• facebook
  • rss
  • Zrób to sama

    Łukasz Czechyra

    |

    Posłaniec Warmiński 28/2014

    dodane 10.07.2014 00:00

    Cuda z włóczki. Mężczyźni często słyszą od kobiet, że te nie mają się w co ubrać. Szafa często pełna, ale jednak ciągle czegoś brakuje. Tymczasem można to mieć bez chodzenia po sklepach.

    Kiedyś to było normalne zajęcie – żeby mieć co na siebie włożyć, trzeba to było uszyć, zrobić na drutach. Normalna sprawa, którą zajmowały się wszystkie kobiety – od małych dziewczynek po seniorki rodu. W głowie mam obraz babci, która jakby już z przyzwyczajenia brała druty i podczas każdej rozmowy coś dziergała. Ostatnio obraz powrócił – rozmawiamy, pijemy kawę, a w ręku nieodłączne druty, na których za chwilę coś powstanie. Tylko babci nie ma – jest za to młoda dziewczyna, i to nie jedna. Jest ich coraz więcej.

    Bez przerwy te druty

    Na spotkaniu w kawiarni na początku jest ich kilka, ale co chwila dochodzą nowe, przysiadają się, włączają do rozmowy, ale najpierw z torebki wyjmują druty i włóczki. To już w zasadzie odruch. Spotykają się raz w miesiącu. Wszystko zaczęło się jesienią ubiegłego roku – od spontanicznego spotkania. Po jednej z prób Akatystu, który śpiewaliśmy w kościele św. Franciszka z Asyżu w Olsztynie, postanowiłyśmy nie wracać do domu, tylko wyskoczyć gdzieś na miasto. Nazwałyśmy naszą grupę Kondakion. Śmiałyśmy się, że spotykamy się potajemnie przed mężami i dziećmi i musimy mieć jakąś nazwę, żeby nie wiedzieli, o co chodzi – opowiada Aneta Jastrzębska. Teraz spotykają się regularnie, raz w miesiącu, a druty i włóczki są stałym elementem każdego spotkania, który często zwraca uwagę innych gości w kawiarniach, ale też i przechodniów. Z grupy Kondakion najdłużej na drutach robią Monika Stankiewicz i Ania Dremo. Każda robiła osobno, potem się dogadały, że mają takie samo hobby. – Od tych dwóch osób zaraziła się cała reszta naszej ekipy. Ja zaczęłam się uczyć robić na drutach w mojej trzeciej ciąży. Pomyślałam, że mam czas na naukę czegoś, co zawsze wydawało mi się strasznie skomplikowane, trudne i nudne. Okazało się, że to nieprawda – mówi Aneta. – To było tak: wpadało się na kawę do Anety czy Moniki, gadamy sobie, a one bez przerwy z tymi drutami i cały czas coś tam robią. W końcu trochę głupio tylko siedzieć i nic nie robić, więc zaczynasz sama – mówi Natalia Hulecka.

    Odpowiedni styl, tylko ręcznie

    – Kiedyś w szkole, na zajęciach praktyczno-technicznych, każdy uczył się podstaw robienia na drutach. Wiele osób się do tego zraziło, bo niekoniecznie były to fajne zajęcia, przede wszystkim przymusowe. Moja babcia robiła na drutach i ja też w to weszłam. Potem przez jakiś czas miałam przerwę, ale okazało się, że robienie na drutach staje się znowu modne. Poza tym samemu można sobie zrobić fajniejsze rzeczy niż dostępne w sklepach. Trwalsze, z lepszych materiałów – tłumaczy Monika Stankiewicz. – Właśnie, ważnym aspektem jest tu ekonomia – dodaje Natalia. – Kiedyś zlecałam Monice, żeby zrobiła jakiś sweterek dla mojej córeczki, kocyk, czapeczkę. A koleżanki mówiły mi, że robią na drutach rok i już na spokojnie tworzą czapeczki, kocyki. Pomyślałam więc, że i ja muszę spróbować – mówi Natalia. Nad ekonomią trzeba jednak się mocniej pochylić, gdyż robienie na drutach – jak każde hobby, które mocno wciąga – potrafi też sporo kosztować. Zaczyna się oczywiście od prostych i tanich materiałów, ale z biegiem czasu koszty wzrastają. – Im więcej i dłużej robi się na drutach, tym więcej wydaje się na włóczki, które są ekskluzywne i zwyczajnie drogie. Zaczyna się też inwestowanie w sprzęt, bo przecież nie będziemy robić na byle czym. Każda z nas ma już porządny zestaw – mówi Monika. Podaje przykład, że najdroższa włóczka na świecie to wikunia, której cena wynosi – bagatela – jakieś 3 tys. dolarów za 100 g. Można jednak połączyć przyjemne z pożytecznym – sporo osób szuka rzeczy robionych na drutach, których nie można dostać w zwykłym sklepie. Ania Dremo np. swoje wyroby – akcesoria dla małych dzieci do sesji fotograficznych – sprzedaje i wysyła do wielu krajów. – Ja właśnie się zaraziłam od Ani, też ze względów ekonomicznych. Czapeczka czy majteczki do sesji dziecięcych to nawet 130–150 zł, a tak można sobie to zrobić samemu – twierdzi Magda Sulwińska, fotograf. Monika Stankiewicz z kolei robi rzeczy dla innej grupy. – Jest taka nisza w Polsce, eleganccy panowie, którzy bardzo dbają o swój ubiór, ubierają się ekskluzywnie, każdy szczegół musi być dopasowany. Oni właśnie zamawiają u mnie np. czapki – określony rozmiar, kolor, odpowiedni materiał, odpowiedni styl. Takich rzeczy nie da się normalnie kupić w sklepie, a jeśli już są, to potrafią kosztować nawet tysiące złotych – mówi Monika.

    Przerwa na druty

    Dziewczyny twierdzą, że żeby zacząć, wystarczą jakiekolwiek druty, włóczka i oczywiście chęci. – Trzeba sprawdzić, czy ma się do tego charakter. Nawet nie talent, ale właśnie charakter – trzeba to siedzenie i dłubanie lubić – tłumaczy Monika. Członkinie Kondakionu zgodnie twierdzą, że robienie na drutach bardzo uspokaja i pobudza kreatywność, nie tylko dziewiarską, bo kiedy ręce działają, umysł również całkiem inaczej pracuje. – Okazuje się, że bardzo dużo czasu marnujemy, robiąc tylko jedną czynność. A przecież rozmawiając czy oglądając telewizję, można dodatkowo robić coś pożytecznego. Tak jak teraz – rozmawiamy sobie, a w tym czasie powstaje coś nowego. Można czytać książkę i robić na drutach. Raz nawet, gdy jechałam samochodem i wiedziałam, że są bardzo długie światła, też wyjęłam z torebki druty – śmieje się Aneta. Wszystkie przyznają, że na drutach można robić wszędzie – w autobusie, pociągu, na przerwie w szkole. Śmieją się, że kiedy ktoś w biurze ma przerwę na papierosa, one mają przerwę na druty. – Jeszcze inna historia: jechałam na długą konferencję do Warszawy. 3 godziny w autobusie, 6 godzin na konferencji, 3 godziny z powrotem i już pół swetra jest. Jednocześnie jeszcze robiłam notatki – mówi Monika. W tej kwestii inne dziewczyny również przeliczają czas na ilość zrobionych rzeczy, chociaż czasami precyzyjne wyliczenia nie są możliwe. Prosta czapka z włóczki to jeden wieczór, ale przy bardziej skomplikowanych sprawach może być różnie. – Monika robiła mi kocyk na chrzest. Miałam w głowie taki wymarzony, jasny. Omówiłyśmy szczegóły i Monika wzięła się do pracy. Po jakimś czasie zapytałam, jak jej idzie, ale okazało się, że coś nie pasowało, spruła i robi od nowa. Kolejny też spruła, bo końcówki nie wyszły takie, jak chciała. Na szczęście ze wszystkim zdążyła i wyszedł wspaniały kocyk – opowiada Natalia. Sama też wspomina swoje pierwsze robótki na drutach – jak teraz na nie patrzy, to się dziwi, że jeszcze tego nie spruła, ale jednak sentyment przeważa. – Teraz czekam na moment, kiedy osiągnę ten poziom, że nie będę musiała patrzeć na druty – mówi. Dziewczyny pomagają sobie nawzajem i uczą nowe, w internecie szukają nowych wzorów, inspiracji, materiałów. We wszystkim mają oczywiście wsparcie mężów, którzy czasami na początku mogą dziwnie patrzeć na włóczki, motki i druty w domu, ale w końcu się do nich przekonują. – Mój mąż docenił to, kiedy na Boże Narodzenie nie wydaliśmy praktycznie nic na prezenty, bo wszystko było zrobione na drutach – mówi Aneta.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół