• facebook
  • rss
  • Nie poszłoby się bez miłości

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 34/2016

    dodane 18.08.2016 00:00

    Kiedy ginie pszczela rodzina, ginie też coś w pszczelarzu. – My wkładamy w ule całe serce i ciężką pracę. W takich sytuacjach człowiek czuje jedno: jakby mu ktoś wyrwał cząstkę siebie – mówi pan Zygmunt.

    krzysztof.kozlowski@gosc.pl Piaszczysta droga między polami. Po lewej łąka przecięta rowem i pasące się krowy. Po prawej pole gryki ciągnące się aż pod sam las. A nad połacią gryki nieustanny szum, jakby gwar owadziej rozmowy. Kiedy podchodzi się bliżej, szum narasta, i można zobaczyć tysiące pszczół przysiadających na kwiatach. – Żeby dostać miód gryczany, trzeba pasiekę ustawić w pobliżu pola. Czasem wozi się ule po kilkadziesiąt kilometrów. A i zajrzeć do pszczół co kilka dni trzeba. Sprawdzić, czy wszystko w porządku, czy dobrze się mają – mówi pszczelarz Zygmunt Dańko.

    Cztery lata życia

    Pan Zygmunt, jak mówi, jest pszczelarzem od urodzenia. – Jeszcze na Wileńszczyźnie dziadek nim był, ojciec był, i wujek. Jestem nim i ja. Miłość do pszczół przechodzi z pokolenia na pokolenie. Trzeba to robić, bo pszczelarzy jest coraz mniej – mówi. – Do tego pszczoły giną. Szczególnie rolnicy powinni o nie dbać. Pestycydy, cała chemia, środki owadobójcze, którymi opryskuje się tereny uprawne, zabijają pszczoły. Trzeba je ratować, uświadamiać, jakie to ważne owady dla życia na Ziemi, dla nas, ludzi. „Jeśli z Ziemi zniknie pszczoła, człowiekowi pozostaną tylko cztery lata życia. Nie ma więcej pszczół, nie ma więcej zapylania, nie ma więcej roślin, nie ma więcej zwierząt, nie ma więcej ludzi...” – powiedział Albert Einstein. – Ale to nie wszystko. Proszę sobie wyobrazić, że czasem dochodzi do celowego niszczenia pasiek, wytruwania pszczół. Nawet zdarzają się kradzieże; człowiek pozostawi pasiekę gdzieś przy rzepaku czy gryce, albo w lesie, żeby uzyskać miód wrzosowy, a ktoś kradnie całe ule – mówi pan Zygmunt. W Bogdanowie ktoś rozpylił w środku uli truciznę i zdemolował pasiekę. W ciągu nocy zginęło ponad milion pszczół. Rano obraz był szokujący. Martwe owady leżały przed ulami, w pasiece panowała cisza. Inny pszczelarz stracił 30 owadzich rodzin wskutek opryskiwania malin. Podobny przypadek spotkał księdza, który prowadził pasieczysko pod Włodawą. Podtruciu uległo 35 pni pszczelich. – My wkładamy w swoje ule całe serce i ciężką pracę. W takich sytuacjach człowiek czuje jedno: jakby mu ktoś wyrwał cząstkę siebie – opowiada Zygmunt Dańko.

    Wszystko ma swój zapach

    Latem każdy pszczelarz ma wiele zajęć. Bo rzepak kwitnie i trzeba pasiekę przewieźć w pobliże upraw. Wcześniej dogadać się z gospodarzem, żeby wiedział, porozmawiać z innymi pszczelarzami, bo pasieki nie mogą stać blisko siebie, powinny być oddalone co najmniej o dwa kilometry. Uczciwość to nakazuje. Później kwitnie lipa, a aleje lipowe znajdują się kilkanaście kilometrów dalej. A ludzie o miód lipowy pytają, na przeziębienia dobry, na grypę czy kiedy zimą kaszel męczy. Później gryka. Z białych kwiatów prawie czarny miód wychodzi, o specyficznym zapachu, lekko ostrym. Ten oczyszcza i wzmacnia naczynia krwionośne. Ma dużo rutyny, magnezu, sporo żelaza i witaminy C. – O 5.00 wstać trzeba, przygotować do wyjazdu, i do pasieki się wyrusza. Ranki są chłodniejsze, pszczołom zimno, nie latają i można coś przy ulach zrobić. A kiedy jest kręcenie miodu, to przez cały dzień, od rana po wieczór. Kiedy pada deszcz, buduje się zadaszenia. Wszystko trzeba zrobić ręcznie, nie ma linii produkcyjnej, jak w fabryce. Ręce bolą. Później to wszystko trzeba nosić. Ciężko, ale kocha się pszczoły. Bez miłości nie poszłoby się do nich – opowiada pan Zygmunt. Ma cztery pasieki, w każdej po kilkadziesiąt uli. To świat pana Zygmunta, pełen kwiatów, odgłosów lecących pszczół i zapachu kręconego miodu, który spływa z plastrów, wypełniając kolejne naczynia. – Nie każdy podejdzie do ula. Pszczoły rozpoznają po zapachu. Gdy pszczoła pomyli ul, strażniczki jej też nie wpuszczają do środka, wyganiają. Musi mieć swój zapach – uśmiecha się pan Zygmunt. – A pszczelarz też ma swój zapach. Jak obcy przyjdzie, nieraz pogonią... Kiedy mija lato i jesień, i pojawia się śnieg, mogłoby się wydawać, że pszczelarz może iść spać, tak jak pszczoły. – Ale tak nie jest. Często chodzę i podsłuchuję moje robotnice – śmieje się pan Zygmunt. W wylotek ula wkłada plastikową rurkę i nasłuchuje. Lekko puka się w ściankę, bo mocno nie można, i słychać wówczas w ulu ruch. To oznacza, że pszczoły dobrze się mają. – Tak pukają i ptaki. Zimą podlatują i pukają. Pszczoła wartowniczka, która stoi na straży, wychyla się, żeby zobaczyć, co się dzieje. A ptak cap, i wartowniczka zjedzona – opowiada pan Zygmunt. Zimą, mimo nawet siarczystych mrozów, w ulu jest bardzo ciepło. 18–20 stopni w środku gniazda. – Pszczoły jedzą po troszku syrop, siedzą razem, w środku matka. I trzeba nieraz je podsłuchać. Bo zdarza się, że w ulu zagnieździ się zębiełek. Taka malutka mysz, z dzióbkiem. W ulu na ramkach jest ciepło. Ona robi tam gniazdko i podjada pszczoły. Nawet zimą pszczelarz nie śpi spokojnie – uśmiecha się pan Zygmunt.

    Pszczoły i koń

    Pamięta historię z czasów, kiedy miał cztery lata. W ogródku stała pasieka taty. – Owoce się jadło. A tu ule i ciekawość, że tam owady wchodzą. Nachyliłem się, żeby lepiej się przyjrzeć. I pach! Pszczoła użądliła mnie w nos. Ale krzyk był, bo to pierwszy raz. Rwetes. Panika. Moje dzieciaki też miały przygody. Już wiedzą, co to użądlenie. Wesoło nieraz jest. Strój im kupiłem. Kiedy chcą, ubierają się i podchodzą – opowiada pszczelarz. Ale nie tylko człowiek boi się pszczół. – Najgorzej konie. Koń nie lubi bzyku. Pamiętam, kiedyś ojciec zapakował na wóz pasiekę. Przewoził ule. Jechał przez las. Jedzie sobie spokojnie, bo to trząść nie można. Cisza, przyjemny cień. Aż tu w pewnym momencie pszczoły zaczęły wychodzić z ula i latać. A koniom wiele nie trzeba. Uszy nastawiły, ogony zadarły do góry i w te pędy zaczęły pędzić. Ojciec zeskoczył z wozu, a konie w las. Wóz roztrzaskany, ule porozrzucane. Konie poniosły. Znalazł je później w szuwarach – wspomina. Pan Zygmunt rósł, a wraz z nim rosła i jego miłość do pszczół. Niestety, czasy się zmieniają, ludzie coraz mniej zwracają uwagę na przyrodę. I pszczoły giną. Wspomniane opryski, ale i choroby dziesiątkują pasieki. – Trzeba chociaż raz na tydzień zajrzeć do ula, sprawdzić, czy wszystko w porządku, czy mateczniki są, obserwować obloty. Obloty robią młode pszczoły, które pierwszy raz ul opuszczają. Im ich więcej, w tym lepszej kondycji jest rodzina – mówi. Bo wystarczy, że jedna z pszczół zachoruje, a momentalnie zaraża się cała rodzina. Najgroźniejszą chorobą jest zgnilec amerykański. Wywołuje bardzo duże szkody w pasiece. Leczenie? – Niestety, polega na jak najszybszym zniszczeniu rodziny. Pszczoły siarkujemy, następnie palimy z ramkami, matami i wszystkim czego, nie możemy zdezynfekować. To najgorsze. Nic tego nie zwróci – podkreśla pan Zygmunt.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół