Osoby, które ciułają pieniądze, z założenia nie myślą o innych.

    Czy w trakcie malowania obrazów spotykaliście się, wymienialiście spostrzeżenia i wątpliwości?

    Oczywiście. Proszę wziąć pod uwagę, że ci ludzie są amatorami. Praca trwała od początku grudnia. Najgorsze były pierwsze pociągnięcia dużymi pędzlami. Powoli projekty z niewielkich szkiców pojawiały się na płótnie.

    Czas pracy został zwieńczony wernisażem. Jakie były odczucia Pana podopiecznych?

    To był dla nich szok. Pracowali w małej sali, a tu można obrazy zobaczyć z odpowiedniej perspektywy. Poza tym, kiedy rozpoczyna się malowanie, trudno sobie wyobrazić, jak obraz będzie wyglądał po zakończeniu. Jest w tym wiele niepokoju, niepewności, czy uda się zrealizować projekt, który krąży w naszej głowie, wyobraźni. Zawsze istnieje problem, jak ma się idealne wyobrażenie do tego, co zrobiliśmy. Ten moment otwarcia wystawy, zobaczenia obrazów w innej przestrzeni… Wiele osób było wzruszonych, zaskoczonych, że jednak udało im się to zrobić. Sami nie wierzyli, że to prawda. W wieku emerytalnym zauważamy, że całe życie robiliśmy coś dla kogoś. A czas emerytury to moment, kiedy możemy zrobić coś dla siebie. W tym momencie okazało się, że i tak robimy to dla innych. Cieszę się, że ta inicjatywa sprawiła nam aż tak ogromną przyjemność. Myślę, że największą motywacją był nasz cel. To dodawało nam skrzydeł. Dla nas najważniejszy był dar serca. Ważnym momentem było to, że odczuliśmy, iż jesteśmy jeszcze komuś potrzebni. Każdy z nas wiele przeżył, wiele osób straciło już współmałżonków. Często praca nad obrazami przywraca nam wiarę w siebie, radość i wiarę w marzenia, które się spełniają. Cieszę się, że po latach pracy ze studentami, kiedy podziękowano mi za pracę na uczelni, okazało się, że jeszcze komuś mogę w czymś pomóc, doradzić. Tak to nasze życie wygląda.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół