• facebook
  • rss
  • Bo to była jego młodość

    ks. Piotr Sroga

    |

    Posłaniec Warmiński 20/2017

    dodane 18.05.2017 00:00

    – W dniu, w którym mój tata wychodził z domu na Syberii do wojska, babcia płakała, a dziadek powiedział: „Idź, bo to twój obowiązek walczyć o wolną ojczyznę” – mówi Bożena Suchodolska.

    Zawsze przed rocznicą bitwy pod Monte Cassino odbywały się spotkania z jej weterananmi i wspominano bohaterskie czyny polskich żołnierzy. W tym roku w Olsztynie nie ma już żadnego żołnierza pamiętającego tamte czasy. 4 maja w kościele św. Józefa odbył się pogrzeb ostatniego uczestnika bitwy, mieszkańca Olsztyna. Major Mieczysław Przewłucki, żołnierz Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich, pozostawił w pamięci swoich najbliższych ślad bolesnej historii Polski.

    Brzózki takie ładne

    Na grobie weterana wojennego pojawił się szczególny krzyż. – Parę lat temu powiedział: „Te brzózki macie takie ładne. Nie pożałujecie mi jednej? Jak mnie już nie będzie, to chciałbym mieć brzozowy krzyż na grobie”. Mąż ściął jedną i zrobił krzyż na pogrzeb taty – mówi Bożena Suchodolska, córka Mieczysława. To symbol łączności z tymi, którzy polegli w drodze do wolnej ojczyzny. Major Przewłucki był człowiekiem rodzinnym, może dlatego, że rodzina w czasie zsyłki na Sybir, a potem w okresie powojennym była jego jedyną ostoją. – Dziadek sam mówił o czasach wojennych. Właściwie o innych czasach mało mówił, we wspomnieniach najważniejsza był wojna – opowiada wnuk Paweł Suchodolski. – Pamiętam czas spędzany z dziadkami na rybach. Byli zapalonymi wędkarzami, a że byłem najmłodszym wnuczkiem, to umilałem im czas podczas wędkowania. Dziadek miał taką zasadę, że gdy tylko zachodziło słońce, zwijał sprzęt i wracaliśmy do domu. Takie były przepisy i ich dokładnie przestrzegał – mówi. W domu Przewłuckich nie zawsze jednak wspominano czasy wojenne. W powojennej Polsce opowieści o losach Polaków w Kazachstanie i armii Andersa nie były mile widziane, a nawet niebezpieczne. Dopiero gdy pojawiły się zaproszenia na spotkania z okazji walk pod Monte Cassino, Mieczysław zaczął chętniej i częściej wspominać przeszłość. Są w Polsce, głównie na południu kraju, szkoły im. Bohaterów Bitwy spod Monte Cassino. Trzej ostatni uczestnicy bitwy z Olsztyna byli zapraszani. – Kiedy tata wracał, mówił, że południe Polski jest „bardzo polskie”. Gdy widział dzieci śpiewające patriotyczne pieśni i mówiące piękne polskie wiersze, płakał ze wzruszenia. Twierdził, że na tamtych terenach przywiązuje się większą wagę do wychowania patriotycznego – mówi pani Bożena. – Kiedyś zapytałam tatę, dlaczego tak dokładnie pamięta czas wojny. Odpowiedział mi, że to była jego młodość.

    Uratował go... papieros?

    A jego młodość jest jak scenariusz do filmu akcji. Jako 20-latek trafił przed komisję wojskową w nowo formującej się armii Andersa. – Tata wspominał często o drodze, jaką musiał przejść, aby dostać się do wojska. Po pobycie na Syberii był wycieńczony i bardzo chudy, sama skóra i kości – opowiada córka majora. Dwie pierwsze próby przejścia przez komisję wojskową zakończyły się niepowodzeniem. Nie chciano w armii tak cherlawego młodzieńca. Dopiero za trzecim razem udało się, bo w komisji był jakiś daleki kuzyn, który mu pomógł. Gdyby to się nie udało, musiałby wrócić na Syberię, do pracy w kopalni. Tak został żołnierzem 10. dywizji piechoty, z przydziałem do pułku artylerii przeciwlotniczej. Po latach wspominał, że Rosjanie żegnali ich z orkiestrą i dali na drogę słone śledzie. Potem była przeprawa przez Morze Kaspijskie do Persji. Dalsza wędrówka wiodła przez Irak i Palestynę, gdzie żołnierzy uzbrojono i wyszkolono. W roku 1944 korpus przerzucono do Włoch, gdzie okrył się sławą podczas walk o Monte Cassino. 11 maja rozpoczął się ostrzał wzgórza z 1100 dział, który trwał 7 dni i zakończył się zwycięstwem. Te chwile walki pozostały w pamięci rodziny mjr. Przywłuckiego w postaci krótkich wspomnień, często nawet żartobliwych – tak jakby chciał stonować tragizm tamtych dni. – Dziadek wspominał czasami o znajomym z wojska, który był kierowcą. Nie potrafił jeździć na trzeźwo, musiał coś wypić, żeby pewnie jechać. Zawsze był podpity. Kiedy nie wypił, bał się usiąść za kierownicą – uśmiecha się Paweł. – Wspominał również, że kiedyś uratował go papieros. Dziadek nie palił, ale kiedyś jeden z żołnierzy zaprosił go na papierosa i odeszli od działa, które chwile później zostało trafione pociskiem. Gdyby został, zginąłby – dodaje. W rodzinie krąży również opowieść o sabotażu spod Monte Cassino. – Jeden z celniczych armii Andersa kierował atak działa na polskie pozycje. Obniżył współrzędne i zamiast w Niemców, celowano w polskich żołnierzy. Ostatecznie znaleziono tego człowieka, był cudzoziemcem w polskiej armii. Rozstrzelano go na miejscu – mówi Zygmunt Suchodolski, zięć Mieczysława. Dlaczego młody chłopak z taką determinacją chciał zostać tułaczem i narażać swoje życie w bezpośredniej walce z wrogiem? – Tata wyjaśnił mi to w ten sposób. W dniu, w którym wychodził z domu na Syberii do wojska, babcia płakała, a dziadek powiedział: „Idź, bo to twój obowiązek walczyć o wolną ojczyznę”. Mój dziadek był wielkim patriotą – ze łzami w oczach mówi pani Bożena.

    Niech żyje cebula!

    Przed wstąpieniem do wojska mjr Przewłucki doświadczył losu Polaków, którzy znaleźli się pod okupacją Rosjan. – Przyszli Rosjanie do Święcian, gdzie mieszkał, i kazali się pakować. Chciał wziąć rower, ale nie pozwolono. Życzliwość okazał jeden ze współlokatorów, Rosjanin, który pomógł się pakować. Spakowane przez niego do walizek rzeczy ocaliły rodzinie życie. Wiedział, co ich czeka i pragmatycznie podszedł do sprawy – mówi córka majora. Potem była wielotygodniowa podróż w wagonach i widok wyrzucanych na stacjach ciał dzieci, które po drodze umierały. – Na miejscu trafili do małej lepianki, gdzie zakwaterowano kilka rodzin. Ale dziadek za gimnazjalny płaszcz taty kupił własną lepiankę. Hulał wiatr i było zimno. Potem ocieplono wszystko, za radą sąsiadów, zwierzęcym łajnem – dodaje. Na Syberii pracował ze swoim ojcem w kopalni złota. Za całodniowy trud każdy z nich dostawał po kawałku czarnego chleba, a w domu czekała mama i dwoje rodzeństwa. Kiedy Mieczysław wrócił z wojny, w domu zawsze musiał być zapas chleba. Mogło nie być nic innego do jedzenia, ale chleb musiał być. Dlatego w domu rodzinnym był większy zapas pieczywa. To jeszcze owoce głodu z zsyłki. Ważną rolę odegrała w czasie pobytu na Wschodzie... cebula. Rodzina wspomina toast stryja Zdzisława, który podczas zjazdu rodzinnego powiedział: „Niech żyje cebula, bo dzięki niej przeżyliśmy!”.

    Czekający ojciec

    Po wojnie, będąc w Anglii, dowiedział się o losach swojej rodziny. Daleki kuzyn napisał w liście krótko: „Twoja rodzina wróciła”. Okazało się, że wszyscy przeżyli i przybyli szczęśliwie do Polski. Miał obawy, że po jego wyjeździe nie poradzili sobie, bo był ich głównym żywicielem. Mogli umrzeć z głodu. Potem okazało się, że sytuację uratowała zdobyta wełna i zrobiona na drutach odzież. – Cała rodzina robiła rękawice, skarpety i swetry, i to wymieniała na żywność. Mój stryj do końca życia robił na drutach, a po wojnie był dziekanem na Politechnice Gdańskiej. Zresztą z uwagi na jego inteligencję Sowieci nie chcieli go wypuścić z Rosji. Jednak rodzina nie zgodziła się na to i wrócił do ojczyzny. Był najlepszy w szkole, tej sowieckiej, i chciano go wysłać do szkoły do Moskwy. Kuszono karierą – mówi pani Bożena. Mieczysław Przewłucki w tym czasie zgłosił chęć wyjazdu do Argentyny, bo w Anglii nie chciano polskich żołnierzy, nie byli mile widziani. Miał tam budować mosty. Mało brakowało, a wyjechałby do dalekiego kraju. – Gdy się tylko dowiedział, że rodzina jest w Polsce, powiedział, że chce tam wrócić – mówi Bożena Suchodolska. – Podczas odprawy przed podróżą do ojczyzny Anglicy zakazali zabierać ze sobą większość rzeczy. Przewiózł kawałek skóry na buty. Pieniądze też musiał w większości zostawić – dodaje pan Zygmunt. Żołnierze różnie reagowali na te obostrzenia. Podobno jeden z kolegów Mieczysława chciał przewieść kilka butelek dobrej whisky, jednak strażnik graniczny zabronił i chciał zostawić tylko jedną, a resztę skonfiskować. Wtedy Polak odkręcił korek i duszkiem wypił pierwszą butelkę, a kiedy chciał otworzyć drugą, strażnik się poddał i pozwolił zabrać ze sobą wszystkie. Kiedy przypłynął do Gdańska, na brzegu czekał na niego ojciec. Widział go ze statku, ale przez trzy dni nie mógł się z nim spotkać, bo tyle trwały różne przesłuchania i załatwienie formalności. – Ci, którzy wrócili, byli trzymani w prowizorycznym obozie. Mówił, że trzeba było przejść przez kilka stanowisk i odpowiadać na zadawane pytania – mówi pani Bożena.

    Powrót na Monte Cassino

    – Kiedy wybudowaliśmy dom w Wójtowie, moi rodzice przyszli do nas z flagą polską, a było to przed świętem listopadowym. Mama powiedziała wtedy: „Pamiętajcie, jesteście Polakami i musicie tę flagę wywieszać w każde polskie święto”. Mamy ją do dziś, choć trochę wypłowiałą – mówi ze wzruszeniem córka Mieczysława. Po wojnie major wracał na Monte Cassino. Próbował ustalić pozycję działa, z którego strzelał, ale krajobraz tak się zmienił, że to mu się nie udało. Dopóki zdrowie pozwalało, wracał na miejsce bitwy. Podczas pogrzebu na rozpoczęcie Mszy św. żałobnicy usłyszeli „Czerwone maki na Monte Cassino”. Były trzy poczty sztandarowe, żołnierze prezentowali odznaczenia zmarłego. Na koniec jeszcze pieśń „Modlitwa obozowa”. – Pan Mieczysław był człowiekiem bardzo religijnym. Miałem okazję w ostatnich latach jego życia odwiedzać go w pierwsze piątki miesiąca – mówi ks. Andrzej Adamczyk, proboszcz z Wójtowa. – Dyscyplinował nas. Słyszeliśmy czasem: „Za 15 min godz. 9, a wy jeszcze w domu. Spóźnicie się do kościoła”. Pilnował tego – mówi Bożena Suchodolska. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół