• facebook
  • rss
  • Inna kolęda

    ks. Piotr Sroga

    |

    Posłaniec Warmiński 02/2017

    dodane 12.01.2017 00:00

    Wielu czeka na księdza, który po Bożym Narodzeniu zawita do ich domu. Dla jednych będzie to zaliczenie obowiązku, dla innych akt religijny.

    Wizyta duszpasterska, zwana kolędą, jest obecna w Polsce od wieków i stanowi część tradycji. Wspomnienia starszych Warmiaków dotyczą także tego wydarzenia, które dawniej było bardziej rozbudowane niż dziś.

    Pełne sanie

    – U nas był taki zwyczaj, że po księdza jechał zawsze jeden z gospodarzy, żeby go przywieźć do naszej wioski. Proboszcz zostawał na nocleg, ustalone było też gdzie je śniadanie, obiad i kolację. Pobyt kapłana był dość długi, więc rozmawiał on z nami bez pośpiechu – wspomina Jerzy Boenigk, bratanek Jana Boenigka, którego nazwisko nosi jedna z olsztyńskich ulic. Co ciekawe, z księdzem wiernych odwiedzali również organista i ministrant. Najważniejszym momentem była wspólna modlitwa, podczas której powierzano Bogu także sprawy związane z sytuacją danej rodziny. Jeśli w gospodarstwie znajdowała się osoba chora, modlono się o zdrowie. Gdy rodzina przeżyła śmierć bliskiej osoby, odmawiano modlitwy o spokój jej duszy. Proboszcz przepytywał dzieci z pacierza i rozdawał obrazki, które często wkładano za ramę obrazów, na znak odbytej kolędy. – Każdy gospodarz ofiarował proboszczowi dary w naturze. Do sań wkładano worki ze zbożem, kartofle, przetwory, jajka. W ten sposób pomagano w utrzymaniu plebanii – wspomina Warmiak. Ogólnie nie było pośpiechu. – Pamiętam jedną z kolęd, kiedy ks. Pietkiewicz przyjechał do nas rano i rozpoczynał swój obchód od naszej rodziny. Przygotowaliśmy dobre śniadanie i po modlitwie wszyscy zasiedli do stołu. Atmosfera była tak dobra, że mijała godzina za godziną. W pewnym momencie proboszcz powiedział do jednego z młodszych chłopców: „Idź po wiosce i powiedz, że dziś kolęda odwołana. Zaczniemy jutro rano” – wspomina pan Jerzy. Warmiacy byli bardzo związani z Kościołem i pielęgnowali katolickie tradycje. Ich dbałość o utrzymanie świątyni i gotowość do pomocy w pracach przy kościele jest wspominana przez starszych proboszczów. Stanowili mocne oparcie dla poszczególnych kapłanów.

    Cenny czas

    Stanisława Piórkowska pochodzi z Baranowa koło Ostrołęki. – U nas w rodzinnych stronach oczekiwano na księdza, który chodził po kolędzie. Mogę powiedzieć, że jako dziecko nawet trochę się bałam. Jeśli ktoś z dzieci był niegrzeczny, dorośli nawet straszyli: „Jak ksiądz przyjdzie, to cię za uszy wytarga” – mówi Stanisława. – Pamiętam również, że przychodzącego proboszcza witał przed domem zawsze mój tata i wprowadzał do środka. Wojciech Piórkowski, mąż pani Stanisławy, pochodzi w Wyszkowa. Z dzieciństwa pamięta, że do kościoła miał 7 km. Jego rodzina w każdą niedzielę szła na Mszę do Poręby. – Kto miał konika, ten jechał konikiem. My nie mieliśmy i dlatego trzeba było pokonać tę odległość na własnych nogach. Dlatego po księdza wyjeżdżali ci gospodarze, którzy mieli transport – mówi. Rodzina Piórkowskich przeprowadziła się w pewnym momencie do Olsztyna. Tutaj rytm życia był intensywniejszy, a i wizyta duszpasterska wyglądała inaczej. Parafie były bardzo duże i żeby odwiedzić wszystkich wiernych, księża z konieczności poświęcali mniej czasu na odwiedziny. – Były to najczęściej bardzo krótkie spotkania. Mieszkaliśmy w bloku i ksiądz miał na liście odwiedzin ok. 40 rodzin. Nasze mieszkanie znajdowało się na parterze, więc kapłani po modlitwie i rozmowie zostawiali u nas płaszcze, a potem szli dalej – mówią państwo Piórkowscy. Wszyscy podkreślają, że bardzo ważna jest dla nich modlitwa oraz błogosławieństwo na rozpoczynający się rok. Dla wielu rodzin to jedyna okazja, aby wspólnie się pomodlić, bo najczęściej każdy odmawia swoje modlitwy indywidualne. Czego oczekują od odwiedzającego ich kapłana? – Żeby poświęcił nam trochę więcej czasu. To okazja, żeby wspomnieć o naszych problemach i posłuchać tego, co ksiądz ma nam do powiedzenia. Kiedy przeprowadziliśmy się kilka lat temu znowu na wieś, poznaliśmy inną kolędę. Teraz z proboszczem można porozmawiać. W ten sposób tworzy się właśnie wspólnota, bo się nawzajem poznajemy. A przecież o to chodzi w parafii, żeby poczuć się jak w rodzinie – mówią Piórkowscy.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół