• facebook
  • rss
  • Widzę, że to jest prawda

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 08/2017

    dodane 23.02.2017 00:00

    – Wydawało mi się, że muszę być na budowie, że muszę prosić o pieniądze. Okazało się, że najważniejsze jest, bym zaczął się modlić, słuchać słowa Bożego, a Pan Bóg resztę załatwi – mówi ks. Lesław Pańczak MS, proboszcz parafii pw. Matki Bożej Saletyńskiej w Olsztynie.

    Krzysztof Kozłowski: Ani Wielki Post, ani Adwent, a w parafii trwają katechezy neokatechumenalne dla dorosłych i młodzieży, swoiste rekolekcje...

    ks. Lesław Pańczak MS: To nie moja inicjatywa, choć głoszę nauki. Katechezy odbywały się przed laty, potem powstały w parafii dwie wspólnoty neokatechumenalne. Skoro jest takie pragnienie poszukiwania Boga, należy na nie odpowiedzieć, choćby dla jednej osoby. W ogóle należałoby wrócić do początków ruchu, do żyjącego do dziś Kiko Argüello. Był bankrutem, ale dobrze wykształconym człowiekiem, malarzem, artystą. Zamieszkał w barakach z ubogimi. Tam grał, śpiewał i przy okazji czytał Pismo Święte. A ubodzy przychodzili. Spostrzegł, że słowo Boże ma wpływ na nich, że zaczyna zmieniać się ich życie. Nie mówił im: „Przestań posyłać żonę, aby się prostytuowała. Przestań posyłać dzieci, żeby kradły”. Bez tego, pod wpływem samego słuchania, ktoś poszedł do pracy, dzieci wysłał do szkoły. Kiko Argüello ujrzał, jak słowo i Duch Święty zmieniają tych ludzi. Droga neokatechumenalna nie powstała przy jakimś stoliku, bo ktoś opracował formację.

    To jest dzieło Ducha Świętego, bo tam zawiązała się wspólnota biedaków, nędzarzy, ludzi z marginesu, którzy mieli grzechy wypisane na czole. Wystarczyło spojrzeć, a już się wiedziało, że ten jest złodziejem, ta prostytutką, ten pijakiem. Ludzie przegrani w oczach świata. Kiedy biskup Madrytu pojechał w to miejsce, bo władze miasta chciały zlikwidować baraki, i zobaczył, co się tam dzieje, wyraził zgodę na działanie powstałej wspólnoty, by ludzie mogli spotykać się, czytać Pismo Święte. Czyli początek naszych katechez jest w Madrycie. Do Polski przeszczepił je ks. Jacek Cholewiński. Obecny cykl nazywamy „Katechezy zwiastowania”. Jak anioł przychodzi do Maryi i zwiastuje Dobrą Nowinę, Ona mówi swoje: „tak” i poczyna się Syn Boży.

    Dzięki słowu w sercach słuchaczy ma się narodzić Jezus?

    Tak, pragniemy ogłosić tym, którzy przychodzą, Dobrą Nowinę. Dlaczego neokatechumenalne? W Kościele pierwotnym istniała taka instytucja jak katechumenat. Poprzez niego ludzie, którzy byli poganami, byli prowadzeni przez opiekuna, czasem przez lata, do wiary dojrzałej. Jeżeli ktoś po wysłuchaniu słowa dawał znaki wiary, że nie ma serca pogańskiego, tylko Duch Święty w nim działa, wówczas był przyjmowany do Kościoła i przystępował do chrztu. Ten katechumenat prowadził do przyjęcia tego sakramentu. Człowiek stawał się chrześcijaninem.

    Dziś ta droga jest krótka. Człowiek się rodzi i przyjmuje chrzest.

    Myślę, że dla duchowości pewnym dramatem, choć, oczywiście, miał i swoje dobre skutki w historii, był Edykt Mediolański, w którym cesarz Konstantyn Wielki uznał religię chrześcijańską za państwową. Wtedy ludzie o sercach pogańskich weszli do Kościoła. Były to całe masy, nie było czasu, żeby je katechizować. Krótkie przygotowanie i chrzest św. A ci ludzie pozostawali z sercami, jakie mieli. Dziś chcemy wrócić do odmiany serc. Jak dziś wygląda przygotowanie do chrztu? Mamy katechezę dla rodziców i chrzestnych, mówimy, czym jest ten sakrament, jakie są konsekwencje jego przyjęcia, czym jest życie wiary, o co tak naprawdę proszą. Stąd neokatechumenat, czyli katechumenat pochrzcielny, który ma doprowadzić człowieka do wiary dojrzałej. Bo nie chodzi o nazywanie siebie chrześcijaninem, o myślenie, że wiara czy raczej religijność sprowadza się jedynie do obrzędów, a życie jest życiem – obrzęd, a po wyjściu z kościoła rzeczywistość pogańska. Wiara dojrzała to spojrzenie na życie jako na całość, na całą rzeczywistość świata jako coś świętego, na to, że za każdym wydarzeniem życia stoi Pan Bóg. Wiara dojrzała ma mnie doprowadzić do osobistego spotkania z Jezusem Chrystusem jako osobą, kimś żywym, a nie kimś, kto się mną nie interesuje, zostawił mnie tutaj i patrzy, jak się męczę, cierpię, jak muszę się zmagać z chorobami, brakiem pieniędzy, śmiercią osób bliskich. Bo w ogóle Pana Boga to nie interesuje. W tych katechezach głosimy, że Bóg naprawdę ciebie kocha, że chce twojego szczęścia, że za każdym wydarzeniem życia stoi Bóg.

    Ale co dalej? Katechezy się skończą. Pozostanie ta codzienność, o której Ksiądz mówił.

    Naszym pragnieniem jest utworzenie po cyklu nauk nowej wspólnoty. W niej ci ludzie mają szansę słuchać słowa Bożego. Żyjąc w małej wspólnocie, człowiek może doświadczyć, kim jest. W Kościele panuje anonimowość. Kiedy patrzę, jak wierni przekazują sobie podczas Eucharystii znak pokoju, podchodzą, podają dłoń, uśmiechają się, myślę: „dobrze”. Czasem jest to skinięcie głową. Ale czy nie są to jedynie zewnętrzne gesty? Czy został sercem przekazany znak pokoju, czy nie? Życie w małej wspólnocie pozwala się poznać, zobaczyć, kim jestem, uświadomić sobie, że jestem człowiekiem kruchym, grzesznikiem. Bo widzę w lustrze, jakim jest słowo Boże, prawdę. Zaczynam również to dostrzegać w drugim człowieku. I widzę, że nie potrafię akceptować drugiego, że trudno jest mi przebaczyć, przyjąć kogoś takim, jakim jest. Po prostu prawdziwie kochać człowieka, jak Bóg mnie ukochał. We wspólnocie mogę tego doświadczyć.

    Słowo Boże, przemiana, docieranie do prawdy o sobie. A Ksiądz? Wielu powie, że „cóż on może wiedzieć o życiu, jemu jest łatwiej”.

    Wrócę do czasu, kiedy zostałem proboszczem w Krakowie-Łagiewnikach, w parafii pw. Matki Bożej Saletyńskiej, nieopodal sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Byłem młodym księdzem. Otrzymałem kościół w budowie. Trzeba było zmienić projekt, bo zaplanowana świątynia była za duża. Nie było pieniędzy. Mnie to wszystko przerastało. Dopadł mnie kryzys, że Bóg mnie nie kocha. 9 lat kapłaństwa i takie coś! Pewnego dnia zaproszono mnie na katechezy. Opierałem się, nie chciałem iść. Przecież jestem misjonarzem, głoszę rekolekcje, nie będę jakichś katechez słuchał (śmiech). Ale nalegali. A ja zacząłem się zastanawiać, czemu to nie księża, tylko ludzie świeccy przyszli do mnie, do proboszcza, i powiedzieli, że dla mnie jest to ważne. W końcu poszedłem. Sercem ówczesnych nauk, jak i tych, które głosimy w parafii, był kerygmat. On przyzywa ludzi do wiary. Wtedy usłyszałem, że Pan Bóg wcale mnie do parafii nie posłał, by mnie zabić, jak wówczas myślałem. Bo przecież nie znam się na budowie, nigdy nie interesowały mnie gwoździe, nie mam pieniędzy. On mnie kocha! A ja nie potrafiłem przecież kochać siebie. Dotarło też do mnie, że będę mieć wiarę, że ja, Leszek, będę człowiekiem wierzącym. Że spotkam Boga jako osobę. I uwierzyłem, wstąpiłem do wspólnoty. Spostrzegłem, że coś się ze mną dzieje. Wydawało mi się, że muszę być na budowie, że muszę prosić o pieniądze. Okazało się, że najważniejsze jest, bym zaczął się modlić, słuchać słowa Bożego, a Pan Bóg resztę załatwi. Byłem na spotkaniu proboszczów na Jasnej Górze. Stefano Gennarini głosił katechezy i powiedział: „Jeżeli Pan Bóg chce jakiegoś proboszcza nawrócić, to mu daje budowę kościoła” (śmiech). A ja w kryzysie. Dla mnie to był szok. Dziś, po tylu latach drogi neokatechumenalnej, widzę, że to jest prawda. Tego doświadczyłem. W Łagiewnikach stanął kościół. Pan Bóg go wybudował, bez wysiłków ludzkich. Budować kościół czy prowadzić jakiekolwiek dzieło Boże to się nawracać, być otwartym na to, co Pan Bóg chce z tobą robić.

    Na myśl przychodzą mi Dzieje Apostolskie. Zbankrutowani apostołowie, ci, którzy opuścili Chrystusa, otrzymują Ducha Świętego, bo miłość człowieka nie niszczy, a unosi. Oni idą i głoszą Dobrą Nowinę.

    A ludzie przychodzą do nich i się pytają: „Co mamy czynić?”. Przychodzą i dziś. Działy się i dzieją nadal cuda. Bo Jezus jest nam bliski. Trochę jeździłem po świecie, pracowałem w radzie generalnej w Rzymie. Miałem okazję być na wszystkich kontynentach, gdzie są placówki salezjanów. Patrzyłem, jak prowadzi się duszpasterstwo na misjach, gdzie ludzie są poganami. I tam jest duszpasterstwo misyjne. My w parafii mamy duszpasterstwo sakramentalne. Przychodzą ludzie do kościoła, sprawujemy sakramenty, Msza św., spowiedź. Ale co roku jest liczenie wiernych. W naszej parafii, okazuje się, spośród 3 355 osób do kościoła chodzi 16 proc. Czyli to duszpasterstwo jest odpowiednie dla tych, którzy przychodzą do kościoła. A gdzie jest moje 84 proc.? Mówię to jako proboszcz. Jak mam trafić do ludzi, którzy na kolędzie zamknęli przede mną drzwi? Jak mam im powiedzieć: „Przyjdźcie na adorację Najświętszego Sakramentu”, jeżeli oni nie mają wiary? Jak mam powiedzieć, że jest Eucharystia, na której spotkają Jezusa Chrystusa, kiedy oni w to nie wierzą, nie wierzą w Paschę, w przejście ze śmierci do życia? A może za 10 lat będzie to tylko 10 proc. I co, mam biegać i troszczyć się jedynie o tych ludzi, i cieszyć się, że w ogóle są jacyś w kościele, czy może zaproponować coś innego? Pamiętam coroczne spotkania w Watykanie dla proboszczów rzymskich. Mówiono, że jeśli proboszczowie w Rzymie będą jedynie sprawować sakramenty, to będzie trzeba z czasem zamykać parafie. Dlatego trzeba iść i głosić, trzeba wprowadzić duszpasterstwo misyjne, które ma za zadanie oddziaływać na ludzi, których w kościele nie ma. Czyli muszą być znaki w parafii, które wskazują drogę ku życiu, ku szczęściu, że mogą być ludźmi zmartwychwstania. Jakie to znaki? Wspólnoty. Katechezy, które głosimy, mają zwołać ludzi, zebrać we wspólnocie. Nauki mają nas doprowadzić do odkrycia, kim jesteśmy. Wiem, że łatwiej jest nałożyć maskę. Ale my nie jesteśmy aktorami, a sobą. I siłę prawdy daje nam Chrystus. Po naukach neoketachumenalnych, które skończą się w marcu, w parafii odbędą się Rekolekcje Ewangelizacyjne Odnowy w Duchu Świętym. Cały czas ewangelizacja, stwarzanie możliwości spotkania żywego Chrystusa. krzysztof.kozlowski@gosc.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół