• facebook
  • rss
  • Wcześniej wszyscy pytali

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 50/2016

    dodane 08.12.2016 00:00

    – Nie zapomnę tej drogi do Białegostoku. Tym razem po USG doktor powiedział: „Udało się nam”. Wiele lat marzyłam o tym, żeby to usłyszeć – mówi Agnieszka.

    Pamiętam telefon od pary, która miała siedem nieudanych inseminacji. Płacz, ból i udręka. Parę lat starali się o poczęcie dziecka. Jeździli do wielu lekarzy. W końcu zgłosili się do mnie, podjęliśmy obserwację, później wizyty u naprotechologa. Po roku leczenia udało się im zajść w ciążę. Pamiętam, kiedy zadzwonili do mnie i z euforią oznajmili: „Pani Marto, udało się!”. To było rok temu, tuż przed Bożym Narodzeniem. Jaka byłam szczęśliwa. I urodził się Stasio – opowiada Marta Stasieło, instruktorka metody Creightona.

    Kiedyś na blogu

    Do Marty zgłaszają się różne pary. Niektóre z wieloletnim stażem małżeńskim, inne tuż po ślubie. – Już wiedzą, że coś jest nie tak z cyklami. I zanim zaczną się starać o dziecko, chcą się przyjrzeć, co się dzieje. Ale są i pary, które starały się kilka lat. Niektórzy byli już skierowani na in vitro. Mam taką parę. Zanim się zdecydowali, przyszli do mnie, wysłuchali wyjaśnień odnośnie do karty obserwacji, byli zdziwieni, że nikt im takich rzeczy nie wyjaśniał, że warto zbadać te objawy. W konsekwencji zrezygnowali z in vitro. Są teraz pod opieką pani doktor w Gdańsku – mówi. U innej kobiety lekarz zdiagnozował niedrożne jajowody. Efekt – skierowanie na in vitro. Para w międzyczasie trafiła do naprotechnologa Macieja Barczentewicza z Lublina, który podjął się udrożnienia. – Lekarz od in vitro odradzał, że to jest niemożliwe, strata czasu i pieniędzy. Nie posłuchali go. Pojechali do Lublina, poddali się leczeniu. Niebawem zaszli w ciążę. Urodziła się Dagmara – mówi Marta. O in vitro często słyszy się w mediach i to w samych pozytywach. O naprotechnologii znacznie mniej, a jeśli już, to raczej przedstawiana jest jako „metoda Kościoła”. – Czytałam kiedyś na blogu o in vitro komentarze dotyczące naprotechnologii. I wstawiałam komentarz, że tak nie jest, jak piszecie, że przy niedrożnych jajowodach czy endometriozie nic nie można; że to nie są tylko obserwacje, to jest konkretne leczenie. Żaden mój wpis nie został upubliczniony. Nie wiem, dlaczego. Może ktoś przeoczył? – uśmiecha się. – Mam wrażenie, że komuś zależy na tym, aby w złym świetle, kpiarsko i ośmieszająco mówić o naprotechnologii – dodaje.

    Udało się nam

    Po mieszkaniu chodzi mały Franciszek. W grudniu skończy rok. – W Boże Ciało dowiedzieliśmy się, że w kościele będzie Msza św. dla małżeństw, które pragną mieć dzieci. Poszliśmy. Były tylko trzy małżeństwa – śmieje się Agnieszka. – Po Eucharystii było spotkanie dotyczące naprotechnologii – dodaje. – Kobieta bardzo przeżywa fakt, że nie może mieć dziecka. Mężczyzna musi być silny za nią – wtrąca Bartek. Od ślubu pragnęli mieć dzieci. Mijały miesiące, lata. – Chodziłam do lekarzy. I zawsze odpowiedź: „wszystko jest dobrze”. Później badania męża i rada lekarza w otwartych drzwiach gabinetu: „od inseminacji trzeba zacząć”. Do dziś czuję to upokorzenie – wspomina. Później czerwcowa Msza św. i pierwsze wizyty u Marty. Diagnostyka w Białymstoku, w centrum naprotechnologicznym dr. Tadeusza Wasilewskiego. – Okazało się, że mąż ma wyniki idealne, a ja… Nietolerancja pokarmowa, hormony i endometrioza. Żaden wcześniejszy lekarz nie zwracał na to uwagi, nie diagnozował mnie. Dziś mam wrażenie, że oni po prostu nie byli tym zainteresowani – mówi Agnieszka. – Po operacji nie łudziłam się, że szybko będę w ciąży. Ale tak się obserwuję i coś mi się nie zgadza. Dzwonię do dr. Wasilewskiego i mówię, że coś jest nie tak. „A robiła pani test ciążowy?”, zapytał. – Nie chciałam go robić. Przede mną wielkie świąteczne sprzątanie, bo Wielkanoc u nas. Gotowanie, tysiąc spraw na głowie. W międzyczasie zrobiłam test i odłożyłam. Po chwili patrzę, negatywny. Idę go wyrzucić. Ale w połowie drogi zorientowałam się, że coś tam jest. Patrzę, druga kreseczka niewyraźna – wspomina Agnieszka. A emocje? – Tym razem po USG doktor powiedział: „Udało się nam”. Wiele lat marzyłam o tym, żeby to usłyszeć – dodaje. Mogli wpisać się do pamiątkowej księgi, opisać swoją historię, obok par, które nawet po 17 lat czekały na swoje dziecko. – Mama Agnieszki odmawiała w tej intencji Nowennę Pompejańską – wtrąca Bartek. – Bez modlitwy, ludzi, których Bóg postawił na naszej drodze, nigdy nie mielibyśmy Franciszka – dodaje. Patrzy na syna. Głaszcze go po głowie.

    Miesiąc później

    W mieszkaniu Karoliny i Michała na brzuchu leży mała Magdalena. – Na drugie imię ma Maria. Inaczej nie mogło być – podkreśla Karolina. Siedem długich lat oczekiwania. – Aż w końcu cudowne poczęcie. Nie w wyniku leczenia, a Nowenny Pompejańskiej. Lekarze mówili, wszystko w porządku, nie ma problemu, nie ma przeszkody, i tak przez siedem lat – uśmiecha się Karolina. Pamięta ten dzień, 21 maja 2015 r., kiedy Michał wrócił z piłki nożnej, usiadł przy stole i powiedział: „Karolina, od dziś zaczynamy. Zmawiamy Nowennę Pompejańską w intencji poczęcia dziecka”. Miesiąc później Karolina zadzwoniła do Marty i umówiła się na pierwsze spotkanie. – W połowie lipca zakończyliśmy nowennę, z Martą obserwację mojego cyklu, a w sierpniu zaszłam w ciążę. Bez leków, bez badań. Cud wysłuchanej modlitwy. We wrześniu zrobiłam test ciążowy, dwie piękne kreski. I szok, po siedmiu latach. Odmawiając nowennę myślałam, wola Boża, może chodzi o adopcję. Chyba straciłam nadzieję, o czym może świadczyć nasze mieszkanie, które kupiliśmy. Małe, 36 metrów. Cud poczęcia, ale i pytanie, że dlaczego przez siedem lat nie mogliśmy mieć dziecka? To ludzkie pytanie pozostało – opowiada. Dlatego pojechali do centrum naprotechnologii do Gdańska, do doktor Aleksandry Kicińskiej. – Okazało się, że mam obniżony poziom białka S, co może być przyczyną poronienia, że mam kłopoty z tarczycą. Pani doktor prowadziła naszą ciążę do końca. Tak że poczęcie to po prostu cud, ale też i naprowadzenie Matki Bożej, że zajął się mną lekarz naprotechnolog – mówi. Nie ma wątpliwości, że już niedługo wrócą na kolejną wizytę do Gdańska. – Pragniemy kolejnego dziecka. Nie ma na co czekać.

    Inne plany

    Lekarze czasem pytają, co nowego wprowadza naprotechnologia. My to wszystko też robimy, zanim skierujemy parę na in vitro. – Kiedy spotykam się z parą skierowaną na tę metodę, okazuje się, że nie miała robionych wielu badań. To wynika z moich rozmów z parami. Jedna z par trzy razy poroniła. Lekarz powiedział im, że wszystko jest w porządku. Oni w końcu trafili do mnie, później do lekarza naprotechnologa. Dziś cieszą się dzieckiem. Ale pierwsza wizyta u takiego lekarza trwa nawet dwie godziny. Wiem to z doświadczenia, gdyż również z mężem korzystaliśmy z naprotechnologii. Każda wizyta to budowanie godności pary, która pragnie mieć dziecko. Oczywiście naprotechnologia to nie cud, nie zawsze leczenie kończy się upragnioną ciążą. Z mężem jesteśmy tego najlepszym dowodem. Nie wszystko od nas zależy. Pan Bóg ma swoje plany. Może powołuje nas, byśmy ogarnęli miłością porzucone dzieci? To też dobra droga. Najlepszym przykładem jest św. Józef, który stał się ziemskim ojcem Jezusa Chrystusa. A świętych zawsze warto naśladować. A może rodzicielstwo nie jest naszą drogą? Dziecko nie jest czymś, co nam się należy. Dzieci się nie ma, dzieci się otrzymuje w darze na wychowanie, kształtowanie na dobrych ludzi – mówi Marta.

    Dobry wynik

    Marta Stasieło – Zajmuję się uczeniem par metody Creightona, czyli systemu rozpoznawania płodności stosowanego przez lekarzy naprotechnologów. Na pierwszym spotkaniu z parą wyjaśniam, czym jest metoda Creightona, czym jest naprotechnologia, w jaki sposób jesteśmy w stanie pomóc. Jeśli para zdecyduje się na leczenie, otrzymuje materiały i kartę – wszystko w celu prawidłowej obserwacji cyklu rozrodczego. Po dwóch tygodniach spotykamy się ponownie i omawiamy zapiski w karcie. Ogólnie odbywają się ze mną cztery spotkania w dwutygodniowych odstępach. Na nich omawiamy kartę obserwacji, podpowiadam, co można odczytać z zapisków, bo zdarza się, że już po tym czasie widoczne są pewne nieprawidłowości, które mogą sugerować jakieś problemy hormonalne, z owulacją czy zakażenia. Kolejnym etapem jest wizyta u lekarza naprotechnologa. Po pierwszej wizycie para otrzymuje konkretne zalecenia co do badań. Jeśli na ich podstawie lekarz nie jest w stanie postawić diagnozy, robione są następne. Często są to specjalistyczne badania. Naprotechologia to nie tylko obserwacja, to normalne leczenie. Od 2014 r. zgłosiło się do mnie ponad 60 par. Wśród wszystkich pacjentów z niepłodnością doczekaliśmy się 11 poczęć. To chyba dobry wynik. Pierwszym dzieckiem jest Franciszek, który w grudniu skończy rok.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół