• facebook
  • rss
  • Amerykańsko-chiński bakcyl

    ks. Piotr Sroga

    |

    Posłaniec Warmiński 27/2014

    dodane 03.07.2014 00:15

    Wolontariat. Z własnych środków przy ogromnym zaangażowaniu umożliwili dzieciom spełnienie marzeń. Trzeba było jednak się napracować i wykazać kreatywnością.

    Dzieci ze szkół podstawowych gminy Bartoszyce miały okazję w tym roku wykazać się pomysłowością w dwóch konkursach, które zostały zorganizowane przez Fundacji Pro Liberis et Arte. Organizatorzy zaproponowali uczniom klas IV–VI dwie opcje: „Piórem po Gminie” i „Zoom na Gminę”. Pierwsza polegała na napisaniu pracy, druga zaś na wykonaniu zdjęć na temat wydarzeń, historii, przyrody lub osób związanych z regionem zamieszkania. Nagrodą były całoroczne kursy języka angielskiego. Pomysłodawcą akcji był prof. Arkadiusz Gut.

    Meble od Amerykanów

    – Kiedy pojechałem razem z moją rodziną do Stanów Zjednoczonych, gdzie dostałem stypendium naukowe, pojawiłem się tam 16 godzin przed atakiem na World Trade Center. Mój syn miał wtedy 8 miesięcy. Cały pobyt był nowym doświadczeniem, gdyż pierwszy raz zabrałem ze sobą rodzinę. Zorganizowanie życia dla rodziny jest zdecydowanie inne niż tylko dla siebie – mówi prof. Gut. Szybko zauważył, że przy uniwersytecie działa wiele różnych organizacji o charakterze religijnym. Przed przyjazdem rodziny wspomniał, że musi urządzić mieszkanie. Znaleźli się zaraz ludzie, którzy powiedzieli „Za dwa dni jesteśmy u ciebie i przywieziemy ci wszystkie potrzebne meble”. Polski naukowiec pomyślał: „Pewnie będzie jak w Polsce. Powiedzieli sobie, a życie pójdzie swoim torem”. – Kiedy minęły dwa dni, przyjechał potężny samochód z meblami. Urządzili mi dwa pokoje i na koniec wręczyli Biblię. To był sposób ich bycia. Należeli do jednej ze wspólnot luterańskich. Wtedy też pojawiła się pierwsza refleksja, że gdy ktoś jest w potrzebie, to takie społeczności potrafią się zorganizować – mówi prof. Gut. Doświadczenie pobytu w Stanach Zjednoczonych było związane z wielką życzliwością napotkanych ludzi. Gdziekolwiek polska rodzina się pojawiała, zaraz pytano o to, czy czegoś nie potrzebują. Nie była to kurtuazja, bo Amerykanie zawsze angażowali się w realizację swoich deklaracji. Wolontariat jest tam wszechobecny i grono znajomych rodziny Gut szybko się rozrosło. Wrażliwość na potrzeby innych jest w amerykańskich wspólnotach czymś naturalnym. Potwierdza autentyczność wyznawanej wiary. Sprawdzianem bycia chrześcijaninem jest to, że wierzący są zdolni do działania.

    Słowo dane mamie

    Po powrocie do Polski amerykański bakcyl trochę wygasł. Jednak po pewnym czasie rozpoczęły się podróże do Francji i Chin, gdzie odżyło pierwotne doświadczenie chrześcijańskiej wrażliwości. – Kluczową sprawą był dla nas wyjazd do Chin. Żona z synem spędzili tam trzy lata, ja dwa. Przy pekińskiej katedrze, wybudowanej w 1900 roku przez misjonarzy francuskich, działa międzynarodowa grupa pod przewodnictwem trzech księży – Amerykanina, Włocha i Chińczyka. Prowadzą anglojęzyczną społeczność religijną. Chodzi o integrację i działalność charytatywną. To zaś dla rodowitych Chińczyków jest czymś nowym, gdyż mają zupełnie inną mentalność – opowiada prof. Gut. Polska rodzina zaangażowała się w akcje charytatywne. Często były to zbiórki pieniędzy, odzieży i różnych produktów, których beneficjentami byli nie tylko chrześcijanie. Liczyła się pomoc człowiekowi. W każdą niedzielę rozdawano żywność. Przedstawiciele 60 krajów byli zintegrowani we wspólnym działaniu. – Wtedy też powiedzieliśmy sobie, że gdy wrócimy do Polski trzeba będzie zacząć działać. To było także ważne dla naszego syna. Pojechał do Chin w wieku 11 lat i przeżył tam wiek dojrzewania. Zobaczył, że księża nie czekają aż ktoś przyjdzie do nich, ale sami wychodzą do ludzi. Podobało mu się tego typu działanie. Zresztą był tam ministrantem – wyjaśnia polski naukowiec. Te doświadczenia pomogły w trudnej dla rodziny chwili. Jesienią 2013 roku zmarła mama prof. Guta. W rozmowach przed śmiercią syn zapytał swoją matkę, czy może przeznaczyć część jej majątku na pewien projekt. Chodziło o umożliwienie nauki języka angielskiego dzieciom z małych miejscowości. Kobieta zgodziła się i była bardzo z tego zadowolona. Tak rozpoczęły się przygotowania do konkursów, których laureaci dostali w nagrodę całoroczny kurs językowy.

    Chińskie pierogi

    Urzeczywistnienie pomysłu rozpoczęło się od założenia fundacji przez Lidię i Arkadiusza Gutów. Potem nawiązano kontakt z kilkoma szkołami z regionu Bartoszyc, gdyż właśnie z tych okolic pochodzi prof. Arkadiusz Gut. Trzeba było przekonać dyrektorów i nauczycieli, że nie muszą niczego finansować, ale potrzeba ich zaangażowania. – Chodziło o to, aby dzieci stworzyły prace o własnym regionie. Wyjaśniałem, że może to być o drużynie piłkarskiej, fantastycznym wydarzeniu lub jakiejś lokalnej baśni. Nutka osobista miała być od początku w tych pracach – wyjaśnia pomysłodawca konkursów. Odzew wśród uczniów był bardzo duży. Wykonano kilkadziesiąt prac. Przysłano opowiadania i zdjęcia, które wysłano do trzech nauczycieli z różnych części Polski. W ten sposób powstała lista laureatów. Poziom prac był bardzo wysoki. Było widać, że w każdej z nich jest jakaś myśl i osobiste zaangażowanie. Pięciu laureatów otrzymało certyfikaty na całoroczne kursy językowe, które opłaci fundacja. Nauka zacznie się już we wrześniu i trwać będzie prze cały rok szkolny. Laureatami zostali Magdalena Kopytek z Wojciech, Marta Hryniewicz z Krawczyków, Daria Osmańska z Bezled, Klaudia Kowalska z Sokolicy, Sylwia Kobylarz z Krawczyków. Oprócz tego wręczono dwie nagrody specjalne dla Pauliny Dwinów z Bezled i Maksymiliana Majaka z Sokolicy. Sześcioro dzieci wyróżniono bonusami wakacyjnymi. Są to: Joanna Stachurska z Żydowa, Dominika Makarewicz z Rodnowa, Aleksandra Gryta z Galin, Jakub Sokół z Bezled, Weronika Gałązka z Żydowa i Katarzyna Gładkowska z Bezled. Na rozdanie nagród przygotowano Dzień Międzynarodowy. Przyjaciółki profesora z fundacji – Chin Guo Jingmei i Xin Yongfen, nauczycielki chińskiego na KUL-u i UW – pokazywały społeczności lokalnej, jak robi się chińskie pierogi jiozi. W tym samym czasie panie z Bezled przygotowały polskie pierogi. Było współzawodnictwo, zabawa i nauka. Widać było – jak mówią organizatorzy Arkadiusz i Lidia Gutowie – że przyjazd gości z Chin spotkał się z dużym zainteresowaniem. Dzieci prosiły, aby napisać ich imię po chińsku. Panie z Chin uczyły także pisowni chińskich znaków.

    Tylko angielski

    Dla młodych mieszkańców północnych części województwa warmińsko-mazurskiego możliwość nauki języka angielskiego jest szansą na przyszłość. Organizatorzy mieli jeszcze jeden cel – chodziło o umożliwienie dzieciom wykazania się własną pomysłowością i kreatywnością. Dzięki temu rośnie w nich wiara w swoje możliwości i przekonanie, że wiele zależy od ich zaangażowania w wykuwanie swojego losu. Temu służy także kolejna inicjatywa skierowana do dzieci z powiatu bartoszyckiego. W piątek 27 czerwca w Bezledach odbyła się półkolonia językowa, którą zorganizowała Fundacji Pro Liberis et Arte. 15 dzieci wzięło udział w kursie językowym. Tym razem przez pięć dni dzieci będą brały udział w serii zajęć po angielsku. Nauczycielami byli m.in. prof. B. Tieszen z USA, z Uniwersytetu Wisconsin, dr M. Wilczewski z Uniwersytetu Warszawskiego oraz Przemysław Gut, bliźniaczy brat pomysłodawcy i prof. KUL. Obok wspomnianych osób działania edukacyjne wspierać będą nauczyciele z Bartoszyc, z Warszawy i Bezled. Wszyscy uczący, jako przyjaciele fundacji, pracowali społecznie. Udział dzieci był bezpłatny. Podczas całej półkolonii używano tylko języka angielskiego. – Chcieliśmy stworzyć realne warunki, w których nie tylko nauka, ale także każdy kontakt z nauczycielami wymaga użycia języka obcego. Również nauczyciele między sobą posługiwali się językiem angielskim. Doświadczenie uczy, że taka metoda wspomaga i buduje wśród uczniów przekonanie, iż są w stanie poradzić sobie z porozumieniem w języku obcym. Jest to metoda wyjątkowo skuteczna w tzw. osłuchaniu się i umiejętności reagowania na zwroty, prośby, komendy w języku obcym – mówią organizatorzy

    Piórem po Gminie

    Ziemia jest cząstką nas, ale kiedy patrzę na nią, widzę jak bardzo się zmienia. Powstaje coraz więcej ulic, domów, fabryk, które niszczą ten cud natury. Mam jednak takie miejsce, w którym przystaje, gdy zaśpiewa ptak. Tym magicznym zakątkiem jest duży, zielony park, w którym szukam wyciszenia i natchnienia. Znajduje się w mojej rodzinnej wsi w Bezledach, blisko szkoły, w której się uczę. Za każdym razem, gdy tam wchodzę, przypomina mi się dzień, gdy byłam tu pierwszy raz. To było cudowne uczucie. [...] Raz weszłam na drzewo, żeby zobaczyć jaki jest widok z góry. Był jeszcze lepszy niż z dołu. Widziałam dużo więcej. Wszędzie było zielono i pełno różnych, kolorowych kwiatów. Pamiętam świerki, sosny, jodły, dęby i jedno wielkie drzewo, które mnie zachwyciło. Była to płacząca wierzba. Gałęzie jej opadały aż do ziemi, przypominała malutki domek. Postanowiłam przywłaszczyć sobie to drzewo, aby spędzać przy nim więcej czasu. Zaczęłam o nie dbać. Przyniosłam różne sprzęty: stare krzesło, które kurzyło się w piwnicy, koc inne przydatne rzeczy. Był to mój drugi dom, który nazwałam „Cichy zakątek”. Fragment pracy Darii Osmańskiej – laureatki konkursu „Piórem po Gminie”. Praca pt. „Moja ojczyzna – Polska, moja gmina – Bartoszyce, moje miejsce na ziemi – Bezledy.”

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół