• facebook
  • rss
  • „Łupaszka” był jak ojciec

    Łukasz Czechyra

    |

    Posłaniec Warmiński 06/2016

    dodane 04.02.2016 00:00

    – Nie podpisałem. Powiedziałem, że sumienie mi nie pozwala – przelewałem z kolegami krew, a teraz mam na nich donosić? – mówi kpt. Józef Rusak.

    WInstytucie Kultury Chrześcijańskiej im. Jana Pawła II w Olsztynie odbyło się spotkanie z cyklu „Żołnierze wyklęci”. Tym razem bohaterem spotkania był kpt. Józef Rusak, jeden z pierwszych żołnierzy mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” w sławnej 5. Brygadzie AK, nazywanej Brygadą Śmierci.

    „Łupaszka” był jak ojciec

    Józef Rusak ps. „Bylina” urodził się 17 marca w 1920 roku we wsi Falewicze, gm. Kobylnik. Działał w konspiracji, potem, w 1943 roku, jako łącznik zasilił oddział por. Antoniego Górzyńskiego „Kmicica”. – Dlaczego w ogóle powstał ten oddział? Gdy Niemcy przyszli na Kresy, to Sowieci dosłownie pułkami szli do niewoli. Niemcy nie mieli co z nimi robić i dawali ich gospodarzom do pracy. Ale oni zaczęli uciekać od gospodarzy, rabować Polaków i dlatego powstała polska partyzantka, dla ochrony ludności polskiej przed sowiecką partyzantką – tłumaczy „Bylina”. Po rozbrojeniu „Kmiciców”, stał się on jednym z pierwszych żołnierzy mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. – Był bardzo dobrym dowódcą. Jemu zawdzięczam, że przeżyłem i dożyłem tylu lat – mówi kpt. Rusak. Zaznacza, że „Łupaszka” miał w sobie siłę, trzymał mocno dyscyplinę – karał nawet chłostą (szczególnie jeśli ktoś się wódki napił), ale był sprawiedliwy. – Traktowaliśmy go jak ojca – wspomina kpt. Rusak. Musiał jednak przyznać, że były w partyzantce takie akcje, z których nie może być dumny. – Raz „Łupaszka” zapłakał. W Glinciszkach, gdy zobaczył to morderstwo na polskich dzieciach. Wydał wtedy rozkaz o odwecie. Dostał listy litewskich milicjantów, którzy to zrobili, i my poszliśmy do tych rodzin, też morderstwo popełniliśmy – wyznaje kpt. Rusak. – Ale Litwini wtedy się wstrzymali, przestraszyli się. Ja to strasznie przeżywałem, zachorowałem z nerwów, kiedy widziałem te małe dzieci, jak zostały rozstrzelane. Nie mogłem przeżyć tego, co myśmy zrobili.

    Za wódkę można było czołg kupić

    Na spotkaniu w IKCh opowiadał o kilku akcjach, w jakich brał udział, m.in. o bitwie pod Worzianami. – Niemcy jakoś się dowiedzieli, że tam stoimy i przyjechali do wsi. Myśmy tych Niemców odpędzili, a oni się wycofali na cmentarz – tam był groby, drzewa, mieli się za czym chować. Gdy Niemcy zostali rozbici, to my wycofaliśmy się z wioski, ale śledzili nas Rosjanie i z nimi też walczyliśmy, we wsi Radziusze – wspomina żołnierz. – Oni w większości byli pijani. Nie patrzyli, tylko krzyczeli: „Hurra!”, biegli i strzelali na oślep. Nam zawsze „Łupaszka” powtarzał, żeby nie marnować amunicji, że jak nie mam 90 proc. pewności, że trafię, to mam nie strzelać. Zupełnie nie znali taktyki walki – opowiadał kpt. Rusak. Po rozwiązaniu 5. Brygady AK „Bylina”, jako dowódca drużyny ruszył w kierunku linii Curzona, wrócił do Wilna, a potem w swoich rodzinnych stronach zorganizował swój oddział – partyzanci wykonywali wyroki na konfidentach i rozbijali sowieckie urzędy gmin. – Wtedy za wódkę można było nawet czołg dostać. Dostaliśmy za wódkę umundurowanie, dwa samochody i jeździliśmy na inspekcje jako Sowieci. Tak zbieraliśmy informacje o konfidentach – wspomina „Bylina”.

    „Inka” była u mnie po lekarstwa

    Przyjechał do Polski najpierw do Lublina, a potem na Warmię, gdzie z miejsca się zakochał i ożenił. Tutaj dalej pomagał żołnierzom „Łupaszki” – samego majora spotkał nawet w Olsztynie na poczcie. To „Bylina” dostarczał lekarstwa, które zabierała od niego Danuta Siedzikówna „Inka”. – Raz stałem w kolejce po zapomogę w państwowym urzędzie repatriacyjnym. Patrzę, a tam moi dwaj koledzy z kompanii szturmowej. Wychodzę z kolejki, witam się, ale oni jakoś nie bardzo chcieli ze mną gadać, to wróciłem na swoje miejsce. Przyjechał kasjer z pieniędzmi, a ci moi koledzy odchylili płaszcze, wyciągnęli broń, rozbroili policjantów, zabrali kasę i uciekli. Ja tam stoję, alarm, myślę jak tu się wycofać, a już wojsko przyjechało. No, to stałem. Potem wróciłem do domu, spotkałem koleżankę, a ta mówi, że „jaki ja odważny”, że ludzie z kolejki mówili, że taka odwaga – wojsko wszędzie, a ten ani drgnął. Myśleli, że ja jestem wspólnikiem tamtych. I tak zostałem bohaterem – opowiada Józef Rusak. Po przeprowadzce z Olsztyna do Lidzbarka Warmińskiego został w 1948 roku aresztowany przez UB. W więzieniu spędził kilka lat, był bity, poniżany, UB próbowało go nawet zwerbować. – Przyprowadzili do więzienia żonę i synka, miał kilka miesięcy, dali herbatę, ciastka. Powiedzieli, że tak może być, muszę tylko podpisać i donosić. W celi siedziałem wówczas z jednym majorem. Powiedziałem mu, że podpiszę, ale nie będę kapował. On na to, że jak mnie raz złamią, to potem zawsze będą łamali, a ja do końca życia nie znajdę spokoju. Wtedy powiedziałem tym, co mnie przesłuchiwali, że nie podpiszę. Że sumienie mi nie pozwala – przelewałem z kolegami krew, a teraz mam na nich donosić? Nie zgodzę się – opowiadał kpt. Rusak.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół