• facebook
  • rss
  • Zobaczyłem kata

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 19/2016

    dodane 05.05.2016 00:00

    – Ulice puste, dookoła milicjanci. Dojechaliśmy na miejsce. Każdy zaczął szukać symbolicznej tabliczki z nazwiskiem bliskich. Po chwili cmentarz był zatopiony w barwach narodowych... – wspomina pani Barbara.

    Dymitr Tokariew widział wszystko. Krew na ścianach i płaszczach. Ciała wyciągane z budynków, wrzucane na ciężarówki i wywożone do lasu, gdzie wrzucano je do zbiorowych mogił. „Do celi, gdzie odbywało się rozstrzelanie, nie wchodziłem. Tam technologia była wypracowana przez Bochina, tak, i komendanta naszego zarządu Rubanowa.

    Obili oni wojłokiem drzwi wychodzące na korytarz, żeby nie było słychać strzałów w celach. Następnie wyprowadzali skazanych – tak będziemy o nich mówić – przez korytarz, skręcali w lewo, gdzie była czerwona świetlica (...). [Tam] sprawdzali według listy, czy zgadzają się dane, dane personalne, czy nie ma jakiegoś błędu, tak... A następnie, gdy przekonywali się, że to ten człowiek, który ma być rozstrzelany, niezwłocznie zakładali mu kajdanki i wprowadzali do celi, gdzie dokonywano rozstrzelania. Ściany celi były również obite materiałem dźwiękochłonnym (...). Rozstrzelanie, to było okropnie nieprzyjemne. Zobaczyłem całą tę grozę. Błochin włożył swoją odzież specjalną: brązową skórzaną czapkę, długi skórzany brązowy fartuch, skórzane brązowe rękawice z mankietami powyżej łokci. Na mnie wywarło to ogromne wrażenie – zobaczyłem kata! Jednego chłopaka spytałem, ile masz lat? Powiedział – osiemnaście (...). Cela śmierci... No cóż, niewielki pokój (...) Z tej celi było wyjście na podwórko. Tamtędy wyciągali trupy, ładowali na samochód i jechali” – zeznawał szef Zarządu NKWD w Kalininie podczas procesu katyńskiego. – Czy tak zginął mój dziadek? Co musiał czuć, kiedy już wiedział, że za chwilę zostanie zabity strzałem w tył głowy? – zastanawia się Barbara Gawlicka. Spogląda na zdjęcie młodego dziadka. Odważne spojrzenie, zadbane wąsy wygięte ku górze. Władysław Marceli Linsenman we wrześniu 1939 r. w stopniu majora został powołany do wojska przez RKU Modlin. Podczas kampanii wrześniowej był kierownikiem szpitala polowego koni. Trafił do niewoli sowieckiej, do obozu w Starobielsku. Był jednym z ponad stu lekarzy weterynarii więzionych i zamordowanych przez NKWD. Rozstrzelany w Charkowie, pochowany w Piatichatkach. Starobielsk, Lista NKWD, poz. 2001.

    Dziura w paszporcie

    Jeszcze pod koniec sierpnia życie w Sierpcu toczyło się spokojnie. Owszem, mówiono o zbliżającej się wojnie, jednak każdy miał nadzieję, że to tylko gadanie, bo przecież Europa dobrze pamięta tragedię poprzedniego konfliktu, który pochłonął życie setek tysięcy żołnierzy. Pan Władysław był państwowym lekarzem weterynarii przy starostwie w Sierpcu. Poza tym oficerem rezerwy Wojska Polskiego. – Wojskowi byli zrzeszeni w klubie oficerów rezerwy. Często się spotykali. To było coś najcenniejszego: że można zaśpiewać hymn, wywiesić polską flagę, założyć polski mundur, mówić swobodnie w ojczystym języku. Polska – przecież oni ją odzyskali, mieli ją w sercach. Wiedzieli, jak cenna jest wolność – mówi pani Barbara. Pokazuje „Paszportnają kniżkę”. Czerwona okładka, w niej dziura. – Dziadek ukończył gimnazjum w Warszawie. Tam podjął studia w Instytucie Weterynarii. W 1907 r. wraz z kolegami stał na przystanku kolejki. Nagle otoczyli ich Kozacy carscy i zaczęli do nich strzelać – opowiada pani Barbara. Wyjmuje z segregatora pożółkłą kartkę. – To zaświadczenie lekarskie, że dziadek miał w ciele dwie kule, w części krzyżowej. A dziura w tym paszporcie... Jedna z kul przeszyła dokument i utkwiła w ciele – wyjaśnia. Zamknięto uczelnię. Wówczas pan Władysław wyjechał do Dor- patu, popularnego w owym czasie wśród Polaków ośrodka akademickiego. Działały tam nawet polskie korporacje akademickie. – Dziadek należał do Lutycji. Oni kierowali się hasłem: „Braterstwo i praca”. Składali się, by młodzi z biednych rodzin mogli też studiować. Polacy przygotowywali się do odzyskania niepodległości, bo jak już Polska będzie, potrzebni będą ludzie wykształceni – wyjaśnia. Po studiach został skierowany do pracy jako powiatowy lekarz weterynarii w Wagarszapacie w powiecie eczmijadzińskim guberni erywańskiej. W 1918 r. wrócił do Sierpca, już do Polski, która w końcu odzyskała niepodległość.

    I pożegnanie...

    Początek II wojny światowej. Pan Władysław otrzymał powołanie od RKU Modlin. Starostwo przygotowało pociąg, którym ewakuowano część ludności Sierpca, wśród nich rodzinę Linsenmanów. Niespokojna podróż, ostrzał pociągu. W końcu udało się dotrzeć do Warszawy. – I pożegnanie... Wówczas mój tata miał 11 lat. Któż z nich przypuszczał, że to będą ostatnie chwile spędzone razem? Pożegnali się, jakby mieli się niedługo spotkać. Ostatnie uściski, skrywane łzy i poczucie, że wojna szybko się skończy, przecież pomogą nam Anglicy i Francuzi – mówi pani Barbara. Dziadek stawił się w jednostce wojskowej, reszta rodziny uciekała na Wschód. Bombardowania, strach, ciągła niepewność. – Tata opowiadał mi, że dojechali pod Łuków. A było już po 17 września, po zdradzieckiej inwazji Sowietów na Polskę. Kiedy przyjechali rankiem, była tam jeszcze kawaleria Andersa. A już po południu pojawili się Rosjanie. Był świadkiem, jak naszych kawalerzystów rozbrajali Rosjanie. To był przykry widok, gdy „nasi eleganccy żołnierze byli rozbrajani przez łachmaniarzy”. Zresztą Anders był dowódcą Nowogródzkiej Brygady Kawaleryjskiej. Ta brygada w marcu 1939 r. prowadziła manewry w okolicach Sierpca. Wspominał, że wówczas oficerowie nocowali w ich rodzinnym domu – opowiada. Pod Łukowem babcia Stanisława kupiła dwa konie i wóz. Postanowiła wracać do domu. Po tygodniach podróży dotarli do Sierpca. Okazało się, że dom zajęło gestapo. Zamieszkali więc u rodziny w Raciążu.

    Może będzie dzień

    – Nadeszła kartka ze Starobielska... Dziadek był w obozie. Oczywiście, początkowo Rosjanie nie pozwalali korespondować jeńcom z rodzinami. Ale później doszli do wniosku, że pozwalając na wysłanie choćby jednej kartki do rodziny, pozyskają adresy rodzin polskich oficerów. Przecież później wiele z nich zostało wywiezionych na Syberię, z części Polski zajętej przez Rosjan. Szczęśliwie, moja rodzina mieszkała w części okupowanej przez Niemców – mówi pani Barbara. Władysław pisał krótko, że dobrze się czuje, że martwi się o rodzinę i wymieniał, kto jest z nim w obozie: lekarz z Sierpca, kolega lekarz weterynarii. – Każdy z nich tak robił. Przecież część listów mogła nie dotrzeć – dodaje. Kartka przyszła. Czas mijał – tygodnie, długie miesiące, w końcu lata. Pani Stanisława nie otrzymała więcej listów. Mimo tego nie traciła nadziei, że przyjdzie dzień, kiedy jej mąż stanie w progu, przywita się, czule pocałuje. – W styczniu 1940 r. Niemcy zaoferowali babci pomoc. Zaproponowali uwolnienie męża z niewoli rosyjskiej. „Twoja rodzina musi tylko podpisać listę folksdojczów” – powiedzieli. Ale była to propozycja nie do zaakceptowania – opowiada pani Barbara. W 1943 r. Niemcy ogłosili, że odnaleźli groby masowe w Katyniu. Trudno było w to uwierzyć.

    Raz się przyznał

    Januariusz, tata pani Barbary, starając się dostać na studia i we wszystkich dokumentach podawał, że jego ojciec zginął w kampanii wrześniowej. Wszyscy bali się mówić o Katyniu. – Polsce Ludowej nie zależało na tym, aby oni się uczyli. Bo to zawsze element niepewny, wywrotowy. Ojca przestrzegano, aby o tym nie mówił. Tych, którzy otwarcie mówili, że ktoś z ich rodziny zginął w Katyniu, dotykały represje ze strony komunistów. Tylko raz się do tego przyznał. Dzięki pomocy kolegów ojca ukończył weterynarię. Później został powołany do wojska, do jednostki w Puławach. A to były czasy, kiedy w armii wykorzystywano jeszcze konie. Chciano powołać go do służby stałej, do opieki nad końmi. Ale on nie chciał służyć w wojsku ludowym. Z Warszawy przyjechał oficer polityczny. Podczas rozmowy z nim tata wyjawił, że jego ojciec w 1940 r. był więziony w Starobielsku. Oficer dostał szału. Ojciec od razu musiał oddać mundur i został wydalony ze służby – wspomina Barbara. Dostał nakaz pracy do Ostródy, później do Biskupca, gdzie mieszka do tej pory. – Z babcią rozmawiałam często. Opowiadała o okresie przedwojennym, ale nigdy nie mówiła o wojnie, o kartce ze Starobielska. Mój tata również o tym mi nie powiedział. Jak później tłumaczył, „człowiek młody może być zbuntowany i na lekcji historii powiedzieć nauczycielowi, że prawda jest inna”. A za prawdę o Katyniu jeszcze w latach 80. XX wieku szło się do więzienia. Pamiętam, kiedy w tym czasie w drugim obiegu krążyły książki o Katyniu. Jedną z nich przyniosłam do domu. Czytałam z wypiekami na twarzy, ze łzami w oczach. Tata zobaczył to i kazał mi natychmiast tę książkę wynieść z domu. Ale wtedy wyjawił mi historię dziadka. Lata 80., zupełnie niedawno, prawda? Myślę, że młodzi nie zdają sobie sprawy z tego, że jeszcze 30 lat temu zbrodnia Sowietów na polskich oficerach to był temat zakazany – mówi pani Barbara.

    Tabliczka z nazwiskiem

    Wspomina podróż z ojcem do Charkowa na otwarcie cmentarza wojennego w Piatichatkach (dziś dzielnica Charkowa), gdzie w którymś ze zbiorowych grobów spoczywa jej dziadek. Czerwiec 2000 rok. – Jechaliśmy z Olkusza specjalnym pociągiem. Wyjechaliśmy we czwartek. Dojechaliśmy w sobotę. To była szczególna podróż. Cały czas byliśmy izolowani. Skład zatrzymywał się na stacjach mniejszych i w Kijowie. Na peron, przy którym zatrzymywaliśmy się, nikt nie mógł wejść. Podobnie w Charkowie. Ogromny dworzec główny. Peron i mnóstwo milicji. Utworzyli szpaler… Taki symboliczny przemarsz. Źle się czułam. W budynku dworca ogromna postać Lenina, po drugiej stronie Marksa. Wyszliśmy z dworca, wysokie schody, ogromny plac, gdzie stały autobusy, którymi mieliśmy jechać na cmentarz. Z nami była orkiestra wojskowa. Kiedy schodzili po schodach, zagrali „My, pierwsza brygada”. Wszyscy płakaliśmy. Jechaliśmy na cmentarz. Ulice puste, dookoła milicjanci. Dojechaliśmy na miejsce. Każdy zaczął szukać epitafijnej tabliczki z nazwiskiem bliskich. Oni byli bezimienni przez długi czas... Ludzie przywieźli biało-czerwone kwiaty, znicze, zdjęcia bliskich. Po chwili cmentarz był zatopiony w barwach narodowych... – przerywa na chwilę. – Byliśmy w budynku, gdzie został zamordowany dziadek. Odzyskana wolność. Później kolejna wojna i obrona ojczyzny, i śmierć z rąk Sowietów, zdradziecka, strzałem w tył głowy. Takich historii jest ponad 20 tysięcy.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół