• facebook
  • rss
  • Nauczanie pod prąd

    Łukasz Czechyra

    |

    Posłaniec Warmiński 31/2014

    dodane 31.07.2014 00:15

    Edukacja domowa. – Nie ma co udawać, że to jest łatwa sprawa. Potrzeba chęci i czasu, ale widzimy, ile nasze dzieci na tym zyskują – twierdzi Anna Dremo.

    Nauczanie dziecka w domu ciągle jest tematem, który budzi wiele ciekawości i kontrowersji. W wielu krajach zachodnich (w USA szczególnie) homeschooling jest bardzo popularny. W Polsce można powiedzieć, że ciągle raczkuje. Ministerstwo Edukacji nie prowadzi żadnych statystyk dotyczących edukacji domowej. Ale widać, że na tę formę nauki decyduje się coraz więcej rodzin.

    Niech sami decydują

    Anna i Marcin Dremowie zdecydowali się na edukację domową w 2009 roku, w czasie, kiedy jeszcze mało kto o tym słyszał. Dość powiedzieć, że wówczas w Kuratorium Oświaty w Olsztynie do edukacji domowej zgłoszona była zaledwie dwójka dzieci. – Nasz najstarszy syn, Krzyś, miał wtedy za sobą dwa lata przedszkola, przeżyte wśród licznych chorób – tydzień w przedszkolu, dwa tygodnie chorobowego w domu, byliśmy stałymi klientami aptek. W mediach katolickich przeczytaliśmy wtedy o edukacji domowej i postanowiliśmy spróbować, choćby ze względu na to, żeby zaoszczędzić mu trochę zarazków. Także zerówkę Krzyś zaliczył w domu, w ramach edukacji domowej – mówi Anna. – Poziom zerówki to tak naprawdę nic trudnego – dziecko i tak uczy się tych rzeczy, które normalnie poznaje w domu. Mieliśmy poza tym duże wsparcie ze strony dziadków, którzy mocno popierali naszą decyzję. Jeśli poświęci się dziecku odpowiednią ilość czasu, można go zainteresować światem trochę inaczej niż w szkole czy przedszkolu. Po tej naszej eksperymentalnej zerówce słyszeliśmy od wielu osób bardzo dużo pochlebnych opinii o tym, jak Krzyś dużo wie, jaki jest ciekawy świata. Uznaliśmy, że rok nie był stracony i to była dobra decyzja – mówi Marcin. Anna przyznaje, że dziecku wystarczy odpowiadać na pytania. – Pojechaliśmy w wakacje na wycieczkę rowerową i dzieci zaczęły pytać o stonkę, gdzie zimuje, i o bociany, jakimi trasami latają. Wróciliśmy do domu i zaczęliśmy szukać odpowiedzi. Nawet dla mnie – a ja biologii w szkole nigdy nie lubiłam – było to ciekawe, bo okazało się, że bociany latają do Afryki, potem wracają w to samo miejsce, a stonka zimuje zakopana w ziemi – mówi Ania. Rodzice Krzysia uznali mimo wszystko, że powinni dać swoim dzieciom spróbować normalnej szkoły. Każdy uczeń może korzystać z zajęć dodatkowych w szkole, do której jest zapisany, ponadto rodzice Krzysia dogadali się z nauczycielką i dyrektorką, że ich synek przyjdzie na kilka lekcji, żeby zobaczyć, jak to jest, żeby wybór nauczania był także jego sprawą. I tak przez miesiąc chodził na kółko plastyczne, potem poszedł na jeden dzień na lekcje, potem na dwa, a w listopadzie powiedział, że chce chodzić już na stałe do szkoły. I tak chodził aż do IV klasy. Teraz wraca do edukacji domowej, a wraz z nim w domu będą się uczyć jego dwie młodsze siostry – Anielka zaczyna III klasę szkoły podstawowej, Jadzia idzie do zerówki. – U Krzysia sporo się zmieniło, inni nauczyciele przede wszystkim. Poza tym jest indywidualistą. Anielka z kolei ma problemy z koncentracją. Jeszcze dochodzi inna kwestia – po zerówce wszystkie wyniki badań w poradni psychologiczno-pedagogicznej miała powyżej normy, teraz jest dużo gorzej. Inteligencję ogólną ma bardzo wysoką, ale umiejętności, których powinna nauczyć się w grupie, ma poniżej swojego wieku. Jadzia, pięciolatka, na szkołę emocjonalnie nie jest gotowa. Od razu chcieliśmy zatrzymać ją w domu, a jak pojawił się ten temat, to starsze dzieci powiedziały, że też chcą się uczyć w domu – mówi Ania.

    Postanowili spróbować

    W rodzinie Agnieszki Sawka-Wiśniewskiej sprawa wyglądała trochę inaczej. Adrian, bardzo dobry uczeń, spotkał się z niemiłą sytuacją – najpierw dostał się do wymarzonej szkoły, potem okazało się, że jednak nie ma dla niego miejsca, na szczęście z odwołania dostał się do innej placówki i tam też zaczął naukę w gimnazjum. – Nasze dzieci wychowujemy w określonych wartościach, zawsze im tłumaczymy, że nie mogą się zniżać do przemocy, nawet werbalnej. Niestety, Adrian trafił do klasy, gdzie było kilka osób gnębiących innych. Wystarczy powiedzieć, że 7 uczniów odeszło z klasy, a my odliczaliśmy dni do końca roku szkolnego, byle uzyskać klasyfikację i nie zostać tam ani jednego dnia dłużej. Po pierwszej klasie gimnazjum musieliśmy coś zrobić – mówi Agnieszka. Już wcześniej czytała wiele o edukacji domowej, teraz postanowiła z mężem spróbować. Zapisali Adriana i młodszego syna do placówki w Warszawie, przyjaznej edukacji domowej. – Chcieliśmy dobrej szkoły, która wie, o co w tym chodzi. Baliśmy się sytuacji, że nauczyciele w czasie egzaminów będą udowadniali dziecku to, czego nie umie, zamiast sprawdzać wiedzę – mówi Agnieszka. Po roku nauczania w domu są zadowoleni. – Dzieci są w stanie opanować program i podstawę w znacznie krótszym czasie i w zdecydowanie bardziej atrakcyjnej formie. Mogą zrobić to chętnie, nie są przymuszane, nie ma stresu sprawdzianów, klasówek, całego dopasowania się do szkoły. Wymiernym wynikiem tego, czy nasza decyzja była prawidłowa, oczywiście były egzaminy z poszczególnych przedmiotów. Młodszy Patryk po IV klasie podstawówki na świadectwie miał średnią 6,0, Adrian po II klasie gimnazjum miał średnią prawie 5,3 – mówi mama.

    Co miesiąc egzamin

    Edukacja domowa to przede wszystkim duża odpowiedzialność rodziców, którzy biorą na siebie edukację dzieci. Trzeba nie tylko dużo chęci, ale przede wszystkim czasu. Jeśli jest wsparcie rodziny, to wspaniale, ale często jedno z rodziców musi zrezygnować z pracy. Typowe siedzenie z podręcznikami zajmuje około 3–4 godziny dziennie, w zależności od poziomu, klasy, potrzeb i ilości materiału. – Trzeba dziecku zorganizować czas. Naszym zdaniem potrzebny jest plan lekcji – musi być czas i na lekcje indywidualne, gdzie dzieci będą same się przygotowywać, ale także czas na wspólne zajęcia, odpowiedzi na pytania, szukanie odpowiedzi, wgłębianie się w temat. W końcu my także wielu rzeczy nie wiemy – mówi Marcin Dremo. – Bardzo cenię w edukacji domowej różne formy przekazywania dziecku wiedzy. Wycieczki, mnóstwo ciekawych zajęć, Noc Muzeów, Dni Nauki na UWM-ie, nawiązaliśmy współpracę z fundacją Albatros – jeździmy do nich na zajęcia z przyrody, dzieci mogą zobaczyć na żywo ptaki, wejść do klatki, dotknąć zwierząt. Kiedy uczymy się o jakimś zamku czy bitwie, możemy tam pojechać, zobaczyć, posłuchać przewodnika, poza tym internet jest kopalnią wiedzy. Bierzemy w tym wszystkim czynny udział, bo przede wszystkim mamy na to wreszcie czas – mówi Agnieszka Sawka-Wiśniewska. Każde dziecko musi być zapisane do jakiejś szkoły i wówczas może korzystać z zajęć dodatkowych oferowanych przez placówkę – kółek zainteresowań, zajęć plastycznych, artystycznych. Każda rodzina, która edukuje swoje dzieci w domu, na swój sposób organizuje naukę i tak dostosowuje program, by dzieci opanowały podstawę programową, a poza nią mogły rozwijać swoje zainteresowania. Można zatrudnić dodatkowych korepetytorów, ale ich potrzebują również dzieci, które normalnie uczą się w szkole, a nie są w stanie opanować całego materiału. Niektórzy przerabiają materiał tematycznie – np. w październiku robią historię i język polski, zdają egzamin, a potem zabierają się za matematykę. Tu nie ma reguły – w ciągu roku dzieci mają opanować materiał i udokumentować to egzaminem, który przeprowadza nauczyciel ze szkoły, do której zapisane jest dziecko. Jeśli w ciągu roku potrzeba jakiegoś wsparcia ze strony szkoły czy nawet powrotu do standardowego nauczania, to z tym również nie ma problemu.

    – Wiele osób pyta nas, czy sobie poradzimy. My możemy równie dobrze zapytać, czy szkoła sobie poradzi – widzimy przecież wyniki z testów gimnazjalnych czy maturalnych. Te same wyniki można osiągnąć i w szkole, i w edukacji domowej, tylko tutaj jest chyba prościej. Znamy dobre i słabe strony naszych dzieci, możemy tę naukę zindywidualizować. Tutaj nie ma też stresu, nie ma rywalizacji o oceny, jest za to rozwijanie tego, co dzieci najbardziej interesuje – opowiada Marcin Dremo. – Edukacja domowa jest dla wszystkich. Chodzi o indywidualne podejście. Nie każde dziecko jest wzrokowcem czy słuchowcem. Dzieci bardzo aktywnie poznają świat, interesują się wszystkim, zadają mnóstwo pytań, a wcześniej przy odrabianiu pracy domowej nigdy nie wychodziły poza wytyczony zakres – mówi mama Adriana i Patryka.

    Nie wysyłamy ich na księżyc

    Najczęstszym zarzutem, jaki jest stawiany edukacji domowej, to wyobcowanie, odspołecznienie dziecka. – Zawsze mnie to śmieszy, przecież my właśnie przez te nienormalne, aspołeczne zachowania zrezygnowaliśmy z nauki szkolnej. My dzieci nie wywozimy na księżyc, nigdzie nie zamykamy, one mają kontakt ze znajomymi, z sąsiadami, chodzą na zajęcia dodatkowe. Mają wpływ na to, z kim i kiedy się spotykają. Poza tym przez to, że są w domu, widać, jak bardzo potrzebują relacji z rodzicami, nie tylko z rówieśnikami, ale właśnie z rodzicami – mówi pani Agnieszka. – Spędzamy z dziećmi więcej czasu, więzi rodzinne zawiązują się jeszcze mocniej. Poza tym przy nauce dzieci my też się rozwijamy. Nie ma co udawać, że to jest łatwa sprawa. Bierzemy na siebie dużą odpowiedzialność, potrzeba chęci i czasu, ale widzimy, ile nasze dzieci na tym zyskują. Dzieci w szkole często tracą zainteresowanie, do domu wracają co prawda z jakąś porcją informacji, ale zmęczone. Tutaj zadają nam mnóstwo pytań, są ciekawe tego, co ich otacza, jedne pytania rodzą kolejne, zwłaszcza jeśli dzieci w domu jest więcej – mówi Ania Dremo.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół