• facebook
  • rss
  • Cierpi całe ciało...

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 16/2017

    dodane 20.04.2017 00:00

    „Tam kościół jest wszystkim – jest kuchnią, jest szpitalem, jest poradnią, miejscem, gdzie przychodzimy się modlić, ale też i wypłakać...”.

    Przyjechała, by dzielić się cierpieniem, którego od 6 lat doświadczają chrześcijanie w Aleppo. Dobrze wie, że sytuacja przedstawiana w mediach i przez polityków często odbiega od rzeczywistości, bo – jak mówiła – „tylko Bóg wie naprawdę, jak tam jest”.

    – Chcę opowiedzieć, co dzieje się w naszych sercach. Po ostatnich moich wypowiedziach mówiono, że oskarżam dziennikarzy o kłamstwo. To nieprawda, jednak jest różnica między tym, co jest przekazywane na zewnątrz, a tym, co na co dzień przeżywamy – wyjaśniała s. Annie Demerijan RJM z Syrii. Zanim spotkała się z abp. Józefem Górzyńskim, by podziękować wiernym archidiecezji warmińskiej za przekazywaną pomoc, odwiedziła Waplewo, rozmawiała z uczniami, opowiadała o chrześcijanach w Aleppo, ale i o każdym człowieku, któremu brakuje tam pokoju, poranka bez trwogi, który zastanawia się, czy przeżyje jeszcze jeden dzień, czy wieczorem spotka się z bliskimi... – Trudno jest oddać myśli i codzienność ludzi żyjących w środku wojny, ale spróbuję ją przedstawić – mówiła.

    Meble na opał

    Obawa o życie to początkowo największe zmartwienie. Jednak z czasem człowiek przyzwyczaja się do niebezpieczeństwa. Inne problemy zdają się więc ważniejsze. – Proszę sobie wyobrazić, że mieszkańcy Aleppo przez półtora miesiąca nie mieli dostępu do wody. W takich warunkach trzeba było się odnaleźć. Obecnie w miejscach, które są pod kontrolą rządu, i przy kościołach organizowane są punkty dystrybucji wody. Czasem trzeba przyjść kilka razy dziennie z butelkami, kanistrami, pojemnikami, by jej zaczerpnąć. Przychodzą całe rodziny, matki z dziećmi, ojcowie. Każdy niesie swój pojemnik – opowiadała siostra. Wspomina czas, kiedy nie było prądu. Podczas wieczornej modlitwy używano świec. Obecnie uruchomiono ogromne generatory, jednak za prąd trzeba zapłacić. Niewiele osób na to stać, dlatego tak potrzebna jest pomoc rodzinom. – Ponad dwieście zakładów pracy zostało zniszczonych, wywieziono ich wyposażenie. Ponad 85 proc. mieszkańców nie ma pracy. A skoro nie ma pracy, nie ma i dochodów, pieniędzy na zapewnienie rodzinie utrzymania. Nawet jeśli ludzie pracują, to pieniądze starczają im najwyżej na dwa tygodnie życia – mówiła s. Annie. Trzeba też zapłacić za olej opałowy, którym ogrzewa się mieszkania. Niewielu na to stać. – Jedno z małżeństw sprzedało swoje łóżko, żeby mieć pieniądze na ogrzanie mieszkania. A w tym roku w Syrii była sroga zima, w styczniu obficie padał śnieg – wspominała. Nie mając pieniędzy, rodziny paliły wszystko – papier, plastik, meble.

    Egzamin pod biurkiem

    Cały czas towarzyszy ludziom strach. Codzienne odgłosy wystrzałów, spadające bomby. Nigdy nie wiadomo, czy kiedy będzie się szło przez miasto, w pobliżu nie spadnie bomba, nie rozpocznie się ostrzał. – Mimo że próbujemy żyć normalnie, nieustannie towarzyszy nam myśl, że może nas spotkać nieszczęście. W mieszkaniu, gdzie przebywam wraz z siostrami, kilkakrotnie wstawialiśmy już okna. Kiedy zamykam oczy, widzę i wspominam osoby, z którymi współpracowałam, a które zginęły. Byłyśmy z nimi tak blisko... – wyznała s. Demerijan. W samym Aleppo do tej pory dokonano 20 tys. amputacji. Dlatego polski rząd zainicjował program, który ma pomóc w sfinansowaniu protez dla dzieci. – Ludzi często nie stać, żeby opłacić pomoc medyczną. Chodzą więc z odłamkami w ciele – dodaje siostra. Wspomina sytuację w szkole, kiedy dzieci pisały egzamin. W klasie panowała zupełna cisza. Po chwili rozległy się odgłosy, strzałów z broni snajperskiej z któregoś z pobliskich dachów. – Poprosiłam dzieci, żeby podsunęły się bliżej ściany, tej najdalej położonej od okna. Zauważyłam, że brakuje jednej dziewczynki. Zaczęłam się nerwowo rozglądać. W końcu dostrzegłam ją pod biurkiem nauczyciela. Spokojnie pisała swój egzamin. Tak wygląda nasza rzeczywistość – opowiadała siostra. Podkreślała, że wielu kapłanów i sióstr zakonnych pozostało na miejscu, starając się nieść nadzieję w tych trudnych warunkach.

    Czy wierzę?

    Skąd więc w tych ludziach nadzieja i chęć pozostania w Aleppo? – My nie jesteśmy obcy, to jest nasza ojczyzna. Należymy do tego miasta. Musimy walczyć o to miejsce, do którego przynależymy. Życie nie jest łatwe. Jako chrześcijanie mamy jednak świadomość, że krzyży w naszym życiu jest wiele – wyjaśniała s. Annie. Z zaufania Bogu i modlitwie czerpią siłę do walki z przeciwnościami. – Pomaga nam wiele organizacji. Osobiście od lat współpracuję z organizacją Pomoc Kościołowi w Potrzebie. Dzięki otrzymywanym pieniądzom możemy pomagać wielu rodzinom. Jeśli chcemy, by chrześcijanie pozostali na Bliskim Wschodzie, musimy ich wspomagać. Same słowa nie wystarczą, tu potrzebne są konkretne działania – podkreślała. Odwołała się do obrazu Kościoła, który ukazał św. Paweł. – Jeśli jeden z członków ciała cierpi, cierpi całe ciało. Musimy o tym pamiętać. To nasze doświadczenie, cierpienie całego Kościoła, jego wpatrywanie się w sytuację w Syrii – mówiła s. Annie. – Czy wierzę w Opatrzność? Tak. Czy wierzę w cuda? Tak, bo doświadczam ich codzienne, tych małych, jak i tych dużych – dodała. Kilka lat temu wraz ze siostrami zdecydowały, że muszą pozostać w Aleppo. Pod opieką s. Annie znajduje się 750 rodzin. – Bez pomocy, którą otrzymujemy, nie przeżylibyśmy – stwierdziła. – Jesteśmy powołani do tego, by nieść nadzieję, miłość i wiarę. Możecie sobie wyobrazić ludzi, którzy stracili wszystko. Dzięki waszej pomocy oni wiedzą, że nie są sami. My tam żyjemy i wiemy dokładnie, co się dzieje.•

    Wspomagamy 22 tys. rodzin

    ks. Waldemar Cisło, dyrektor Sekcji Polskiej Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie – Archidiecezja warmińska jako jedna z pierwszych wsparła projekt humanitarny. Szczodrość naszych rodaków nieco nas zaskoczyła. Dość szybko w ramach akcji „Mleko dla Aleppo” zebraliśmy 863 tys. zł. Chciałbym podziękować ks. abp. Józefowi Górzyńskiemu za poparcie akcji pana wojewody Artura Chojeckiego, który włączył się w naszą inicjatywę. To piękne, że kiedy widzimy ludzi cierpiących, pomagamy im wspólnie. W samym Aleppo wspomagamy 22 tys. rodzin. Spośród tej liczby 9,5 tys. to rodziny chrześcijańskie różnych obrządków. Koszt takiej pomocy, żeby rodzina mogła przetrwać miesiąc, to 50 euro. Siostra Annie koordynuje pracę grupy wolontariuszy, którzy zajmują się 750 rodzinami poprzez paczki żywnościowe, pomoc Rodzina Rodzinie. Kolejny projekt, który finansujemy, to odbudowa ponad 800 mieszkań. Koszt ich remontu wynosi od 1 tys. do 2 tys. euro. Są więc szanse, że za cenę dużo niższą niż transport osoby na pontonie do Europy możemy sprawić, że rodzina zostanie na miejscu. Wspieramy ponad 300 studentów. Mamy tzw. małą pomoc. Księża w parafiach młodym małżeństwom przekazują pieniądze, żeby mogły one z nadzieją wystartować w nowe życie. Uruchamiamy piekarnie, małe sklepy, ciastkarnie, by ludzie mieli pracę. Tam kościół jest wszystkim, jest kuchnią, jest szpitalem, jest poradnią, miejscem, gdzie przychodzimy się modlić, ale też i wypłakać. Jest tak dzięki temu, że zdecydowana większość sióstr zakonnych i kapłanów zdecydowała się pozostać z ludźmi. To wielkie zadanie Kościoła, pomoc ludziom bez względu na wyznanie. Gdyby nie Kościół, wiele ludzi zmarłoby z głodu. Kościół podczas oblężenia Aleppo wydawał tysiące posiłków.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół