• facebook
  • rss
  • Zamienili brewiarz na karabin

    Krzysztof Kozłowski


    |

    Posłaniec Warmiński 15/2016

    dodane 07.04.2016 00:00

    Seminarium w Wilnie. W pokoju stanęła szafa. Niewysoka, niepozorna, skrywająca tajemnicę. Pani Maria czyściła ją wyłącznie nawilżoną ściereczką. – Szafa ciągle jest ładna, choć w marnym stanie. Jej drewniane wnętrze zawiera... – pan Andrzej przerywa. Otwiera drzwi. – Proszę spojrzeć, o tutaj.


    Zwykła bieliźniarka z XIX wieku. Przeszklone drzwi, po bokach prosto rzeźbione kolumienki, wewnątrz półki, na których stoją równo poukładane książki. Mebel jak mebel, w sklepie z antykami można bez trudu znaleźć takich wiele. Nie rzuca się w oczy, gdy wchodzi się do pokoju.

    – Jednak proszę mi wierzyć... – pan Andrzej znów zawiesza głos. Spogląda zagadkowo spod okularów, uśmiecha się i dodaje: – ... ta szafa kryje pewną tajemnicę.
Umarłych wyrzucano z wagonów
Stryj pana Andrzeja, Jan Małyszko, mieszkał z żoną przy ul. Mostowej w Wilnie. Do 1940 r. pracował w Wileńskim Seminarium Duchownym, był bardzo szanowany. Kiedy Sowieci postanowili zlikwidować seminarium, stryj – za przyzwoleniem ówczesnych przełożonych – zabrał stamtąd kilka mebli. Seminaryjną szafę, która dziś stoi u pana Andrzeja w pokoju, podarował bratu. – Od tej pory wędrowała z nami: z Wilna do Ostródy, później z Ostródy do Rusi, gdzie teraz mieszkam – wspomina pan Andrzej.
Jednak zanim Małyszkowie dotarli na Mazury, musieli przetrwać zawieruchę wojenną. W 1944 r. umarł brat pana Andrzeja, Tadeusz. – Byłem dzieckiem i niewiele zapamiętałem z dnia jego pogrzebu. W mojej pamięci pozostały przede wszystkim zapachy kaplicy cmentarnej i tynku świeżo odpadłego po bombardowaniu, a także chrzęst szkła z rozbitych okien pod butami – mówi.
Miesiąc później Sowieci aresztowali jego ojca. Więzili go na Antokolu, później na Łukiszkach. Stamtąd został pognany wraz z innymi więźniami na dworzec, skąd wywieziono go na Syberię. W szczelnie zamkniętym wagonie podróżowało prawie 60 osób. Dostawali jeden mizerny posiłek, a koryto zbite z desek służyło im za ubikację. Po paru dniach podróży wycieńczeni ludzie zaczęli odchodzić od zmysłów, słabsi umierali. Nocami, kiedy pociąg się zatrzymywał, umarłych wyrzucano z wagonów. Nie byli grzebani.
Tylko najsilniejsi dotarli do Dzierżyńska. – Ilekroć ojciec wracał do łagrowych opowieści, zawsze podkreślał, że postanowił to wszystko przetrwać i wrócić do swojej rodziny. Kiedy i jak? Nie miał pojęcia, ale widział ludzi wykańczanych psychicznie i fizycznie. Kiedy to było możliwe, starał się myć i golić, cerował i naprawiał swoją odzież, koszulę całą w łatach często prał. Wierzył, że narzucona sobie wewnętrzna dyscyplina i modlitwa pozwolą mu przetrwać najgorsze czasy – podkreśla pan Andrzej.
Przecież to są Niemcy...
Miesiąc po aresztowaniu, w październiku 1944 r., do mieszkania Małyszków przyszli enkawudziści. Otworzyli okna i drzwi, wyrzucając cały dobytek na podwórze. Zamieszkali u sąsiada, w atelier fotograficznym Michielewicza. – Z naszego mieszkania zrobiono więzienie. Od tej pory pod jego oknami służbę pełnili enkawudziści z karabinami, co pamiętam jak przez mgłę. Natomiast dobrze zapamiętałem krzyki katowanych tam ludzi – wspomina pan Andrzej. Jego matka Maria, korzystając z nieuwagi strażników, podawała aresztowanym chleb i przyjmowała od nich listy. Pewnego dnia enkawudzista złapał ją na tym i chciał zastrzelić. Sąsiadce, pani Hursztyn, udało się wybłagać jej życie.
W październiku 1945 r. pan Andrzej wraz z matką wyruszyli transportem repatriantów z Wilna do Gdyni. W wagonie towarowym ogrzewanym kozą wraz z całym dobytkiem podróżowali prawie dwa tygodnie w kilka rodzin. Ich podróż transportem numer 25, wagon 12, skończyła się przymusowym wyładunkiem w nieznanym nikomu mieście Ostród (dawna nazwa Ostródy).
Zarejestrowano ich 28 października 1945 r. pod numerem 3228, po czym zakwaterowano w barakach, w których w czasie wojny mieszkali niewolnicy III Rzeszy. – W 1946 r. do mamy przyszła władza, proponując jej zamieszkanie w domku jednorodzinnym. Mama chętnie się zgodziła. Kiedy tam poszli, w środku zobaczyła ludzi i gotujący się na kuchni obiad. Na jej zastrzeżenie, że dom ma już mieszkańców, padła krótka odpowiedź: „Za parę minut ich tu nie będzie. To są przecież Niemcy”. Mama z propozycji nie skorzystała i do końca życia, ilekroć to zdarzenie wspominała, mocno się denerwowała. Doskonale wiedziała, jak smakuje wyrzucenie z mieszkania, przesiedlenie, poniewieranie. Nie miała w sobie żadnych instynktów zemsty, odwetu. Mimo przeżycia dwóch wojen i strasznej rewolucji bolszewickiej potrafiła zaprotestować przeciw wyrzucaniu ludzi z ich własnego domu. Jestem jej za to wdzięczny – mówi pan Andrzej.
Jego ojciec, zwolniony z łagrów, przyjechał do Ostródy w lipcu 1946 roku. – Byłem w Reszkach, na wsi u cioci, kiedy z Ostródy przyjechał ktoś rowerem z wiadomością: „Janek wrócił!”. Furmanką szybko przejechaliśmy do domu i wtedy mój ojciec przeżył kolejny dramat, bo jego syn wcale go nie poznał i nie chciał się przywitać. Spuchnięty z głodu i osłabiony, miał problemy z wzięciem mnie na ręce. Mama wychowywała mnie tak, żebym się nie wygadał, iż tata jest w łagrze. Wiedziała, co robi. Miała z bolszewikami tak złe doświadczenia – mówi.
Naoczny świadek
Małyszkowie zamieszkali w Ostródzie, przy ul. 1. Maja (dziś Jaracza), by po latach przenieść się do Rusi. W jednym pokoju wraz z innymi meblami stanęła szafa. – Znajduje się w niej kronika wydarzeń od 1906 do 1940 roku – zdradza wreszcie pan Andrzej.
W drewnianym wnętrzu mebla, na jednym ze skrzydeł drzwi widać jakieś zapiski wykonane ołówkiem lub kredką. Są też na wewnętrznych ścianach szafy. Pan Andrzej zaczyna czytać, przesuwając palcem po drewnie: „10 listopada 1906 spadł pierwszy śnieg”*, „w 1919 w celi 25 zamieszkiwał O. Gieczys”, „w 1920 w celi mieszkał Z. Abrajtis”... – Ta szafa stała w jednym z pokojów wileńskiego seminarium duchownego – przypomina. – Klerycy robili w niej notatki. Proszę, tu napisali: „1908 r. 27 sierpnia zamieszkali w tej celi dwaj koledzy, Jan Zyp...” – tu nie mogę już tego nazwiska dokładnie odczytać – „... i Zygmunt Stefanowicz + trzeci współlokator Józef Alchimowicz”. Obok: „1923 Stanisław Patera”. Poniżej mamy trzy imiona: Józef, Leon i Antoni, „a na początku roku 1920 mieszkał z pierwszymi dwoma ex-Hrabia po mieczu Józef Sobański lecz w powodu wątłych sił zachorował na 1½ mies. przed B. Narodzeniem na brzuszny tyfus i przeniósł się do infirmeryi a na jego miejsce licho przyniosło owego Antka”. Ciekawe, prawda? A tu, proszę samemu przeczytać – proponuje.
„1921 Baczność! Dnia 9 II Popielec w czasie rekreacji gdy klerycy przechadzali się i ślizgali w sankach przyszedł ks. Rektor ze swoim adjutantem ks. Sawickim i przechadzali się po głównej alei, przemawiał z klerykami. Niebywały wypadek raz na trzy lata a może i więcej. Naoczny świadek”.
A czerwoną kredką: „A. Turzyński, K. Polachowski opuścili te mury i poszli do partyzantki 9.II.1940”. – Wycisnęli nazwiska na tylnej ścianie szafy, mocno, głęboko, jakby brakowało im wiary, że czas je zachowa, że nikt ich nie zniszczy. Chcieli mieć pewność. I przetrwały one do dziś. To zapisek szczególny, jakoś dotykający mnie i wzruszający, pełen dramaturgii. Dwóch kleryków wileńskiego seminarium idzie do partyzantki, walczyć, zamienić na jakiś czas brewiarz na karabin. W tym czasie na Wileńszczyźnie nie było regularnej partyzantki. Luźne grupy walczyły z sowieckim okupantem. Do kogo ci dwaj klerycy się przyłączyli? Jak ułożyły się ich losy? Czy przeżyli wojnę? Mnóstwo pytań. Wpisali się na drzwiach seminaryjnej szafy 9 lutego 1940 roku. Jakaż ogromna determinacja i rozpacz musiała kierować tymi młodzieńcami, gdy opuszczali seminarium. Przecież w tych murach uczono ich zupełnie czegoś innego. Na pewno nie walki z bronią w ręku... – mówi pan Andrzej.•
* Cytując zapiski z szafy seminaryjnej, zachowujemy oryginalną pisownię.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół