• facebook
  • rss
  • Strażakiem jestem cały czas

    Łukasz Czechyra

    |

    Posłaniec Warmiński 20/2015

    dodane 14.05.2015 00:00

    Ochotnicy. Chłopaki pakują się na dyskotekę do Olsztyna. Już wyjeżdżają z Wrzesiny, ale nagle słychać dźwięk syreny. Bez wahania zawracają do remizy.

    Ochotnicza Straż Pożarna we Wrzesinie istnieje od 1910 roku. Służy w niej teraz 33 strażaków, co w przełożeniu na liczbę mieszkańców (ok. 380–400 osób) daje naprawdę wysoką średnią.

    Strach nie ma wstępu

    – Jestem strażakiem od 1972 roku. Ciągnęło mnie jeszcze jako dziecko, kiedy patrzyłem, jak straż jeździła. Zainteresowanie rosło, chodziło się tu i tam, chciało się pomóc, ratować ludzi i ich dobytek. I tak już ponad 40 lat – mówi Ryszard Grodziski. Pan Ryszard pięć lat temu zrezygnował z aktywnej służby – sam uznał, że siły już nie te, co kiedyś, i nie chce nikogo zawieść. Został jednak honorowym strażakiem, bo po prostu z OSP nie sposób się rozstać.

    Stanisław Kuczyński z kolei do Wrzesiny trafił z Olsztyna. Dopóki mieszkał w dużym mieście, straż kojarzyła mu się wyłącznie z zawodowymi strażakami. – Kiedy tu się przeprowadziłem, widziałem kilka akcji, w samej wiosce też już kilka pożarów było. To mnie pociągnęło – że można nieść pomoc, tę najważniejszą, pierwszą pomoc. Wszystkie jednostki OSP w kraju są po to, żeby nieść pomoc, zanim dojedzie Państwowa Straż Pożarna – tłumaczy pan Stanisław.

    Pytani o strach – w końcu sporo ryzykują – mówią, że w ogóle o tym nie myślą. – Strach zostawia się przed akcją – mówi pan Stanisław. – Wiadomo, że po akcji są jakieś przemyślenia: że to było groźne, że tu mieliśmy szczęście, że to mogło pójść inaczej. Ale w czasie akcji robimy swoje, to, co mamy zakodowane i wyszkolone. Po akcji wyciągamy wnioski na przyszłość. Cały czas też się szkolimy, żeby żadna sytuacja nas nie zaskoczyła – mówi Wojtek Górski. Sam pochodzi z rodziny, która ratowanie innych ma we krwi – strażakami byli dziadek, ojciec; Wojtek do młodzieżówki wstąpił, kiedy miał 12 lat, strażakami są także jego dwaj młodsi bracia. – Tu bardzo dużo ludzi jest strażakami. Wiadomo, że kobiety trochę się boją o swoich mężów czy synów, ale nikt nikogo nie zatrzymuje. Wiedzą, że straż jest potrzebna, bo gdyby nas nie było, to na pomoc trzeba by czekać 30–45 minut. A w takiej sytuacji czas jest niesamowicie ważny – opowiada Wojtek.

    Dwa wozy, trzeci do pocięcia

    Wspomina też swoją pierwszą akcję jako dorosły strażak. – To był pożar domu mieszkalnego. Była zima, minus 20 stopni, a my przez 17 godzin gasiliśmy i próbowaliśmy ratować, co się dało. Okazało się jeszcze, że to był dom mojej koleżanki z gimnazjum – opowiada młody strażak. Sam jest również ratownikiem medycznym, organizuje dla kolegów z remizy wewnętrzne szkolenia. – Wszyscy strażacy w OSP mają przeszkolenie szeregowego, który wie, co gdzie jest i jakie zadania ma do wykonania, czy to w przypadku gaszenia pożaru domu, trawy, komina, czy w przypadku wypadku drogowego. Przechodzimy różne szkolenia, ja skończyłem kurs ratownictwa medycznego, w naszej jednostce robimy też co jakiś czas szkolenia wewnętrzne, żeby stale być gotowym i nieść pomoc jeszcze efektywniej – mówi Stanisław Kuczyński.

    Ochotnicza Straż Pożarna we Wrzesinie ma dwa wozy strażackie – mercedesa o pojemności zbiornika 4,5 tys. litrów oraz stara o pojemności 2,5 tys. litrów. Do tego specjalistyczny sprzęt, m.in. nożyce do cięcia samochodów. – Niedawno z autozłomu dostaliśmy jeden samochód do pocięcia. Każdy mógł sobie spokojnie potrenować. Takie ćwiczenia są konieczne, a im częściej, tym lepiej. Wtedy człowiek jest przygotowany, wie, na co go stać. Gdy się jedzie na akcję, jest adrenalina, trzeba dokładnie wiedzieć, co należy robić, żeby nie zrobić sobie ani innym krzywdy – zaznacza pan Stanisław.

    Bez kombinowania

    – Najtrudniejszy moment jest wtedy, kiedy robimy wszystko, co w naszej mocy, a i tak nie możemy pomóc. To jest właśnie najgorsze – że chciałoby się zrobić więcej, ale po ludzku się nie da – mówi Wojtek. – Pewnych spraw nie da się przeskoczyć. Na tyle, na ile jesteśmy wyszkoleni, na tyle dajemy radę. Jakiś „bohater”, który pójdzie sam w ogień, nic nie zdziała. Martwy strażak to zły strażak – zaznacza Staszek.

    Strażacy z Wrzesiny zgodnie podkreślają, że nie ma tak, że się nie chce – kiedy słyszą syrenę, rzucają wszystko i biegną do remizy. Nieważne, czy dzień, czy noc, czy urodziny babci, praca w ogrodzie. Nie ma znaczenia, czy to pierwsze, trzecie czy piąte wezwanie tego samego dnia. Biegną i tyle. Na miejscu może się okazać, że przybiegło już kilkanaście osób (każdy samochód może pomieścić jedną sekcję – sześć osób) i można wrócić do swoich spraw, bo już nie ma miejsca w wozie. – Ale nie ma tak, że liczę, że ktoś inny przybiegnie. Tu nikt nie kalkuluje, nie zastanawia się, że to już trzecia akcja tego dnia. Strażakiem się jest cały czas – mówią ochotnicy z Wrzesiny.

    Ich jednostka jest stawiana innym za wzór, młodzieżówka zdobywa medale na mistrzostwach, a mieszkańcy są dumni i chętnie pomagają. Strażackie zawołanie „Bogu na chwałę, ludziom na pożytek” znajduje tu odzwierciedlenie w ich pracy. – Nie oczekujemy wdzięczności od ludzi, wierzymy, że to właśnie Bóg nam wynagrodzi naszą pracę. A ludzie tak czy inaczej nam pomagają – wiedzą, że strażacy we Wrzesinie są bardzo potrzebni – mówi Wojciech Górski.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół