• facebook
  • rss
  • Na to nie jesteśmy przygotowani

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 43/2014

    dodane 23.10.2014 00:00

    Szpital dziecięcy. – Świat się zmienia, cały. Kiedy człowiek dowiaduje się, że jego dziecko ciężko choruje, nic nie jest łatwe – mówi Jolanta, mama Zosi.

    Życie wydaje się unormowane. A rzeczy, które były bardzo ważne, albo te, które denerwowały i stresowały, obecnie nie mają znaczenia – dodaje kobieta. W Wojewódzkim Specjalistycznym Szpitalu Dziecięcym w Olsztynie z Zosią jest od początku maja. – Całe szczęście personel, który opiekuje się dziećmi, otacza opieką także rodziców – opowiada. – Tłumaczą, wyjaśniają, co dalej będzie, jakie podejmują kroki, po co robią poszczególne badania. Jeśli rodzic dużo wie na temat choroby dziecka, inaczej ją przyjmuje – zapewnia.

    – Jestem tu z synem zaledwie tydzień. Miał już wiele badań. Czekamy na wyniki. Jestem z nim w pokoju – mówi pani Wioleta.

    Dzieci nazywają pielęgniarki ciociami. – Nawet rodzice tak na nie mówią – uśmiecha się pani Jolanta. – Rodzinna atmosfera bardzo pomaga rodzicom nie tylko w pobycie w szpitalu, ale i w obcowaniu z chorobami. Bo przecież z czasem nie leży się tu jedynie ze swoim dzieckiem, ale ze wszystkimi. Zna się rodziców, nawiązują się przyjaźnie. Z czasem przeżywa się wszystkie choroby wszystkich dzieci – dodaje.

    Tak wygląda dziś szpital, który obecnie obchodzi swoje 60-lecie. Ale nie zawsze tak było. – Trafiłem do szpitala dziecięcego w Olsztynie 1 września 1979 r. Musiałem w nim spędzić kilkanaście dni, z dala od rodziców, kolegów – wspomina Sebastian, który dziś jest w szpitalu ze swoim synem. – Wieczorami siedziałem na łóżku i patrzyłem przez okno. Zapamiętałem jeden widok: pojawiające się i znikające czerwone światła wieży telewizyjnej. Czułem smutek, że jestem z dala od bliskich – mówi.

    – Przygotowując się do obchodów 60-lecia szpitala, oglądaliśmy historyczne zdjęcia. Te z lat 60. i 70. Na nich widać twarze dzieci wyglądających z okien szpitala lub dzieci wyglądające przez drzwi oddziałów – relacjonuje Krystyna Piskorz-Ogórek, dyrektor Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala Dziecięcego w Olsztynie. – To był inny szpital niż ten, który jest dziś. Wówczas rodzice przywozili dziecko na izbę przyjęć i zostawiali. Pielęgniarka odbierała je, często płaczące i oglądające się za rodzicami i prowadziła na oddział. Dziś rodzice są w szpitalu z dziećmi – wyjaśnia.

    Potwory morskie na oddziale

    Początkowo szpital nie przewidywał pobytu opiekunów z dzieckiem. – Pierwsze jaskółki witane były niechętnie. Wymagano osobistej zgody ordynatora i przekonującego uzasadnienia – mówi lek. Ewa Gniadek. – Z czasem nasz oddział zaczął przypominać mieszankę cygańskiego obozowiska z biwakiem harcerskim. Karimaty, materace, rozkładane leżanki. Poranny obchód często kończył się skonfiskowaniem kilku nielegalnych czajników przemyślnie ukrytych w toaletach – relacjonuje. Ale zmiany były nieodzowne. – Kupiliśmy pierwsze łóżka polowe. Na korytarzach stanęły automaty do kawy i w końcu spory ucichły. Na ścianach rozkwitła radosna twórczość plastyczna, potwory morskie na oddziale zakaźnym, zmodyfikowane słonowodne hipopotamy pląsające w falach oceanu – opowiada lekarka. – Cieszymy się, że ta zmiana nastąpiła. Jest to ogromna korzyść dla dzieci. – wyjaśnia dyrektor szpitala.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół