• facebook
  • rss
  • Opuszczone gniazdo

    ks. Piotr Sroga 


    |

    Posłaniec Warmiński 36/2014

    dodane 04.09.2014 00:15

    Historia Kościoła warmińskiego. Ksiądz infułat Antoni Jagłowski to postać nietuzinkowa. Choć był związany przed II wojną światową z Kresami, jednak pracował owocnie także na Warmii.


    Warto przypominać dobre przykłady księży. Szczególnie dziś, gdy nagłaśnia się w mediach to, co ułomne i naganne. Okazją do wspomnień o jednym z warmińskich duchownych jest 40. rocznica jego śmierci.
Szczególne więzy łączyły go ze Zgromadzeniem Sióstr Benedyktynek Misjonarek, które nazywały go ojcem. Siostra prof. Ambrozja Kalinowska opracowuje obecnie obszerną monografię na temat ks. Antoniego.


    Przerwana akademia


    Ksiądz Antoni Jagłowski urodził się w roku 1891 w Krucieniszkach na Suwalszczyźnie. Wychował się w wielodzietnej rodzinie. Rodzice wychowywali swoje dzieci z wielką miłością, nie stosowali żadnych kar, a oddziaływali na potomstwo dobrym przykładem. To wystarczyło. Antoni wspominał potem, że to było dla niego zawsze punktem odniesienia. Rodzice przykładali także wagę do wykształcenia swoich dzieci.
– Gimnazjum zaliczył komisyjnie, gdyż rodziny nie było stać na opłacenie internatu. Lekcje pobierał u rabina. Nie był może prymusem, ale zawsze nadrabiał pracowitością i życzliwością wobec innych. Poza tym był bardzo pobożny – mówi s. prof. Ambrozja Kalinowska. Zgłosił się do seminarium duchownego w Płocku, gdzie rozwinął swoje talenty organizacyjne. Już jako kapłan został wysłany do Rzymskokatolickiej Akademii Duchownej w Petersburgu. Była to renomowana uczelnia, która dawała szansę na karierę kościelną.
– Studenci akademii wyjeżdżali na praktyki duszpasterskie. Rodzina Aleksandrowiczów z Białej Cerkwi pod Kijowem utrzymywała tam szpitalik dla żołnierzy polskich i potrzebowano kapelana. Wysłano ks. Antoniego. W tym samym czasie s. Jadwiga Kulesza, benedyktynka, we współpracy z Jadwigą Aleksandrowicz starały się o powołanie placówki dla sierot I wojny światowej. Tak powstał dom Zgromadzenia Suore Benedettine di Carita, który stał się początkiem wspólnoty sióstr benedyktynek misjonarek – opowiada s. Kalinowska. Ks. Jagłowski został kapelanem i opiekunem nowo powstałej rodziny zakonnej i towarzyszył jej do końca swojego życia.


    Wiejski proboszcz


    Przed przyjazdem na Warmię i Mazury ks. Antoni był rektorem Wyższego Seminarium Duchownego w Łucku. Tam też kierował budową sierocińca. Wychowywał dzieci do sumiennej i odpowiedzialnej pracy i nauki. Sierociniec nazwał ulem, a wychowanków pszczółkami, sam był pszczelarzem. Był bardzo aktywny społecznie i naukowo. Jego pobyt w Łucku przerwała II wojna światowa. Udał się wtedy w rodzinne strony, w okolice Augustowa, i został przyjęty przez braci, którzy mieli gospodarstwa w Kolnicy. Potem w roku 1944 został administratorem parafii Szczebra. Tak to rektor, kanonik łucki i wybitny społecznik został wiejskim proboszczem na Suwalszczyźnie.
– Po kilku latach pracy duszpasterskiej opuścił parafię i udał się do Kwidzyna, gdzie zaczął funkcjonować dom benedyktynek. Podróż trwała 4 dni. Było zimno i wieziono ze sobą piecyk do ogrzewania. W Ełku na dworzec wyszły dwie siostry, które przyniosły w garnku białe kluski. Ks. Antoni w podzięce ofiarował im worek ziemniaków. Do Kwidzyna dojechał 17 marca 1947 roku – mówi s. Kalinowska.
Ksiądz Jagłowski przyjeżdżał wcześniej do Olsztyna, żeby porozumieć się z zarządcą diecezji, którym był w tym czasie ks. inf. Teodor Bensch. Decyzja kapelaństwa sióstr nie podobała się przełożonemu, gdyż miał dla ks. Jagłowskiego inne propozycje, chcąc wykorzystać jego zdolności organizowania życia religijnego w diecezji warmińskiej. Przez dwa lata był kapelanem sióstr i kapelanem szpitala. Potem rozpoczęła się praca w Olsztynie.


    Walka z trębaczami


    Biskup Julian Wojtkowski we wspomnieniach pisze: „Ks. infułat Antoni Jagłowski przybył na Warmię w sławie wspaniałego rektora seminarium duchownego w Łucku na Wołyniu. Dźwignął gospodarkę, dbał o alumnów, urządził nawet lodowisko, osobiście je inaugurując w sutannie i na łyżwach. Administrator apostolski diecezji warmińskiej Teodor Bensch prosił, aby przyjął rektorat wskrzeszonego w 1949 roku seminarium warmińskiego w Olsztynie. Odmówił ze względu na wiek 58 lat, ale przyjął stanowisko ojca duchownego. Również infułat dr Stefan Zajkowski, ksiądz diecezji łuckiej, uprzednio dyrektor niższego seminarium duchownego w Olsztynie, nie podjął się pełnienia obowiązków rektora seminarium. Został nim ostatecznie ksiądz dr Józef Łapot, znany z podręcznika katechetyki i tomów przykładów kaznodziejskich, pochodzący z Kielc”.
Ksiądz Jagłowski spełniał swoje obowiązki bardzo sumiennie. Konferencje przygotowywał zawsze na piśmie i je odczytywał. Pierwszą konferencję dla kleryków pierwszego roku zaczynał zawsze od słów „Cur venisti?” (Dlaczego przyszedłeś?). W pamięci wychowanków ks. Antoniego utrwaliły się dwa wydarzenia. Oto pewnego razu jeden z alumnów wycierał w kaplicy głośno nos. Ks. Jagłowski kazał jego koledze przywołać go, mówiąc: „Przyślij mi tego trębacza”. Zakatarzony kleryk dostał reprymendę. Był także uczulony na skrzypiące buty i dlatego mawiał: „Włóż buty na 24 godziny do wody, a przestaną skrzypieć!”. Podobno gdy był rektorem w Łucku, ks. dr Mieczysław Karpiński wchodził na schody w skarpetach.


    Bij Rosjanina


    Zachowały się spisane przez ks. dr. Władysława Turka wspomnienia alumnów o ks. Jagłowskim z czasów jego pracy w seminarium. Był szanowany za prawość, rzetelność i dobroczynność. Miał kontakty z siostrami benedyktynkami w USA i obdarowywał kleryków plastikowymi koloratkami, które dostał z Ameryki. Demonstrował także swoje negatywne nastawienie do panującego wtedy ustroju komunistycznego. Podczas zawodów bokserskich stawiał wino za każdego obitego Rosjanina. Swoją posługę w seminarium duchownym ks. inf. Jagłowski zakończył w roku 1960.


    Roczna kolęda


    Miał wówczas już 70 lat, jednak nie udał się na emeryturę. Powstał wtedy problem obsadzenia proboszcza parafii konkatedralnej św. Jakuba w Olsztynie. Po śmierci ks. Stanisława Chrzanowskiego władze komunistyczne nie zgadzały się na proponowanych przez bp. Tomasza Wilczyńskiego kandydatów. W końcu zgodziły się na ks. Jagłowskiego. 
– Do parafii sprowadził dwie benedyktynki. Próbował urządzić życie na plebanii na wzór benedyktyński. Mówił: „Ja jestem tu opatem”. Żył regułą naszego zgromadzenia. Stał się benedyktynem dla benedyktynek. Ofiarował się na całego naszemu zgromadzeniu. Świętował z nami święta zgromadzenia i wszystko chciał organizować w duchu benedyktyńskim – wspomina s. prof. Kalinowska. Ze wspomnień wynika, że plebania św. Jakuba była zawsze gościnna. Przy stole zasiadali nie tylko wikariusze, ale także zaproszeni księża – między innymi ks. prał. Czesław Kulikowski, kanclerz kurii biskupiej. Ks. Jagłowski wprowadził także całoroczną kolędę bez pobierania żadnych ofiar. Z wizytą duszpasterze udawali się także do księży, którzy mieszkali na terenie parafii – w tym do biskupa warmińskiego. Zachowało się wspomnienie wizyty duszpasterskiej u ks. dr. Mikołaja Lohra, wykładowcy filozofii w seminarium duchownym. Proboszcz katedralny zapytał go, czy przyjmie kolędę. Ksiądz profesor odpowiedział, że tak, gdyż jest katolikiem. Po poświęceniu mieszkania ks. Jagłowski zapytał: „Dlaczego ksiądz nie chodzi do kościoła?”. Powód do zadania takiego pytania był zasadny, gdyż ks. Lohr, nauczając w seminarium przy ul. Kopernika, odprawiał Msze św. w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa w Olsztynie, a nie w konkatedrze. 
Pomimo podeszłego wieku zaangażował się w duszpasterstwo parafialne. Ożywił kult Serca Bożego i bardzo dbał o posługę w konfesjonale. Rozpoczął prace nad przystosowaniem północnej nawy konkatedry do stałej adoracji Najświętszego Sakramentu.
21 czerwca 1964 roku obchodził złoty jubileusz swojego kapłaństwa. Na uroczystościach obecny był bp Tomasz Wilczyński. Papież Paweł VI wystosował z tej okazji brewe, nominujące ks. Jagłowskiego na protonotariusza apostolskiego, czyli infułata.


    Powrót do gniazda


    W roku 1969 zrezygnował z obowiązków proboszcza. – Wtedy kupił w Augustowie tzw. zielony domek i zamieszkał tam przy rodzinie swego brata. Cały czas miał kontakt z naszym zgromadzeniem i interesował się pracą każdej siostry. Pierwszy zaproponował wysyłanie sióstr na studia wyższe. Czasu na emeryturze nie spędzał biernie. W roku 1970 pojechał na 3 miesiące do ówczesnego Związku Radzieckiego, na tereny swojej posługi duszpasterskiej z pierwszych lat kapłaństwa – mówi s. Kalinowska. Ks. inf. Jagłowski odwiedził wtedy Białą Cerkiew i Łuck. Spotkał się z dawnymi wychowankami i pomagał im wprowadzać posoborową odnowę liturgiczną. Po powrocie pojechał do sióstr benedyktynek w Kwidzynie, którym ofiarował ziemię z Białej Cerkwi i Łucka oraz pączki dzikiej róży. Relacjonując swoją podróż na Wschód, pisał: „Po 50 latach,
21 maja 1970 roku, oczy moje oglądały miejsca, które Bóg w swoich rządach opatrznościowych wybrał na zapoczątkowanie swojego dzieła. Dom z całym otoczeniem w ciągu 50 lat uległ tak wielkim zmianom, że go poznać nie mogłem. I nic w tym dziwnego. Gniazdo opuszczone albo niszczeje, albo zostaje przez innych zajęte. Obchodząc naokoło posesję, jakbym słyszał słowa anioła wyrzeczone do Jozuego przy zdobywaniu Jerycha: »Zdejm obuwie z nóg twoich, albowiem miejsce, na którym stoisz, jest święte«”.
W ostatnich latach życia ks. Antoni przygotowywał się do odejścia. Spisał testament, pełen aktów wiary i zaufania Bożej Opatrzności. Z miesiąca na miesiąc jego stan zdrowia się pogarszał. Pojawiła się choroba nowotworowa. Odszedł do Pana 16 września 1974 roku. Na uroczystości pogrzebowe, którym przewodniczył bp Józef Drzazga, przybyło 140 księży, 70 sióstr zakonnych, rodzina i wierni. 
Korzystałem z książki: ks. Władysław Turek, „Ksiądz infułat Antoni Jagłowski”, Olsztyn 1996.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół