• facebook
  • rss
  • Dla nich Polska to świętość

    dodane 11.08.2016 00:00

    Wiesława Sobiszek, nauczycielka w Karagandzie, mówi o dojeżdżaniu na lekcje w burzę śnieżną, płomieniu, któremu nie można dać zgasnąć, i tysiącu pierogów.

    Łukasz Czechyra: Skąd pomysł na wyjazd do Kazachstanu?

    Wiesława Sobiszek: Moja mama pochodziła spod Grodna, jeździłam tam i tamten region miał duży wpływ na moje wychowanie patriotycznie. Gdy przyszła pierestrojka, mój wujek poprosił, żebym przyjechała tam uczyć ich dzieci. Czułam, że mam dług wdzięczności wobec tych ziem, i pojechałam na 5 lat. Spotkałam tam człowieka, który opowiadał o Polakach w Kazachstanie, a w moim sercu pojawiło się pragnienie: „Chcę tam pojechać”.

    Wróciłam jednak do Polski. Minęły kolejne lata, aż ks. Maksym Popow podczas nabożeństwa powiedział do mnie: „Pan Bóg szykuje dla ciebie nową drogę. Będziesz miała nowe zadanie do wykonania, już wkrótce”. Działy się też inne rzeczy, przez które myślałam, że jeśli teraz nie pojadę do Kazachstanu, to już nigdy. Modliłam się, prosiłam Ducha Świętego o radę. W końcu złożyłam papiery i pojechałam na rozmowę. Bałam się strasznie i prosiłam Boga, żeby dał mi od razu znak, czy mam jechać, czy nie, żebym nie czekała w nieskończoność. Okazało się, że wszystkim na rozmowie mówili, że do nich zadzwonią, a mnie od razu powiedzieli, że jestem przyjęta. I tak wyjechałam do Kazachstanu. To było w 2011 roku.

    Jest tam Pani nauczycielką...

    Uczę języka polskiego, historii, geografii, matematyki, religii. Wszystkiego po trochu; najważniejsze, że uczę po polsku. Zostałam zaproszona przez Karagandyjskie Obwodowe Stowarzyszenie Polaków Polonia więc nie uczę normalnie w szkole, ale tych, którzy chcą. Przychodzą do mnie dzieci, młodzież; osoby młode, osoby troszkę mniej młode i całkowicie niemłode. Niektórzy uczą się po to, by wyjechać do Polski na studia, na repatriację, a niektórzy dlatego, że poczuli, iż są Polakami i chcą się jak najwięcej o Polsce dowiedzieć. Bywają i tacy, którzy nie mają żadnych polskich korzeni, jak np. pan Aleksander, Rosjanin z krwi i kości. Jest protestantem, tłumaczem języka angielskiego i zainteresował się Polską oraz katolicyzmem, gdy tłumaczył dokumenty na przyjazd Jana Pawła II. To jeden z moich najpilniejszych uczniów, zaczął też chodzić do naszego kościoła.

    Jakie były Pani pierwsze wrażenia po przyjeździe na miejsce?

    Ludzie tam są dobrzy, przyjaźnie nastawieni do innych. Dwa miesiące po moim przyjeździe złapała mnie migrena i zadzwoniłam do uczennicy, że muszę odwołać zajęcia. Ale nie dali mi spokoju – znaleźli lekarza, ktoś przywiózł zupę, ktoś inny jakieś owoce, warzywa, dopytywali się, jak się czuję. Pobyt tam daje mi dużo satysfakcji, bo to są uczniowie, którzy nie muszą, a chcą się uczyć. Ja widzę, że moja praca ma sens, razem staramy się, żeby polskość była tam cały czas obecna. Czasami porównuję to do sytuacji, kiedy pali się malutki płomień w ognisku, już się właściwie tylko tli i to jest ostatni moment, kiedy można jeszcze dmuchnąć i rozdmuchać płomień, bo jak zgaśnie, to zgaśnie na amen. Dla moich uczniów Polska jest świętością. Dla wielu z nich nauka to duże wyrzeczenie – niektórzy nawet zimą, kiedy był buran (burza śnieżna) przyjeżdżali na lekcje 60 km całą rodziną, 13 osób: babcia, dziadek, dzieci, wnuki. Tak bardzo chcieli się uczyć.

    Jest już Pani w Kazachstanie 5 lat. Nie brakuje rodzinnego kraju?

    Oczywiście, że tęsknię za Polską. Najbardziej obawiałam się tego przed pierwszymi świętami Bożego Narodzenia, bo to przecież takie rodzinne święta. Ale tyle się działo, że nawet nie zdążyłam zatęsknić. Potem przyszła Wielkanoc i już było gorzej – wszystko po rosyjsku, bez moich ulubionych pieśni, inne melodie. Cały czas było coś nie tak, płakałam przez całe Triduum. Potem jednak przyszło Zmartwychwstanie i na koniec wszyscy ludzie w kościele wstali, zaczęli pochodzić do siebie i mówić: „Chrystus zmartwychwstał, prawdziwie zmartwychwstał”. Widziałam w ich oczach radość. Taka czystą, piękną radość z tego, że Jezus zmartwychwstał. Pierwszy raz w życiu coś takiego przeżyłam. Teraz na Boże Narodzenie robimy wspólną wigilię – lepimy razem pierogi, jakieś 1000 sztuk, uszka, robimy barszcz, założyliśmy zespół, który wykonuje polskie tańce. Ale mimo wszystko brakuje Polski. Pamiętam, że pod koniec pierwszego roku brakowało mi polskich drzew. Pierwszy raz w życiu miałam takie marzenie, żeby objąć polskie drzewo. (śmiech) A teraz jestem na wakacje w Polsce i już tęsknię za Kazachstanem, to wspaniały kraj i wspaniali ludzie. • Wiesława Sobiszek pochodzi z Reszla. Jest nauczycielką języka polskiego. Pracowała m.in. na Białorusi, od 2011 r. – w Karagandzie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół