• facebook
  • rss
  • Teologia pisana przez kalkę

    ks. Piotr Sroga

    |

    Posłaniec Warmiński 04/2016

    dodane 21.01.2016 00:00

    Dzięki jej pracy kilka roczników warmińskich alumnów mogło poznać tajniki wiedzy teologicznej. Dziś pozostało wiele wspomnień i liczne przyjaźnie.

    W zeszłym roku obchodziliśmy jubileusz 450-lecia Wyższego Seminarium Duchownego „Hosianum”, w czasie którego wspominano wiele ważnych postaci z historii archidiecezji warmińskiej. Na dzieje tej zacnej instytucji składają się jednak nie tylko nazwiska z podręczników, ale także te nieznane, mające swój wkład w funkcjonowanie seminaryjnego życia. Takim przykładem jest Maria Daszkiewicz – stenotypistka.

    Palce jak kamień

    – Wszystko zaczęło się w latach 60., kiedy zgłosił się do mnie ks. Misiak, który wówczas był jeszcze klerykiem. Seminarium znajdowało się wtedy na ul. Mariańskiej. Chodziło o przepisywanie skryptów do nauki różnych przedmiotów z zakresu studiów teologicznych. Tak rozpoczęło się moja współpraca, trwająca nieprzerwanie 23 lata – mówi pani Maria. W tamtych czasach dostęp do książek teologicznych był bardzo utrudniony, gdyż wydawano je w niewielkim nakładzie. Dodatkową przeszkodą była cenzura, która w czasach komunistycznych nie pozwalała na publikację wszystkich tytułów. Maria Daszkiewicz codziennie siadała do maszyny do pisania i przepisywała podręczniki potrzebne klerykom do zaliczenia poszczególnych egzaminów. Za każdym razem powstawało 10 odbitek. – Przez to moje pisanie zużyłam kilka maszyn, a palce do dziś mam twarde jak kamień. Ale cieszę się, że mogłam pomóc tym chłopakom – mówi olsztyńska stenotypistka. Jej praca wymagała ogromnego wysiłku, gdyż oprócz pracy zawodowej musiała jeszcze wychowywać cztery córki. Zdarzało się, że przepisywanie skryptów kończyła o godz. 4 nad ranem, a już o 6 wyruszała do pracy. Na szczęście w prowadzeniu gospodarstwa domowego pomagała teściowa.

    Trudna łacina

    Pani Maria pracowała wtedy w urzędzie wojewódzkim, w wydziale gospodarczym. Po pewnym czasie jej pozazawodową działalnością zainteresował się Urząd Bezpieczeństwa. – Przyszli kiedyś do domu i zażądali, żebym dawała im jeden egzemplarz każdego pisma. Pamiętam do dziś – było ich dwóch. A trzeba wiedzieć, że przepisywałam wtedy również różne teksty dla olsztyńskiej kurii. Powiedziałam im: „Idźcie do rektora seminarium, bo ja sama nie mogę decydować”. Wtedy zaczęli dopytywać się, dlaczego w ogóle piszę te skrypty. Odpowiedziałam, że chcę zarobić na chleb dla rodziny. A w tych tekstach przecież nie ma żadnej polityki. Na końcu powiedziałam im trochę ostrzej: „Wy chodzicie po knajpach, a ja muszę zarobić na dzieci. Dajcie mi spokój”. I tak się na jakiś czas odczepili – wspomina Maria Daszkiewicz. Z czasem natomiast nawiązywały się bliższe relacje z księżmi, którzy kończyli seminarium i rozpoczynali pracę duszpasterską. Do pani Marii przynoszono nie tylko materiały do skryptów, ale także prace magisterskie. – Zdarzało się, że trzeba było w szybkim tempie przepisać tekst, bo jakiś kleryk jechał do Lublina zdać swoją magisterkę. Siedziałam nad tym całą noc, a on odbierał maszynopis nad ranem i wsiadał zaraz do pociągu – uśmiecha się pani Maria. Trzeba pamiętać, że przepisywanie wymagało wtedy dużych zdolności. Nie było programów komputerowych, które same umieszczają przypisy i formatują tekst. Podczas pisania liczono ilość potrzebnego miejsca u dołu strony na opis bibliograficzny. – Klerycy śmiali się, że po przepisaniu tylu tekstów teologicznych mogę podpowiadać księżom – mówi olsztynianka. Największym wyzwaniem była oczywiście łacina, trzeba było bardzo uważać, by nie zrobić błędu. Najtrudniejsze było przepisywanie łacińskich rękopisów.

    Jak z karabinu

    Pani Maria jest samoukiem. O tym, jak dobrze opanowała wykonywaną przez siebie czynność, świadczy pewna historia. – Organizowano kiedyś wojewódzki konkurs dla stenotypistek. Ktoś mnie do niego wytypował – trochę na siłę, gdyż nie chciałam w nim brać udziału. Chodziło o szybkość i poprawność pisania. Poszłam i napisałam, a po jakim czasie przyszło pismo, że wygrałam. Bardzo się zdziwiłam – mówi. W pracy śmiali się, że gdy Maria pisze na maszynie, to jakby strzelała z karabinu maszynowego. Wieloletnia współpraca z seminarium skończyła się, gdy zliberalizowano rynek wydawniczy. Można było wtedy kupić potrzebne w seminarium podręczniki w księgarni i nie istniała potrzeby przepisywania skryptów. Znajomości z księżmi trwały jednak przez wiele lat. Pani Marii przysyłano zaproszenia z różnych parafii archidiecezji warmińskiej.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół