• facebook
  • rss
  • Czy mamy Go wziąć z sobą?

    Krzysztof Kozłowski


    |

    Posłaniec Warmiński 03/2016

    dodane 14.01.2016 00:00

    Pożar w Braniewie. – Chwyciłem klucze i biegnę. I rzeczywiście, widzę: z wież dym się unosi. Wszedłem do kościoła, a już w jednym miejscu widzę żywy ogień – mówi
ks. Edward Woliński.


    Tuż przy schodach prowadzących do głównego wejścia kościoła pw. św. Antoniego klęczy pochylona Matka Boża. U jej stóp jednak nie ma Dzieciątka Jezus. Z jej twarzy zwisają sople, jakby pot i łzy zamarzły w oczekiwaniu na Syna. Za nią stoi św. Józef z pochyloną głową, z aureolą pełną zamarzniętych kropel, obok figurka skrzypka trzymającego lodowy smyczek. Stoją nieopodal siebie, ale każda z postaci patrzy w inną stronę. Tak już od dwóch dni, od niedzieli, kiedy ktoś wbiegł do kościoła, schwycił figurki i wyniósł je, postawił na dworze.
Przed świątynią w ogóle panuje nieład. Bo ludzie wbiegali do kościoła, chwytali ławki, konfesjonały, zdejmowali pospiesznie obrazy ze ścian, ktoś wziął szaty liturgiczne, inny księgi i ciężki mszał. Wynosili na zewnątrz, pospiesznie stawiali gdziekolwiek, gdzie było miejsce, i znów wbiegali do środka, jeszcze lekcjonarz, może obrus z ołtarza i koniecznie Najświętszy Sakrament. – Najlepiej zabrać całe tabernakulum! – ktoś krzyczał, dziś nie wiadomo kto. Odkręcili je. I kilku silnych mężczyzn chwyciło serce tej świątyni, wyniosło z kościoła, na mróz – a tej niedzieli było prawie minus 15 stopni Celsjusza.


    Kościół płonie


    Na plebanii leżą rzeczy wyniesione z kościoła. Szaty i naczynia liturgiczne, księgi, dzwonki. W przedsionku stoi obraz Czarnej Madonny, figurka Dzieciątka Jezus. Przy stoliku siedzi proboszcz ks. Edward Woliński. Zmęczony, zatroskany. – Jeszcze trudno pozbierać myśli... – wyznaje. Wpatruje się w okno. Po chwili opowiada: – W niedzielę po Mszy św. wychodzimy z kościoła. Dużo ludzi było na Eucharystii. Po piętnastej ktoś dzwoni, jakiś mężczyzna, i mówi, że dym unosi się znad kościoła. „Przecież palimy w piecu, żeby ciepło było, to i dym się unosi” – odpowiedziałem. „Ale nie z komina, tylko z wieży” – mówi. Chwyciłem klucze i biegnę. I rzeczywiście, widzę: z wież dym się unosi. Wszedłem do kościoła, a już w jednym miejscu widzę żywy ogień. Zadzwoniłem na straż pożarną: „Ratujcie, kościół płonie!”. Szybko przyjechali. Zaczęli gasić... „Niech się ksiądz nie martwi, uda się, wieczorem odbędzie się Msza św.” – pocieszali. Ale to żywioł... – przerywa.
Wspomina ludzi, którzy zgromadzili się przed kościołem. Szybko się zorganizowali i za zgodą strażaków zaczęli wynosić na zewnątrz przedmioty. Później mogli tylko patrzeć na walkę strażaków z żywiołem. Stali, płakali i się modlili. Wśród nich proboszcz, zmarznięty, bo przecież wybiegł z plebanii bez ciepłego ubrania, a na mrozie stał przez kilka godzin. Co czuł? 
– Człowiek jest bezradny. Ktoś dał mi normalną czapkę, okrył kocem. A ja stałem i się modliłem. Kiedy wróciłem na plebanię, wówczas dopiero poczułem, jak jestem przemarznięty. Człowiek jest przytłoczony. Patrzyłem bezradnie... Ale dziś w sercu nie ma trwogi, została jedynie nadzieja – mówi. 
– Nie wiem, czy to nie jest znak czasów. Świątynia może w jednej chwili spłonąć. A serce ludzkie? Kiedy otworzy się na zło, spłonie jeszcze szybciej – dodaje po chwili.


    Strach podchodzić


    Do proboszcza ktoś co chwilę dzwoni. Podczas rozmów pada wiele dobrych słów: „modlimy się za was”, „zrobimy zbiórkę pieniędzy”. – Dzwonił też i braniewianin z okolic Płocka, że ma firmę ciesielską i jest gotów pomóc, bo w tym kościele był chrzczony, przyjął pierwszą Komunię św., był bierzmowany. Tragedia, a tyle dobra w ludziach wyzwala – uważa.
Przez plebanię przewija się wiele osób, przynoszą kolejne przedmioty, rozmawiają, pytają, co jeszcze trzeba zrobić. Wchodzi strażak. – Wszystko już wyniesione z kościoła – informuje. – Zdjęliśmy kandelabry. Jeden jeszcze został, i krzyż w prezbiterium. Strażacy właśnie wrócili z jakiegoś pożaru i zaraz przyjadą, mają wyższe drabiny. Oni ten krzyż zdejmą i zawiozą do bazyliki. Przy okazji spróbują zdjąć ten ostatni żyrandol, co nie spadł. Bo trzy zdjęte. Jeden wisi. Ale strach podchodzić, bo resztki stropu to chyba tylko lód trzyma. Odetniemy go. Jak jutro? Jaki jest na jutro plan? – pyta.


    Wszechobecne sople


    Kiedy wchodzi się do kościoła, wszędzie widać matowe sople. Wiszą na resztkach dachu, na balkonach i żyrandolu, na nadpalonych oknach i bezładnie sterczących belkach stropu. Wiszą wraz z Jezusem na zabytkowym krzyżu, w prezbiterium, w bocznych nawach. Posadzka świątyni pokryta jest kilkucentymetrową warstwą lodu. W nią wtopione są ozdoby choinkowe, resztki lampek, nieczytelna kartka z zapisaną czyjąś notatką, książeczka modlitewna i czarne resztki spalonego dachu. W przedsionku leży naga choinka, ozdobiona jedynie soplami lodu.
Przed świątynią panuje ruch. Ludzie przyszli tu już z rana, jak wczoraj, by porządkować teren, wywozić w bezpieczne miejsca wyposażenie kościoła. Św. Antoni jest już w kaplicy na starej plebanii. Tam będą codzienne Msze św., bez zmian, o godzinach jak w kościele. Część rzeczy zaniesiono do pobliskiego Zespołu Szkół Budowlanych, gdzie w niedziele na sali gimnastycznej spotykać się będą parafianie, na Eucharystiach. Ławki i konfesjonały, i większe rzeczy mężczyźni pakują na samochody, wywożą do magazynu. Wcześniej inni odłamują wszechobecne sople, delikatnie starają się odłupać grubą warstwę lodu, która pokrywa siedziska i oparcia.
Wśród nich jest pani Jadwiga. – Tę tragedię mocno przeżywa moja mama. Jesteśmy całym sercem z proboszczem. We wszystkim będziemy starali się pomóc. To już drugi dzień po pożarze. Nikt nie może sobie miejsca znaleźć. Ale nie poddamy się. Jestem tu od 9 rano. Pomagam. A jeśli będzie trzeba, to nawet moja 90-letnia mama przyjdzie i pomoże – mówi.
Nad wywózką wyposażenia kościoła czuwają Anetta i Marta. – A ten Pan Jezus, gdzie idzie? Też na plebanię, czy mamy Go wziąć z sobą? – pyta mężczyzna, który wcześniej ładował na samochód ławki. Obok przechodzi kobieta. – A do środka można wejść, zobaczyć? – pyta strażaków, którzy przechodzą z drabiną. – Nie wolno – odpowiada jeden z nich.


    Wspólnota jest i będzie


    Strażacy niosący drabiny wchodzą do kościoła i idą w kierunku prezbiterium. Stawiają je tak, by zdjąć duży zabytkowy krucyfiks. Delikatnie utrącają wiszące sople. Zabezpieczają krzyż linami. Po chwili niosą Chrystusa ukrzyżowanego. Wynoszą z kościoła. Kładą na oblodzone ławki. Kiedy podjechał samochód, chwycili krzyż, położyli na pace. – A Jezusa gdzie zabierają? – pyta starsza pani. – Do św. Katarzyny jedzie – odpowiada Anetta.
Wspomina niedzielę, kiedy stała na kościelnym placu. – Po prostu jeden wielki płacz. Spontanicznie wynosiliśmy przedmioty z kościoła. A w sercu wielki żal. Po czasie obraz płonącego kościoła był przerażający. Ścisk w gardle, bo przecież ta świątynia jest częścią naszego życia. Ale, jak widać, nadziei nie tracimy. Bierzemy się w garść, jesteśmy w pełnej gotowości. Wiele osób zaczepia mnie, pyta, jak można pomóc. Myślę, że dzięki tej tragedii będziemy silniejsi. Kościół – budynek się spalił, ale Kościół jako wspólnota jest i będzie, i pokażemy, że jesteśmy razem, że jesteśmy Kościołem przez wielkie „K” – mówi Anetta, która jest katechetką. Wspomina jedną z uczennic III klasy, która ze łzami w oczach powiedziała: „Jeśli pani spotka księdza proboszcza, niech pani powie, że mi jest bardzo smutno z powodu, że nasz kościół się spalił”. – Zadzwoniłam do koleżanki, a ona mówi: „Wiesz już? Antoni się pali!”. Byłam pod kościołem w ciągu kilku minut. Trzeba ratować, i wszyscy ruszyli do pomocy. A później mogliśmy tylko patrzeć na ogrom tragedii. Czas pokazuje, że potrafimy się zjednoczyć. Następnego dnia była już poranna Msza św. w kaplicy na starej plebanii. W niedziele będziemy spotykać się w szkole. Mamy świadomość przykrości sytuacji, bo kościół świeżo wyremontowany, proboszcz tak się starał. Serce ściska... A jutro mamy Orszak Trzech Króli. Będziemy twardo stąpać po ziemi, głośno śpiewać i pokazywać, że nas to nie pokona, a jedynie wzmocni – mówi Marta.


    Symboliczny gest


    W kościele nie ma już wyposażenia. Wszystko zostało wyniesione. Jeden ze strażaków nakleja taśmę informującą o zakazie wstępu do świątyni. – W tę niedzielę, po otrzymaniu zgłoszenia szybko przyjechaliśmy na miejsce. Próbowaliśmy dotrzeć do źródła ognia, ale kościół był zadymiony, co utrudniało działania. Pożar rozprzestrzeniał się w drewnianej części poddasza. A warunki były trudne. Niska temperatura powodowała utrudnienia w zaopatrzeniu wodnym. Pękały węże gaśnicze, zamarzały nasady przy pojazdach pożarniczych. Jeśli przestawaliśmy lać wodę, ta zamarzała nawet na urządzeniach końcowych. Niektórzy strażacy chodzili z butlami z gazem i palnikiem, rozgrzewając nasady. Ludzie przynosili nam ciepłą herbatę. Stali, płakali, byli zszokowani – opowiada st. kpt. Ireneusz Ścibiorek.
Podchodzi do wozu strażackiego. Spogląda w górę, gdzie – mimo upływu dwóch dni – znów widać dym. Dwóch strażaków dogasza pogorzelisko. – Biorąc pod uwagę wielkość pożaru, udało się wiele uratować. Dwie wieże, organy, prezbiterium, piękny zabytkowy krucyfiks. Pewnym symbolicznym gestem było zdjęcie krzyża i wyniesienie Chrystusa przez strażaków na ramionach – dodaje.•
Remont spalonego kościoła 
można wesprzeć, przesyłając 
pieniądze na konto: Parafia 
pw. św. Antoniego w Braniewie, nr konta 
74 1940 1076 3094 3441 0000 0000.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół