• facebook
  • rss
  • Przez rok można zrobić więcej

    Łukasz Czechyra

    |

    Posłaniec Warmiński 32/2014

    dodane 07.08.2014 00:15

    Misje. – Wolontariusz wyjeżdża z przekonaniem, że daje siebie, nie biorąc nic w zamian. Ale tak naprawdę jest odwrotnie, czujesz, że to Ty zyskałeś najwięcej – tłumaczy Czarek.

    Międzynarodowy Wolontariat Don Bosco powstał w 2002 roku z inicjatywy Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie. MWDB skupia młodych ludzi, którzy chcą poświęcić swój czas na niesienie pomocy biednym i potrzebującym na całym świecie. Jest to odpowiedź na wołanie Jana Pawła II, który mówił „...jesteście niezbędni nie przez to, co możecie uczynić dzięki waszym zdolnościom i sile fizycznej, ale przez to, co możecie uczynić dzięki wierze w Boga. Wolontariat, ten wspaniały fenomen naszych czasów, powinien być żywy pośród was. Żaden młody człowiek, będący w waszym wieku, jeśli nie poświęci – w takiej czy innej formie – jakiejś cząstki swego czasu na służbę innym, nie może nazywać siebie chrześcijaninem”.

    Duch Święty podpowiada

    Każdy wolontariat ma taki sam cel – bezinteresowną działalność na rzecz drugiego człowieka. Wolontariat Don Bosco jest ukierunkowany na wyjazd na misje. Są dwa rodzaje wyjazdów – krótkoterminowe w czasie wakacji do pracy z dziećmi na Wschodzie (Ukraina, Rosja) oraz do Albanii, a także wyjazdy długoterminowe na rok do krajów Afryki, Ameryki Łacińskiej i Azji. Wolontariuszem Don Bosco nie zostaje się oczywiście od razu. Po zgłoszeniu się do salezjanów konieczne jest odpowiednie przygotowanie – formacja przed wyjazdem trwa zazwyczaj rok od złożenia podania i wyrażenia chęci wyjazdu na misje. W tym czasie wolontariusze odbywają formację ludzką – warsztaty rozwijające zdolności i umiejętności, zajęcia w przedszkolach, poprawczakach, szpitalach, oratoriach, liczne konferencje dotyczące problemów, z jakimi będą się musieli zmierzyć na misjach. Przechodzą również formację duchową i salezjańską – chodzi nie tylko o umocnienie swojej wiary, ale również poznanie duchowości ks. Bosko i systemu wychowawczego. Ostatnią formacją jest misyjna – spotkania z misjonarzami, poznanie praw i obowiązków wolontariusza, konferencje specjalistów i praktyczne przygotowanie do wyjazdów. Takie przygotowanie przeszli również Iwona oraz Cezary Bębenowie, małżeństwo z Olsztyna, którzy na misje w ramach międzynarodowego Wolontariatu Don Bosco wyjechali w 2008 roku i właśnie na misjach poznali się, zakochali i zaręczyli. – Misje zawsze chodziły mi po głowie. Wzrastałam w Kościele, w ruchu Światło–Życie, więc duch pomocy innym towarzyszył mi od dzieciństwa. Impulsem do podjęcia decyzji o wyjeździe były rozmowy z koleżanką, która wyjechała rok wcześniej. Opowiadała, że to wspaniałe przeżycie, a czas po skończeniu studiów jest najlepszy, bo wtedy nie miałam jeszcze pracy i można było ten rok spokojnie na to poświęcić. Ona wyjeżdżała właśnie we współpracy z salezjanami i również się do niech zgłosiłam – opowiada Iwona. U Czarka z kolei sytuacja wyglądała całkowicie inaczej – jak sam mówi do kościoła chodził od święta, raczej bez wielkiego zrozumienia. Pracował już kilka lat w bardzo dobrej firmie w Warszawie. Skąd więc decyzja o pojechaniu na wolontariat misyjny? – Nie wiem. Jednego dnia po prostu poszedłem do salezjanów, zapytałem co i jak. Coś mi po prostu strzeliło do głowy. Nie potrafię sobie tego inaczej wytłumaczyć niż działaniem Ducha Świętego. Po roku przygotowań zwolniłem się z pracy i pojechałem – opowiada Czarek.

    Perełki z jurty

    Razem z jeszcze jedną wolontariuszką Iwona oraz Czarek trafili do Mongolii. Nie planowali tego, Iwona myślała raczej o Białorusi czy Ukrainie. – Salezjanie rzucili hasło „Mongolia”. Ja się przez chwilę zastanowiłam, gdzie to w zasadzie jest. Niby też na wschód, chociaż trochę dalej – śmieje się Iwona. Wówczas misje czy wolontariat misyjny kojarzyły się przede wszystkim z Afryką, a przecież misje prowadzone są na całym świecie. Po roku przygotowań w Warszawie zostali posłani, otrzymali krzyże misyjne i ruszyli w drogę do Ułan Bator – byli drugą turą wolontariatu Don Bosco w Mongolii. Iwona razem z koleżanką trafiła jako opiekunka do placówki opiekuńczej, Czarek uczył w szkole języka angielskiego i prowadził kursy elektrotechniczne. – W sierocińcu, w którym pracowałam, było około 30 dzieci w wieku od 6 do 18 lat. Przebywały w placówce do ukończenia szkoły. Potem ośrodek pomagał im znaleźć pracę. Nie były to tylko dzieci z rodzin patologicznych. Były też takie, które w domu nie miały warunków do nauki albo mieszkały bardzo daleko od miasta, nie miały jak dojechać do szkoły, a nie stać ich było na wynajęcie pokoju czy mieszkania. Były wśród nich bardzo zdolne osoby, prawdziwe perełki, które dzięki ośrodkowi dostały od życia szansę – przekonuje Iwona. Jak mówi, praca w sierocińcu to całodzienna opieka, zajęcie 24 godziny na dobę. Na początku problemem była bariera językowa – Iwona miała zapewnione lekcje mongolskiego, ale przecież to nie jest proste nauczyć się od podstaw nowego języka. – Dogadywaliśmy się w międzynarodowym języku miłości, Przez uśmiech, dotyk, pokazywanie. Do grania w piłkę nie trzeba dużej znajomości języka – opowiada Iwona.

    Wolontariusz dostaje najwięcej

    Wolontariusze często powtarzają, że najwięcej na pomocy innym zyskują oni sami. Iwona i Czarek to potwierdzają. Jemu wolontariat pozwolił zbliżyć się mocno do Boga, poznać bardziej samego siebie. – Taki wyjazd to gigantyczna lekcja pokory, bo wszystko to, co sobie zakładaliśmy czy wyobrażaliśmy, jest bardzo szybko weryfikowane na miejscu. To też nauka szacunku dla drugiego człowieka, dla jego zwyczajów i tradycji, często diametralnie innych od naszych. Pewne rzeczy mogą się wydawać na początku śmieszne, ale przy zagłębieniu się w nie można w nich odkryć wielowiekową mądrość – mówi Iwona. Przytacza tu przykład opatrywania ran – w Mongolii bowiem rany posypuje się ziemią. To, co dla nas jest nie do pomyślenia u nich jest na porządku dziennym. Wynika to na pewno z faktu, że tam ziemia jest trochę inna, pierwiastki i minerały robią swoje, ale ci ludzie mają też ogromny szacunek do przyrody, do Matki Ziemi. Cezary zaznacza, że Mongolia to kraj niezwykłej symboliki, choćby w sposobie witania się – podaje się rękę do uścisku, jak u nas, ale jednocześnie drugą rękę też trzyma się na wierzchu, położną na tej pierwszej. – Chodzi o to, że kiedy się z kimś witam, drugą ręką nie wbiję noża w plecy. W młodszym pokoleniu widać już wpływ cywilizacji zachodu, wielki wpływ Korei Południowej. W starszym pokoleniu jednak tradycje żyją. W Polsce stroje ludowe zakłada się na święta czy uroczystości. Tam ludzie w swoich ludowych strojach chodzą na co dzień, w autobusie, w sklepie, na ulicy – mówi Czarek.

    Opowiada także o świętach Nowego Roku, które trwają w zasadzie kilka tygodni. Przez cały czas rodziny świętują, odwiedzają się nawzajem, nawet jeśli krewni mieszkają kilkaset kilometrów dalej, w głębi kraju, gdzie nie ma dróg, a podróż trwa kilka dni – to nie przeszkoda, a normalna sprawa, że w tym czasie trzeba być z rodziną. Rok w zupełnie obcym kraju może się wydawać długim okresem, ale zleciał szybko i przyszedł czas pożegnań i powrotu do kraju. – Przed wyjazdem jedna z moich podopiecznych dała mi na pożegnanie prezent, stary zużyty portfel. Powiedziała, że jest dla niej bardzo ważny, bo dał go jej brat przed śmiercią. I ta dziewczyna mi ten portfel oddała – mówi Iwona.

    Miesiąc miodowy na misjach

    Iwona i Czarek poznali się w ramach przygotowań do misji, polecieli razem do Mongolii, a po pół roku byli już zaręczeni. Teraz, jak mówią, mają nową misję – dwójkę wspaniałych dzieci. Jako świeżo upieczeni małżonkowie wyjechali na misje jeszcze raz – tym razem na miesiąc do Albanii. Tam prowadzili półkolonie dla dzieci. Z tamtego wyjazdu najbardziej wspominają pewną rodzinę, najbiedniejszą w całej wiosce. – To była rodzina wielodzietna, dzieci miały bardzo dużo obowiązków, chociaż przybiegały do nas, kiedy tylko mogły. Oni jednak jako jedyni z tych koloni co jakiś czas nam coś przynosili – ziemniaki czy mleko. My z Polski przywieźliśmy jedynie makarony i puszki, więc dla nas to naprawdę dużo znaczyło. Pewnego dnia zaprosili nas do siebie. Byli jeszcze w trakcie budowy, więc w domu nie było warunków, siedzieliśmy w altance. Ugościli nas jednak jak mogli – na stole postawili wszystko, co mieli najlepsze. Włączyli jakieś radyjko, mimo deszczu wszyscy zaczęli tańczyć, było niesamowicie. To mi właśnie zapadło w pamięć, że ci najbiedniejsi ofiarowali nam najwięcej – opowiada Iwona. W Albanii, na ścianie opuszczonej plebanii, gdzie mieszkali, zostawili swoje krzyże misyjne. Przypadkiem, zorientowali się w drodze powrotnej, że o nich zapomnieli. – To było takie symboliczne pożegnanie. Wolontariuszem nie można być bowiem przez cały czas, wolontariat nie może być sposobem na życie, bo wtedy zatraca się poczucie misji, trzeba w pewnym momencie zacząć inną misję – tłumaczy Czarek. Na pytanie o porównanie tych dwóch wyjazdów – na rok i na miesiąc – nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Trzeba wziąć pod uwagę różne aspekty, ale Czarek doradza wyjazd na cały rok. Trzeba wówczas często zrezygnować z pracy, ale właśnie o to chodzi. – To nie ma być urlop. To ma być misja, a przy misjach zawsze trzeba z czegoś zrezygnować. Poza tym przez rok można więcej zrobić, a tym samym więcej zyskać. Wolontariat ma bowiem to do siebie, że im więcej się daje z siebie, tym więcej do nas wraca – mówi Czarek.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół