• facebook
  • rss
  • Nuncjusz zawsze mówi prawdę

    Krzysztof Kozłowski


    |

    Posłaniec Warmiński 48/2014

    dodane 27.11.2014 00:15

    Chór w Klewkach. – Nie ma to być występ artystyczny, ale nasza modlitwa – mówi Helena.


    Niewiele osób pamięta, że w latach 60. ubiegłego wieku w parafii w Klewkach działały orkiestra dęta i chór. Podczas uroczystości kościelnych uświetniały one Msze św. Jednak przyszedł czas, kiedy zostało po nich ledwie wspomnienie, kilka starych zdjęć, parę historii, nic więcej. Po latach znalazło się kilku zapaleńców, którzy doszli do wniosku, że dla nich najlepszą formą modlitwy i uwielbienia jest wspólny śpiew. Wśród nich byli Elżbieta Gołębiowska i ówczesny proboszcz ks. Jan Lebdowicz. – To oni wyszli z inicjatywą, by przy parafii reaktywować chór. Koniec lat 80. Wówczas w Klewkach w rozkwicie był PGR. Elżbieta tam pracowała. W swoim środowisku nagabywała śpiewających ludzi, zapraszała na pierwszą próbę chóru. „W imieniu księdza proboszcza i pani organistki mam zaszczyt zaprosić na pierwszą próbę chóru” – rozpowiadałam i ja. Ponieważ nie jestem uzdolniona muzycznie, wykazywałam się w organizacyjnych sprawach – mówi Irena, siostra Elżbiety.
Na pierwszą próbę przyszło kilkanaście osób. Po kilkunastu spotkaniach chórzyści byli gotowi do występu. 11 listopada 1989 r. dali pierwszy koncert w kościele. Zaśpiewali pieśni patriotyczne, związane z rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości. Tak rozpoczęła się historia chóru w Klewkach.


    Trudny czas


    – Różnie bywało. Próby odbywały się w salce naprzeciwko plebanii. Ksiądz widzi, pali się światło. Idzie podejrzeć próbę. Wchodzi, a tu tylko Ela, Edyta, Helenka i jeszcze jedna osoba. Po prostu kto miał czas, przychodził. Ale chór przetrwał mimo chwilowych kryzysów – wspomina Henia. Był to czas, kiedy chórzystki zakładały rodziny, rodziły dzieci, musiały poświęcać się dla rodzin. Jednak najtrudniejszym okresem w historii chóru była choroba jego założycielki Elżbiety Gołębiowskiej, która w 2005 r., po długoletniej walce z nowotworem, zmarła. – To był trudny czas. Przychodziliśmy dla niej, bo ona była niezwykle systematyczna, obowiązkowa i wymagająca od siebie. Mimo leczenia, przyjmowania chemii, zawsze z nami była – mówi Helena. Irena, wspominając siostrę, podkreśla, że skończyła szkołę muzyczną, uczyła dzieci w ognisku muzycznym, przychodziła do przedszkola i prowadziła zajęcia z rytmiki. – Ela była pierwszą osobą, która kierowała chórem. Po jej śmierci zespół przyjął jej imię. Dziś mówimy o sobie: „Chór im. Elżbiety Gołębiowskiej przy parafii św. Walentego i św. Rocha w Klewkach” – zaznacza Jadwiga. – Dzięki Helenie chór przetrwał ten trudny czas. Była wsparciem dla nas wszystkich, motywowała nas, ścigała, upominała, za co czasem usłyszała od nas kilka cierpkich słów. Ale przetrwaliśmy – mówi Henia. Helena na co dzień pracuje w szkole muzycznej, w której uczy języka angielskiego. – Tam mam znajomych. Poprosiłam Marzenkę Bieńkuńską, która mieszka w Kabornie, żeby nas wspomogła. Zgodziła się na to, aby nam odczytywać nuty. To ona nauczyła nas pierwszej pieśni na cztery głosy. Mnie przypadła rola dyrygenta, choć nie miałam z tym wcześniej nic wspólnego – uśmiecha się. W rocznicę śmierci Jana Pawła II po raz pierwszy w Kościele rozbrzmiała na cztery głosy pieśń „Gaude Mater”. – I my, ludzie surowi, którzy nigdy nie śpiewali w chórach, stajemy i zaczynamy śpiewać. Cztery głosy. Rozbrzmiewa „Gaude…”. Niesamowite wrażenie. Pamiętam opinie, że to zabrzmiało niczym orkiestra jakaś. I nasze postanowienie: „Śpiewajmy więcej na głosy” – wspomina. – Zadziwiliśmy samych siebie. Przecież nie znaliśmy nut, nie mamy muzycznego wykształcenia. Sami amatorzy. Dziś wszyscy znają nuty, każdy patrzy na zapis. Żartujemy, że nam nuty w śpiewaniu nie przeszkadzają – mówi Anna.


    Bóg dał Adama


    Marzenka nie mogła zbyt wiele czasu poświęcić na pracę z chórem. Dlatego chórzyści rozpoczęli modlitwę z prośbą o kierownika artystycznego. – Bóg nas wysłuchał, nie zostawił samych. Dał nam Adama – mówi Ala. Śpiewacy z Klewek wystąpili wraz z profesjonalnym akademickim chórem „Bel Canto”. – To było przeżycie! Dyrygent z prawdziwego zdarzenia. Byliśmy pod wrażeniem, że wiedzieliśmy, jak się zachować, że odczytujemy jego gesty – mówi Anna. Potem odbyło się spotkanie w leśniczówce w Kabornie. Tam Helena poznała Adama i Olę Wąsików, którzy zamierzali przenieść się do Kaborna. Od razu pomyślała, że to będzie dar od Boga. – Pamiętam moment, kiedy Adam z małą Lenką przyszedł do nas podczas niedzielnej Mszy św., na chór. Podeszłam do nich, porozmawiałam z nim. Po Eucharystii spotkaliśmy się przed kościołem. „Mam małą wnuczkę, jak wasza córka, i dużo zabawek. Zapraszam do siebie”. Przyszli. Wtedy przedstawiłam im sytuację chóru i poprosiłam o pomoc. Adam od razu zajął się nim. I mamy prawdziwego dyrygenta – wspomina Helena. Okazuje się, że zaangażowanie rodziców w działalność chóru ma wpływ na przyszłość dzieci. – Moja córka Marcelina skończyła w Olsztynie szkołę muzyczną. Później studia w Warszawie. Jest magistrem śpiewu operowego. Kiedy przyjeżdża do rodzinnego domu, śpiewa razem z nami – mówi Anna.


    Śpiew anioła stróża


    Chór z zasady nie bierze udziału w konkursach. – Nas, chórzystów, to nie interesuje – mówi Helena. – Towarzyszy nam intencja, że śpiewamy na chwałę Bożą. Nie ma być to występ artystyczny, ale nasza modlitwa. Czy nam się to udaje? Myślę, że odpowiedzią na to pytanie są słowa ks. Podolaka, który powiedział: „Chciałbym się z chórem z Klewek modlić”. To był dla nas największy komplement, jaki mogliśmy usłyszeć – mówi Irena. Potwierdzają to również wpisy w kronice. „Trzeba umieć zakwitnąć tam, gdzie nas Bóg zasiał. Chór jest waszą inicjatywą, bardzo potrzebną tej parafii. Cenię was za to bardzo” – napisał ks. Lebdonowicz. „Kościół śpiewa, ponieważ samo słowo nie wystarcza do modlitwy. Podobne pragnienia łączą osoby w tym chórze” – zauważył ks. Pękała. „Wyraz uznania dla chóru za repertuar i poziom wykonania. Boże błogosław!” – bp Julian Wojtkowski, a bp Jacek Jezierski prosił: „Śpiewajcie nadal dla chwały Bożej i doskonalszej, piękniejszej liturgii”. – Śpiewaliśmy podczas uroczystości poświęcenia krzyża w Kabornie, na której był prymas Polski abp Józef Glemp. Danuta Koper, która obecnie mieszka w tej wsi, a wcześniej była kustoszką Zamku Królewskiego w Warszawie, znała prymasa i poprosiła go o zaszczycenie tej uroczystości. „Gdzie prymas przyjedzie do Kaborna...” – mówił ks. Leszek. Przyjechał – wspomina Irena. W tym roku chór uświetnił także Mszę św. odpustową w Stoczku Klasztornym, której przewodniczył abp Kazimierz Nycz. Śpiewał również na Eucharystii w Butrynach, której przewodniczył nuncjusz apostolski abp Celestino Migliore, a która rozpoczynała uroczystości w Bałdach na trakcie biskupim. – Śpiewamy na chwałę Boga i wiemy, że robimy dobrą robotę w Kościele. Nuncjusz powiedział: „Pięknie śpiewacie”. A nuncjusz przecież zawsze mówi prawdę – uśmiecha się Henia. – Przed występem poprosiłam chórzystów, aby każdy pomodlił się do swojego Anioła Stróża, by ten przyniósł błogosławieństwo Boże do serca każdego z nas, by wszystko było na chwałę Pana. Kiedy szliśmy z Butryn do Bałd, zaczepiła nas pani, która – jak się okazało – jest śpiewaczką w Operze Narodowej. Kiedy dowiedziała się, że jesteśmy chórem z parafii wiejskiej, była zdziwiona, gdyż myślała, że jesteśmy ze szkoły muzycznej. Tak nas dowartościowała, że pięknie zaśpiewaliśmy. To aniołowie działali – mówi Helena. W zeszłym roku chór śpiewał podczas Eucharystii na ogólnopolskiej pielgrzymce Akcji Katolickiej na Jasnej Górze, a w tym prowadził nocne czuwanie AK. – Całą noc czuwaliśmy przy Matce Bożej na Jasnej Górze. Przeżywaliśmy to bardzo. Byliśmy zachwyceni. Kiedy była czwarta rano, przyszedł ktoś i powiedział, żebyśmy już kończyli. A mój mąż, który również śpiewa w chórze, odwrócił się i powiedział: „Co? Już koniec? Jeszcze coś zaśpiewajmy”. Z repertuarem nie mamy problemów. Mamy opracowanych dziesiątki pieśni – mówi Helena.


    Nasz fundament


    Co jest siłą tej rozśpiewanej wspólnoty? – Chór to jest nasza rodzina. W trudnych sytuacjach, kłopotach wiem, że mogę na wszystkich liczyć. Wszystkich traktuję jak siostry i braci. To jest też i odskocznia od codziennych spraw. Kiedy jest ciężko, bo Adam podnosi nieustannie poziom utworów, to wiem, że to służy rozwojowi. Kiedyś, kiedy już nie będę mogła śpiewać, będę wspominać te chwile, wspaniałych ludzi, będę opowiadać o wielkiej łasce śpiewu, który zjednoczył nas, którym modliliśmy się do Boga – mówi Jadwiga. – Dlaczego, mimo problemów i mijających lat, ciągle trwamy? Na początku założyliśmy z chórzystami różę różańcową. Prawie cały chór odmawia codziennie Różaniec. Myślę, że to jest nasz fundament – dodaje Helena. – Kiedy mamy próby i widzimy, że kogoś nie ma, martwimy się, dzwonimy, dopytujemy. Czujemy się odpowiedzialni za drugiego człowieka – dodaje Anna. – Nasz śpiew pomaga innym w modlitwie. My też skupiamy się, by dobrze przeżyć Mszę św. Żeby to nie był popis artystyczny, a uwielbienie Boga – podkreśla Henia.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół