• facebook
  • rss
  • Europa potrzebuje misjonarzy

    dodane 15.12.2016 00:00

    O małej liczbie kapłanów i kryzysie imigracyjnym opowiada ks. Tomasz Marciszkiewicz SVD, dyrektor Domu Rekolekcyjnego Księży Werbistów w Budapeszcie.

    Ks. Piotr Sroga: Jak rodziło się w życiu Ojca powołania misyjne?

    O. Tomasz Marciszkiewicz SVD: Pochodzę z Ornety i tam właśnie po I Komunii św. zapisałem się do grona ministrantów. Zawsze podobała mi się posługa księdza, choć jako dziecko nie do końca wiedziałem, na czym ona polega. Bardzo lubiłem przebywać w kościele i czuć panującą w nim atmosferę. Miałem wiele przykładów wśród kapłanów – oddania, gorliwości duszpasterskiej, pobożności.

    Wielkim wzorem był dla mnie mój długoletni proboszcz ks. Tadeusz Alicki. Powoli pojawiała się myśl, że zostanę księdzem diecezjalnym. Ale gdy miałem 12–13 lat, do mojej szkoły przyjechali księża werbiści. Zrobili na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Pięknie opowiadali o pracy misyjnej. Miałem wtedy takie wyobrażenie, że zakonnik jest kimś smutnym, żyjącym w ciszy i poście. Werbiści zburzyli to moje myślenie. Zaprosili mnie na rekolekcje i kolonie. Tak więc, gdy po maturze przyszedł czas podjęcia decyzji odnośnie do przyszłości, zdecydowałem, że będę werbistą. Dodatkowo muszę wspomnieć o moim wujku, który jest werbistą i pracował przez 20 lat w Brazylii.

    Po formacji seminaryjnej jest przydział pracy w jakimś kraju. Jak to się stało, że trafił Ojciec na Węgry?

    Na początku mojej formacji seminaryjnej chciałem wyjechać do dalekich krajów, na inny kontynent. Myślałem o Meksyku lub Argentynie. Miałem przekonanie, że misje muszą odbywać się gdzieś daleko. W czasie studiów coraz więcej czytałem i dowiadywałem się o potrzebach duszpasterskich różnych krajów. Często słyszałem, że Europa staje się kontynentem misyjnym. Jan Paweł II i Benedykt XVI mówili o tym, że Europa potrzebuje misjonarzy. Bardzo ważnym momentem był czas, kiedy na nasz rok trafił kleryk z Budapesztu. Był z nami dwa ostatnie lata. Często rozmawialiśmy i bardzo interesowałem się tym, jak wygląda życie w jego kraju. Owocem tych rozmów było to, że coraz częściej myślałem, iż nie trzeba jechać gdzieś daleko, jeśli tutaj, w Europie, są potrzeby misyjne. Przed święceniami kapłańskimi zdecydowałem się na wybór trzech krajów: Węgier, Niemiec i Czech. Przed ślubami wieczystymi dostałem odpowiedź, datę pamiętam do dziś – 4 sierpnia. Zadzwonił prowincjał i powiedział, że będę musiał się dużo uczyć. Chodziło mu, oczywiście, o język węgierski.

    I jak poszło z nauką węgierskiego?

    Pierwsze zderzenie z językiem węgierskim związane było z szokiem. Pytałem się: „Jak ja się tego nauczę?”. Miałem w głowie stereotyp, że jest to bardzo trudny język. Pamiętam, jak wjechałem na Węgry i zobaczyłem reklamy i billboardy z węgierskimi napisami. Próbowałem coś przeczytać, ale nie miałem zielonego pojęcia, jak to robić. Na szczęście odbyłem dziewięciomiesięczny kurs, bardzo intensywny. Bardzo mi pomogło to, że w naszej wspólnocie zakonnej posługiwaliśmy się miejscowym językiem. Na początku nic nie rozumiałem, ale mogłem się osłuchać. Po 9 miesiącach intensywnego kursu trafiłem na pierwszą placówkę. Była to miejska parafia na zachodzie kraju. Miasto nazywa się Szombathely. Obecnie posługuję w domu rekolekcyjnym w Budapeszcie, do którego serdecznie zapraszam.

    Jest Ojciec już 4 lata na Węgrzech. Jaka jest sytuacja Kościoła w tym kraju?

    Węgrzy przyjęli chrzest kilka lat po Polakach. Ten tysiącletni Kościół miał swoje trudne chwile. Była to reformacja, która znalazła na Węgrzech podatny grunt, ale także 150-letnia okupacja turecka i walka z komunizmem. Obecnie na 10 mln obywateli jest 60 proc. katolików oraz 20 proc. protestantów. Największym problemem, według mnie, jest mała liczba kapłanów. Średnia wieku księży na Węgrzech wynosi obecnie 65 lat. W całym kraju jest kilka seminariów, w których studiuje tylko 200 kleryków. Dlatego też powszechna jest praktyka łączenia parafii. Jest proboszcz rezydujący w jednym miasteczku i ma pod sobą 5–10 kościołów i kaplic. Dlatego też nie we wszystkich kościołach odprawiana jest w każdą niedzielę Msza św. Także rzadko są odprawiane Eucharystie w tygodniu.

    Jaka jest przyczyna takiej sytuacji?

    Według mnie, jest to związane z kryzysem rodziny. Na Węgrzech 70 proc. małżeństw się rozpada. Jest to wielki problem. Często brak jest ojca, wzoru mężczyzny. W rodzinach nie kultywuje się praktyk religijnych. Poziom uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii jest również bardzo niski. Brak jest po prostu wzoru kapłana. Młodzi dopiero w późniejszym wieku mają sposobność spotkać się z księdzem.

    Ale jest jakaś grupka gorliwych katolików?

    O tak. Jest kilka procent wierzących, którzy są bardzo zaangażowani w życie Kościoła. Co mnie na Węgrzech uderzyło, to fakt, że jeśli na Mszy św. jest 100 osób – to prawie wszyscy przystępują do Komunii św. Ci, którzy chodzą do Kościoła, są świadomi tego, czego chcą, i pogłębiają swoją wiarę.

    A co z fatalną opinią o Węgrach jako narodzie niegościnnym względem uchodźców?

    To nieprawda. Węgrzy są bardzo serdeczni i gościnni, a Polaków wręcz uwielbiają. Nieustannie się o tym przekonuję. Po prostu chcą, by przestrzegać ich prawa i zasad panujących w ich kraju. Niestety, znaczna część polskich mediów kłamie na temat Węgier i rządu Viktora Orbana. Węgrzy mają bardzo negatywne doświadczenia z islamem, bo byli prześladowani przez Turków. Jednocześnie wiedzą, że są narodem małym i wielka grupa imigrantów przybyła z innej kultury może być zagrożeniem dla zachowania własnej tożsamości. Trzeba także powiedzieć, że wielu muzułmanów, którzy przybyli na Węgry, dopuściło się różnych przestępstw. Węgrzy czuli się źle w swoim kraju. Dlatego ich rozumiem.

    piotr.sroga@gosc.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół