• facebook
  • rss
  • Tak w kościach, jak w sercu

    ks. Piotr Sroga

    |

    Posłaniec Warmiński 19/2017

    dodane 11.05.2017 00:00

    – Jezus dał mi o wiele więcej niż prosiłem. Dlatego idę do Gietrzwałdu i Świętej Lipki ze swoją intencją – mówi Jakub.

    Przez ostatnie 140 lat ludzie pielgrzymowali do Gietrzwałdu, aby wyprosić dla siebie i swoich bliskich u Boga, za pośrednictwem Maryi, potrzebne łaski. Choć dziś coraz rzadziej robią to na własnych nogach, to jednak nie brakuje osób, które na piechotę docierają do sanktuarium w Gietrzwałdzie – nawet z odległych miejscowości.

    Jednym z nich jest Jakub. Wyruszył na szlak pielgrzymkowy z Przasnysza, a w planie ma nawiedzenie Gietrzwałdu i Świętej Lipki. Ma 32 lata i mieszka w Warszawie. Niesie ze sobą fascynującą historią przemiany duchowej. Dlaczego idzie pieszo? – Jest to następny stopień duchowy. Postanowiłem zaufać Opatrzności Bożej. Intelektualnie wiedziałem, na czym to polega. Chciałem jednak tego doświadczyć tak w kościach, jak w sercu. Postanowiłem dlatego pójść na pielgrzymkę bez pieniędzy, bez jedzenia, bez mapy i przygotowania. Bez tzw. bezpieczników – wyjaśnia pątnik z Warszawy. Wybrał maryjne sanktuaria, bo zakochał się jakiś czas temu w duchowości maryjnej – przez Maryję do Jezusa. Jak wypadło to ćwiczenie duchowe? Czy doświadczył pomocy z Góry?

    – Od pierwszych sekund doświadczam tej znanej prawdy, że Bóg się o nas troszczy. Oczywiście, pod koniec każdego dnia jest jakiś wewnętrzny lęk, że nie będzie miejsca na nocleg, ale do tej pory jest okej – uśmiecha się Jakub. Warszawski pątnik modli się każdego dnia o posiłek i nocleg. To jest wyraz zaufania Bogu i podczas swojej pielgrzymki nie zawiódł się ani razu. Raz go przyjął z życzliwością leśniczy, innym razem nocował w pensjonacie, gdzie pani Tereska z recepcji dała mu za darmo pokój i nakarmiła. – Jezus dał mi o wiele więcej niż prosiłem. Dlatego idę do Gietrzwałdu i Świętej Lipki ze swoją intencją. Po drodze jednak ludzie, których spotykam, powierzają mi też swoje intencje, a ja je zapisuję – mówi, wyjmując z plecaka zeszyt.

    Obficie zapisane strony mieszczą prośby do Boga. Plecak Jakuba pełny jest ludzkich niedoli, nadziei i ufności w Bożą Opatrzność. Nie chce mówić o swojej intencji. Zwolnił się z intratnej pracy i jest teraz na urlopie. Ewidentnie pielgrzymuje przed podjęciem jakiejś ważnej życiowej decyzji. Gietrzwałd odkrył dzięki swoim znajomym. Trochę się dziwi, że to miejsce nie jest tak znane jak Fatima czy Lourdes. – Do Świętej Lipki idę natomiast, żeby zamknąć pewne sprawy. Byłem tam jako młody chłopak i wtedy zaczęły się pewne rzeczy, które doprowadziły mnie do upadku. Chcę zamknąć te sprawy właśnie przed obrazem Matki Bożej – wyznaje.

    Historia młodego warszawiaka jest przykładem działania Boga. Będąc duszą towarzystwa i wspinając się po schodach kariery zawodowej, w chwili nawrócenia został sam, opuszczony przez znajomych, a nawet rodzinę. Za pójście za Jezusem zapłacił bardzo wysoką cenę. – Jestem nowo nawróconym człowiekiem. Miało to miejsce 4 lata temu. Byłem, oczywiście, wcześniej ochrzczony, przyjąłem I Komunię św. i bierzmowanie, ale z różnych powodów odwróciłem się potem od Kościoła. Z jednej strony – bolesne doświadczenia życiowe sprawiły, że straciłem zainteresowanie Bogiem. Z drugiej – świat bardzo mnie przyciągał. Dla 14-latka, który urodził się w bardzo skromnej rodzinie, bogactwo i blichtr świata były wartością – wspomina pątnik. Źródłem procesu nawrócenia okazało się spotkanie osoby, która była bezinteresownie dobra dla Jakuba i opowiadała mu przy tym o Bogu. – Na początku słyszałem te słowa, ale nie przyjmowałem ich do siebie. Traktowałem raczej jako pewien sposób znachorstwa lub indoktrynację. Jednak jej żywe świadectwo życia zaczęło mnie powoli przekonywać – mówi Jakub.

    Tak doszło do spowiedzi po latach, którą pomogła zorganizować właśnie ta osoba. W kameralnych warunkach, w pokoju z księdzem, w cztery oczy. Jakub myślał, że kapłan poklepie go po plecach i powie: „Witaj znów w gronie katolików. Cieszymy się, że jesteś”. – Dostałem rozgrzeszenie, ale była to bardzo trudna chwila. Ksiądz nazwał wiele rzeczy w moim życiu po imieniu. Usłyszenie pewnych spraw było bardzo trudne – wyznaje Kuba. Młody warszawiak dostał radę, aby przejść terapię dla dzieci alkoholików. Tak też uczynił i zaczął pracować nad swoją przeszłością, domykając pewne trudne sprawy. Przy końcu terapii pojawił się duży głód duchowości. Najpierw na krótko sięgnął po medytacje Wschodu, ale odkrył szybko medytację chrześcijańską i zaczął ją stosować.

    – Byłem zafascynowany faktem, że katolicyzm ma swoją medytację i wszedłem w nią całym sobą. Jeśli jest taka piękna tradycja w mojej wierze, to co ja tam będę sięgał po jakieś obce tradycje. Zresztą z tym Buddą coś mi od początku nie pasowało. Praktyka tej modlitwy pogłębiła moją wiarę i wróciłem do Kościoła. Pojawiły się sakramenty, systematyczna spowiedź i żmudna praca nad swoimi słabościami – mówi Jakub. Cztery lata, w czasie których przeszedł terapię i odnowił życie duchowe, nazywa łamaniem źle zrośniętych kości. Doświadczenie ciężkie, ale wyzwalające. W drodze do warmińskich sanktuariów Jakub spotyka Boga w poznanych ludziach i ich życzliwości.

    Na pytanie, jak się nazywa, odpowiada: „Wystarczy, że napiszesz Jakub Pielgrzym. To wystarczy”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół