• facebook
  • rss
  • Padre Leszek

    dodane 18.12.2014 00:00

    Zdobywa nie tylko kominy, ale także ludzkie serca. Słowo Boże jest  dla niego pokarmem i dzieli się nim z innymi.

    Parafia w Różnowie istnieje od roku i nieustannie się rozwija. Wielu świeckich angażuje się w prace przy tworzeniu jej struktur. Jednym z nich jest Leszek Kiński, który mieszka w Olsztynie, ale na Msze św. jeździ do Różnowa i zakłada lektorską albę, aby służyć przy ołtarzu. Na co dzień nosi kominiarskie ubranie, gdyż już od 33 lat pracuje w tym fachu. – Wszystko zaczęło się od prośby mojej znajomej, która chciała, abym pomógł jej synowi. Okazało się, że jest nim ks. Piotr Matwiejczuk i prosi o znalezienie sposobu na ogrzanie kaplicy w Różnowie – wspomina olsztyński kominiarz. Pan Leszek pomógł wstawić piec, zrobić komin i dziś jest tam zimą cieplutko. Tak zadomowił się we wspólnocie na stałe kominiarz w albie. I to nie byle jaki kominiarz. Jest bowiem prezesem olsztyńskiego oddziału Korporacji Kominiarzy Polskich. Jego koledzy po fachu mówią na niego „padre Leszek”.

    Podarte spodnie

    Nigdy nie krył się ze swoją religijnością. Gdy odwiedzał miejscowości, wstępował do kościołów na modlitwę. Zresztą od najmłodszych lat był ministrantem i czytał Pismo Święte. Jego dziadek, ojciec i wujkowie byli kominiarzami. Taka rodzinna tradycja. Ojciec na początku nie chciał, aby jeden z pięciu synów przejął po nim fach. Wszystko zmieniło się, kiedy po maturze pan Leszek odwiedził ojców werbistów w Pieniężnie, aby rozeznać ewentualne powołanie do pracy na misjach. Jeden z zakonników powiedział mu wtedy: „Załóż, Lesiu, ten kominiarski strój i idź do ludzi. Będziesz ich pasterzem, ale trochę inaczej”. – Życie pokazało, że miał rację. Można różnie spełniać swoje powołanie – mówi Leszek Kiński. Zrobił potrzebne kursy i rozpoczął pracę. Pamięta do dziś swoje pierwsze wejście na komin w Barczewku. Bardzo się pilnował, żeby czegoś nie uszkodzić, a skończyło się … podartymi spodniami. Kiedy wrócił do rodzinnego domu, okazało się, że to już taka tradycja, gdyż prawie każdy z domowych kominiarzy z pierwszego dnia pracy wracał z podartą garderobą.

    Cud w kominie

    Zawód kominiarza wiąże się nie tylko z czyszczeniem komina, ale także ze spotkaniami z ludźmi. Przez lata bardzo wiele się w tym względzie zmieniło – ludzie są bardzo zabiegani. Kiedyś odwiedziny łączyły się z rozmową i poczęstunkiem, tak często było u Warmiaków. – Pamiętam odwiedziny w jednej z miejscowości. Nowa mieszkanka zobaczyła, jak wchodzę do jednego z domów, w którym akurat nikogo nie było. A trzeba pamiętać, że wtedy nie zamykano na wioskach drzwi na klucz. Szybko pobiegła do gospodyni i poinformowała ją o mojej obecności. Kobieta odpowiedziała: „To nie kominiarz, to jest Lesiu. On sobie zrobi herbatę, popracuje i poczeka na nas”. Takie było wtedy zaufanie – wspomina Kiński. W czasie 33 lat pracy przeżył wiele różnych sytuacji, ale zawsze spotykał się z szacunkiem ze strony innych. Pewnego razu został wezwany do przeczyszczenia pieca dawnego typu – tzw. włazowego, który wyglądał jak wędzarnia. – Gospodyni narzekała, że nie ma ciągu, więc poszedłem na górę, ale wejście do pieca było zamknięte. Kiedy zszedłem do gospodyni po klucz, ta posadziła mnie przy stole i powiedziała: „Siadaj dzieciaku – już się lepiej pali, bardzo ci dziękuję”. Sama obecność skutkowała rozwiązaniem problemu – śmieje się olsztyński kominiarz. Obecność kominiarza wywołuje często zabobonne reakcje – ludzie chwytają się za guziki. – Wolałbym, żeby robili znak krzyża, ale te zabobony istnieją. Nawet tam, gdzie najmniej się ich można spodziewać – mówi Kiński. Kiedyś poszedł do seminarium duchownego przeczyścić komin, zobaczył chwytających się za guziki kleryków pierwszego roku. – Powiedziałem im, że z tego testu dostali jedynkę – wspomina. Kiński jest ojcem dwóch córek i szczęśliwym mężem. Jego żona Renata poznała go w Barczewie. Jest bardzo zapracowany. Wcześnie wychodzi z domu i późno wraca. – Oczywiście, że się denerwuję i martwię o jego bezpieczeństwo. Szczególnie gdy jest ślisko na dachach – mówi. Monitoruje go w ciągu dnia telefonicznie. Troska o męża wynika z doświadczenia, gdyż Kiński kiedyś już spadł z dachu. Chciał pomóc starszej pani, stanął na spróchniałą deskę, upadł na ziemię z wysoka i stracił przytomność. – Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem białe postacie. Pomyślałem sobie, że nie jest źle – jestem w dobrym miejscu, pewnie w niebie – mówi z uśmiechem Leszek. Okazało się jednak, że to tylko lekarz z pielęgniarką.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół