• facebook
  • rss
  • Gdy Jezus mijał zamek olsztyński...

    dodane 10.12.2015 00:00

    – Jak już będzie odrestaurowana scena ukrzyżowania, odtworzony strop, to tu będzie taka atmosfera, że będzie można zrobić nieustanną adorację. Nikt nie będzie chciał stąd wyjść – uśmiecha się Justyna Dziewiątkowska.

    Proszę spojrzeć na ściany i wyobrazić sobie ich pierwotny wygląd. Nie ma tych okien. Jest jedno małe po lewej, dziś zamurowane, gdzie jest malowidło przedstawiające ważenie dusz. Drugie na południowej ścianie. Trzecie, dziś również zamurowane, w prezbiterium. Czyli jest półmrok. Niesamowita atmosfera. Nie ma wejścia do zakrystii, bo jej jeszcze nie było. Sklepienie było inne, kolebkowe. Chór był węższy. Ambona po drugiej stronie. Wejście główne było na tej ścianie – mówi konserwator dzieł sztuki Justyna Dziewiątkowska, rozglądając się po kościele.

    Widać palce, stopy...

    Wszystko zaczęło się 7 lat temu. W kościele pw. św. Wawrzyńca w Gutkowie rozpoczęto prace sondażowe, sprawdzające, czy pod tynkami znajduje się średniowieczna dekoracja. – Tynki były z lat 20. ubiegłego wieku. Zaczęliśmy odkrywkę na północnej ścianie prezbiterium. Było tam coś! Poszerzyliśmy badania. Milimetr po milimetrze, delikatnie. Emocje rosły. I... widać było palce, stopy. To było niesamowite uczucie – wspomina pani Justyna.

    Z czasem odsłonięto całe malowidło, które przedstawia scenę pod krzyżem. Widoczne są elementy krzyża, fragment głowy Jezusa, korony cierniowej, pod krzyżem stoi Matka Boża, ale do dziś nie wiadomo, czy postać po prawej to św. Maria Magdalena czy św. Jan. Skąd wątpliwości? – Bo jest zbyt duży ubytek, który przechodzi przez pół twarzy, szyję, ramiona. Widzimy jedno oko, kawałek nosa, ucho i czubek głowy. Wiemy, że włosy są blond z lekkim rudym odcieniem. Ale to za mało – wyjaśnia konserwator.

    Podczas prac okazało się, że tynkarze, którzy na początku ubiegłego wieku nakładali tynki, młotkami robili dziury, żeby zaprawa lepiej się trzymała. – Malowidło nie jest doczyszczone. Jesteśmy w stanie określić kompozycję sceny. O szczegółach nie możemy rozmawiać. Tak jak jeszcze wiosną nie mogliśmy rozmawiać o szczegółach dotyczących malowidła św. Wawrzyńca. Trzeba było usunąć wszystko, by dotrzeć do warstwy pierwotnej. Jeśli malowidło ma 500 lat, podlega zabrudzeniu, otłuszczeniu. Często było podmalowywane, miejscowo naprawiane. A te prace często fałszowały myśl, jaka przyświecała autorowi – wyjaśnia Szymon Konecko.

    Jakie piękne loki!

    Scena pod krzyżem czeka na prace konserwatorskie. Święty Wawrzyniec jest już odrestaurowany. – Znajduje się on na ścianie prezbiterialnej. Odkryliśmy go razem ze sceną ukrzyżowania. Ależ się cieszyliśmy, kiedy się pojawiał. Ojej! Głowa, piękna aureola. O, włosy, jakie loki. Cudny! – wspomina pani Justyna.

    Z czasem okazało się, że ma ślady po przemalowaniach, czyli miejscowych naprawach. – To oznacza, że przez długi czas był widoczny. Badania pigmentów, które przeprowadziliśmy, wskazywały, że w warstwach przemalowań istnieje farba, która nazywa się „żółć kadmowa”, a została odkryta w 1829 r., rozpowszechniła się w 1845 roku. Co ciekawe, w dokumentach z wizytacji nie ma informacji, że w tym okresie na ścianach kościoła cokolwiek było. Nie wiem... Może był zasłonięty ołtarzem? – zastanawia się pani Justyna.

    Usunięto XIX-wieczne przemalowania, bo okazało się, że fałszują pierwotny wygląd średniowiecznego malarstwa. – Prace prowadziła Jolanta Korcz z UMK w Toruniu. W ich trakcie odkryła, że gdy patrzy się z niewielkiej odległości, widać skupiska czerwieni cynobrowej. Okazało się, że to relikty po dekoracji patronowej, które czyniły szatę św. Wawrzyńca bogatszą. Obecność patronów może sugerować czas powstania malowidła na przełom XV i XVI w. – dodaje.

    Olsztyn czy Jerozolima?

    Podczas prac sondażowych we wszystkich blendach znaleziono namalowane sceny. Stopniowo są one przywracane. Ale jest to proces, bo wymaga nie tylko ogromnych pieniędzy, ale też wykonania dokumentacji. W kościele można już zobaczyć średniowieczne malowidła ważenia dusz i św. Wawrzyńca. Częściowo odrestaurowany jest barokowy strop. Na przywrócenie świetności czeka wspomniana scena ukrzyżowania. Jest jeszcze jedno malowidło, częściowo zasłonięte przez ambonę. – Nazywamy je roboczo „Olsztyński zamek”, choć przedstawia ono scenę wjazdu Jezusa do Jerozolimy. Jest tam najprawdopodobniej olsztyński zamek z pierwszej fazy istnienia, bez wysokiej wieży, rozbudowanych skrzydeł. To jest moje zdanie – mówi Szymon. – Jest rzeka, która się wije. Brama… Takie skojarzenia mamy. Ale to są jedynie hipotezy – dodaje Justyna.

    Okazuje się, że kościół św. Wawrzyńca jest pełny niespodzianek. Przed jego powstaniem znajdowała się w tym miejscu kaplica dla trędowatych. Było to ważne miejsce dla okolicznych mieszkańców, ale nie tylko. – Trędowaci mogli się tu modlić, przyjąć Komunię. W południowej ścianie świątyni jest małe okienko w prezbiterium, które do tego służyło. Sama postać św. Wawrzyńca, który raz dziennie schodzi do czyśćca, by uratować jedną duszę. To wszystko składa się na obraz średniowiecznej rzeczywistości. Z biegiem lat to się zmieniało. Zmieniał się i kościół. Naszym zadaniem, współczesnych, jest oddanie ducha tamtych czasów. Wracamy, idziemy tropem historii – mówi Szymon.

    Efekty konserwatorskie to owoc prac wielu osób, historyków sztuki, archeologów, konserwatorów zabytków i uczelni. – Ten kościół to małe miejsce skrywające wiele tajemnic, miejsce wielu ciekawostek – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół