• facebook
  • rss
  • Nuty pisane na makulaturze

    ks. Piotr Sroga

    |

    Posłaniec Warmiński 10/2016

    dodane 03.03.2016 00:00

    Muzyka. W Olsztynie istnieją trzy chóry parafialne, które działają od 71 lat, uświetniając muzycznie liturgie w kościołach św. Jakuba, św. Józefa i Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zespół w parafii NSPJ powstał jako pierwszy. Dziś nosi nazwę „Echo”.

    Sporo wiemy na temat powstania naszego chóru, bo wciąż żyje świadek tamtych czasów – Tadeusz Franusz. On opisał całą historię – mówi Czesława Jankowska, prezes chóru. – Wszystko zaczęło się w październiku 1945 roku. Skład zespołu kształtował się od sierpnia do października. Ówczesny proboszcz, ks. Alfons Wardecki, zaakceptował pomysł, a ks. Hipsza zajął się zachęcaniem wiernych do wstąpienia do chóru.

    Wołyńskie pieśni

    Nie mniejszą rolę do odegrania miał w tamtym czasie Mieczysław Kulewski, organista, który przybył na Warmię z Wołynia. Razem z gronem parafian pochodzących z Kresów angażował się w organizowanie struktur chóru. Tak uzbierało się 30 osób, które potem rozpoczęły próby w budynku obecnego domu parafialnego. Choć warunki były skromne, liczba śpiewaków rosła i już podczas Pasterki 1945 r. wystąpiło 60 osób. – Najwięcej było sopranów i altów. Zamiast organów towarzyszyła nam fisharmonia. Dopiero nieco później chór zaczął ćwiczyć przy akompaniamencie pianina, podarowanego przez anonimową parafiankę – wspomina Tadeusz Franusz. – Trzeba wyobrazić sobie warunki, jakie panowały w tamtych czasach. Trudno było dostać papier, więc dyrygent M. Kulewski przepisywał partyturę na makulaturze, kreśląc na niej pięciolinie. Próby przeprowadzono dwa razy w tygodniu, a występ odbywał się na Sumie o godz. 11. Repertuar składał się w większości z pieśni, które Mieczysław Kulewski zabrał ze sobą z Sarn, gdzie był wcześniej organistą. Do dziś chórzyści pielęgnują tę wołyńską tradycję i śpiewają utwory, których można wysłuchać tylko w ich wykonaniu. W późniejszych latach przybywało chórzystów, choć byli i tacy, którzy odchodzili. Były to czasy, kiedy utrwalanie się władzy ludowej w PRL oddziaływało także na stosunek do Kościoła. Chórem interesowała się również Służba Bezpieczeństwa.

    Czuło się tę różnorodność

    Oprócz funkcji liturgicznej chór miał także zadanie integracyjne. Powojenne losy Olsztyna charakteryzują się niespotykaną wcześniej migracją ludności. Zawierucha wojenna zmieniła zupełnie strukturę narodowościową Warmii i Mazur. Dotychczasowi mieszkańcy warmińskich miejscowości w dużej liczbie uciekli przed armią sowiecką, a przesiedleńcy z Kresów przybyli na te ziemie, zgodnie z nowym porządkiem jałtańskim. – Chór był formą integracji ludzi, którzy przyjechali do Olsztyna z różnych stron. Były tam przecież osoby w Wileńszczyzny, Ukrainy i różnych części Polski. Mąż jednej z naszych koleżanek był uczestnikiem powstania warszawskiego. Oczywiście, ta integracja trwała jeszcze bardzo długo. Ja przyjechałam tu w latach 80. i jeszcze czułam tę różnorodność. Kościół był, moim zdaniem, głównym miejscem budowania więzi – mówi Czesława Jankowska. Chórzyści stanowili rodzinę, która gromadziła się nie tylko wokół nut, ale także wokół siebie nawzajem. Więzi się zacieśniały. Z chóru wyszło kilka małżeństw. – Mój kolega wprowadził mnie do chóru. Na próbach spodobała mi się szczególnie... jedna z pań. I tak powoli się poznawaliśmy, z czego zrodziła się miłość. Jesteśmy do dziś szczęśliwym małżeństwem. Dlatego ten chór jest historią mojego życia – wspomina Bogdan Wasilewski. – Musiałem, oczywiście, pogodzić obecność na próbach z obowiązkami domowymi. Po pewnym czasie pojawiły się dzieci i żona zrezygnowała z uczestnictwa w chórze. Nie mogliśmy już oboje uczęszczać na próby. Ale ja śpiewałem dalej. Swoją pasję realizuje obecnie aż w trzech zespołach. – Moja żona mnie w tym wspiera i zgadza się na to – mówi olsztyński emeryt.

    „Ześpiewani” chórzyści

    Po rozpoczęciu działalności chór bardzo szybko włączył się w życie parafialne, ale także przygotowywał się do konkursów. Już w roku 1947 zajął pierwsze miejsce wśród warmińskich zespołów śpiewaczych i otrzymał pokaźną nagrodę – 10 tys. zł. Śpiewacy z parafii NSPJ postanowili połowę z tego przeznaczyć na budowę siedziby Studium Prawno-Administracyjnego. Chór wystąpił także w Teatrze im. Jaracza, kiedy wystawiano w roku 1948 „Loterię” Stanisława Moniuszki. Jednym z najczęściej wspominanych do dziś występów był zaś udział w montażu operowym „Kniaź Igor” Aleksandra Borodina, podczas którego chór wykonał „Tańce połowieckie”. Lista występów jest bardzo długa i świadczy o wysokim poziomie wykonywanych utworów. Dobra atmosfera i mozolna praca prowadziły chór do uczestnictwa w wielu ważnych wydarzeniach kościelnych i muzycznych. Atmosferę działalności „Echa” odzwierciedla wpis bp. Juliana Wojtkowskiego z wizytacji w roku 1971: „Pan organista Mieczysław Kulewski prowadził próbę chóru, jedną z dwu na tydzień. W przygotowaniu była Msza Szuniewicza. Chórzyści są ześpiewani, dyrygent panuje nad zespołem i umie mu nadać wartkie tempo śpiewania, przy jednoczesnym wyraźnym wypowiadaniu słów. Obok chórzystów z dużym stażem i doświadczeniem są także młodzi, chociaż p. M. Kulewski chciałby, aby młodych było jeszcze więcej. Chór jest w pełni życia i działalności; liczy 60 osób, ma na koncie duże osiągnięcia artystyczne, nie tylko na własnym terenie, ale i ogólnopolskie”. Sukcesy „Echo” zawdzięcza także księżom proboszczom, którzy zawsze dbali o chórzystów i wspomagali ich. Jednym z nich był śp. ks. inf. Julian Żołnierkiewicz. – Zawsze przychodził na nasze uroczystości i przynosił ze sobą coś dobrego. Na jubileusz 50-lecia chóru zaprosił nas na uroczysta kolację. Był naszym przyjacielem; jego śmierć nas zaszokowała – wspominają chórzyści. Ale i dziś mają wielkie wsparcie w osobie ks. Janusza Wieszczyńskiego, obecnego proboszcza.

    Potrzeba głosów

    Historie osób, które uczestniczą w próbach, są bardzo różne. Jedni dowiedzieli się o chórze z ogłoszeń duszpasterskich, inni zachęceni przez znajomych, a jeszcze inni przez... swoje dzieci. Tak było w przypadku obecnej prezes chóru. – Śpiewałam najpierw w chórze Akademii Medycznej w Gdańsku. Kiedy przyjechałam do Olsztyna, nie miałam przy trójce dzieci czasu na śpiew. W pewnym momencie mój syn zaczął uczęszczać do szkoły muzycznej i miał zajęcia z Zenoną Rondomańską, która prowadziła chór „Echo”. On mnie zachęcił do udziału w próbach. Powiedział: „Mamo, ty wcześniej śpiewałaś, a moja profesor potrzebuje głosów”. I tak się zaczęło – mówi Czesława Jankowska. Skąd się bierze rodzinna atmosfera w zespole? – Wzajemnie się wspieramy. Gdy komuś coś się dzieje, cała grupa stara się mu pomóc – mówią chórzyści. Przykładem może być historia jednej z członkiń „Echa”. Zachorowała na chorobę nowotworową, a to pociągnęło za sobą kłopoty finansowe. Urządzono wśród parafialnych śpiewaków zbiórkę pieniędzy i zadbano o to, aby dostała paczkę na święta. – Chodzi o bardzo proste, ludzkie sprawy. Kiedy ktoś ma problemy zdrowotne, staramy się go odwiedzić i pomóc. Ale ważnymi momentami są także wspólne spotkania, które odbywają się najczęściej w święta kościelne – mówi C. Jankowska. Członków w chórze w ostatnich latach bardzo ubyło. Obecnie „Echo” tworzy 18 osób, którymi dyryguje od 10 lat Katarzyna Brodawska-Falkowska. – Chcielibyśmy, żeby chór się znów rozrósł. Potrzebujemy altów, sopranów i basów. Mamy bardzo ciekawy repertuar, który jest wykonywany w wielu przypadkach tylko przez nas. To jest muzyczne dziedzictwo przywiezione z Wołynia. Trzeba, żeby było przekazane przyszłym pokoleniom – mówi prezes.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół