• facebook
  • rss
  • Dom Bożej Miłości

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 23/2017

    dodane 08.06.2017 00:00

    – Gdy siedziałam w kaplicy, strasznie płakałam. Było mi zimno. I poczułam, jak spływa na mnie żar, który mnie ogrzewa i dodaje otuchy – wspomina Anna.

    Wąska warmińska droga, asfalt i szerokie szutrowe pobocze, by mogły wyminąć się samochody. Po bokach stare drzewa, za nimi żywa zieleń łąk z białymi dywanami kwiatów. Ściany drzew i niezwykłe pagórki. Jeszcze tylko zjazd w dół i kapliczka z dwoma przybitymi krzyżykami, z Matką Bożą uwięzioną za zakurzoną szybą. W końcu tablica z nazwą miejscowości – Nowe Kawkowo. Trzeba wjechać do wsi. Domy jakby za blisko drogi. Sklep, kolejna pochylona kapliczka, tym razem ze św. Antonim. Kościół z drewnianą wieżą. Po drugiej stronie drogi stoi „Zacheusz”, dom rekolekcyjny Ruchu Światło–Życie. Szczególne miejsce, które wybrał sam Pan Jezus, by zmieniać życie młodych.

    Słyszałam audycję

    Przez wiele lat ten dom był opustoszały. Stał i czekał na ludzi. Kiedy proboszczem w parafii został ks. Andrzej Pluta, a był to 1989 r., stwierdził, że to jest najlepsze miejsce na dom rekolekcyjny. W remoncie pomagali mu oazowicze z Mrągowa. – Ksiądz Andrzej ma to do siebie, że potrafi wokół siebie gromadzić ludzi. Miejscowi pomagali mu, przygotowywali kaplicę, pokoje. Uważam, że to, co on tu zapoczątkował, to boski zasiew nadziei, początek ewangelizacji kolejnych pokoleń młodych – mówi Elżbieta Olender, obecna moderatorka „Zacheusza”. Kiedy oaza zaczęła przeżywać kryzys, dom znów opustoszał. Owszem, były rekolekcje, ale sporadycznie. Ona trafiła tu w 2011 r. – Od 1996 r. marzyłam, żeby posługiwać w domu… Słyszałam audycję w Radiu Maryja, że w Katowicach ks. Ryszard ma wspólnotę, która prowadzi dom, gdzie jest Najświętszy Sakrament, gdzie każdy może przyjść, porozmawiać, pomodlić się, wyspowiadać. A przecież sama noszę w sobie bolesną historię życia. Stąd zapewne marzenie o takim miejscu, do którego może zawitać wierzący i niewierzący, idący do domu, uciekający z niego. I tak marzyłam. W piwnicy zbierałam tace, kubki, talerze, pościel i koce – uśmiecha się. Pokazuje kilka tac. Okazuje się, że pochodzą z tej dziwnej kolekcji. – W 2010 r., podczas sylwestra, moja siostra mówi mi: „Elu, twoje marzenie się już nie spełni, więc przestań zbierać, znajdź nowe marzenie”. I miałam refleksję, że trudno, co Pan Bóg przyniesie, to przyjmę – wspomina.

    Mleczko dla myszy

    Trzy tygodnie później pani Elżbieta usłyszała, że zmienił się proboszcz, nowym został ks. Krzysztof Lauter. – My ze wspólnotą chcieliśmy tam nadal przyjeżdżać. Mój spowiednik doradził mi, żeby pojechać do ks. Krzysztofa, porozmawiać o ewentualnej współpracy. Ale na koniec rozmowy zapytał: „A może ty pójdziesz na stałe do tego domu?”. Przez grzeczność odpowiedziałam mu jedynie: „No też ksiądz wymyślił”. Marzyłam o takim domu, ale nie na takich peryferiach, gdzie nie ma komunikacji, gdzie nikt nie przyjdzie. Nijak mi to nie pasowało – wspomina. A Jezus szeptał, gdzieś w sercu przekonywał. Po trzech tygodniach pani Ela już wiedziała, że „Zacheusz” jest jej wymarzonym domem. – Okazało się, że to, co było absurdalne – stało się piękne. Już wyobrażałam sobie siebie w tym małym pokoiczku na górze – załamana kanapa, zimno, połamana szafka. Jednego nie mogłam sobie wyobrazić, jak rano wypiję kawę w zimnej, ciemnej kuchni – śmieje się. Wraz z przyjaciółkami spotkała się z ks. Krzysztofem. „Chcecie zająć się domem? Ale jak?”. „Będziemy organizować rekolekcje”. „A gotowanie i sprzątanie?”. „Tak”. „A rachunki?”, „My będziemy opłacać”. Wówczas ks. Krzysztof powiedział: „Pan Bóg ma miłosierdzie nad grzesznikiem”. On z powodu tego domu chciał z parafii odejść. A w tej sytuacji do końca czerwca nie przekazywał mi rachunków za energię, sam je płacił – uśmiecha się pani Ela. Wspomina pierwsze dni, mróz, co trzy godziny trzeba zejść do piwnicy i dołożyć do kotła, by było choć trochę ciepło. Ciepłe buty, ciepłe podkoszulki, swetry. Kiedy nocą chodziła po domu, uczyła się skrzypienia każdej deski. Mieszkała w małym pokoiczku z niewielkim oknem. – Kiedy w pierwszą noc położyłam się na połamanym tapczaniku, moja dusza zaśpiewała hymn uwielbienia Boga. „Wielbi dusza moja Pana…”. W Olsztynie miałam wielkie łoże z wygodnymi materacami, było ciepło, bezpiecznie. Kiedy obudziłam się rano, okazało się, że myszy zjadły moje ptasie mleczko, które zostawiłam na szafce – śmieje się. – Nie bałam się. Moje drzwi były naprzeciw kaplicy. Od tego momentu był to dla mnie Dom pisany wielką literą. Zdawało mi się, że to jest święty dom.

    Kaplica cudów

    Tak się zaczęło przywracanie tego miejsca dla młodych. Pierwsze turnusy były niezbyt liczne. Trzeba było przebijać się z informacją, że jest Dom, że Jezus tu czeka, czyni cuda, zmienia życie. Że tu można posmakować tego, za czym się na co dzień tęskni. Można być we wspólnocie, być sobą, być kochanym. – Ten Dom rodził się we mnie przez 15 lat. Dom Bożej Miłości, do którego każdy może przyjść i każdy może poczuć się kochany, może czuć się bezpieczny. Czy to dziecko z patologicznej rodziny, czy ktoś z wyżyn. One tu się mogą odnaleźć. I to czułam, że każda nowa firaneczka, kupiony kubek, talerz czy koc to coś, co da miłość. Tu dzieci mają zakosztować ciepła. I tak dla wszystkich stałam się ciocią. Mówią na mnie: ciocia Ela – opowiada. Duże pokoje, podczas rekolekcji w jednym mieszka piętnaścioro dzieci. Bez luksusów, wygód, pięknych łazienek, komputera i telewizora. Jednak przyjeżdżają, regularnie, wracają do „Zacheusza”, gdzie czeka na nich ciocia Ela. Grają w piłkę, siedzą na schodach i rozmawiają, pomagają w ogrodzie, bawią się, pomagają w kuchni, robią coś razem. I w takiej atmosferze, podczas rekolekcji prowadzonych w charyzmacie Ruchu Światło–Życie uczą się relacji, w końcu doświadczają tego, czym jest wspólnota. Wspólna modlitwa wokół zapalonej świecy symbolizującej Chrystusa. Eucharystia, zapach kaplicy, do której przez okna wdziera się zapach świeżo skoszonej trawy. Tak doświadczają Chrystusa. – Ostatnio, w ramach przygotowań do sakramentu bierzmowania, na rekolekcjach byli gimnazjaliści. Kaplica, godzina świadectw. Jeden chłopiec wyszedł i mówi, że „ta kaplica jest kaplicą cudów, ona przemienia serca, później życie”. Trzecia klasa gimnazjum, rekolekcje przymusowe. Wstaje dziewczyna i wyznaje swojemu koledze: „Po trzech latach mówię do ciebie bez poczucia złości. Mówię do ciebie po imieniu. Nie znosiłam ciebie. Dziś mogę z tobą rozmawiać” – opowiada. Tu czuje się wspólnotę, coś, co zostało odebrane kolejnemu pokoleniu.

    To są dary

    Ania jest już stałym gościem „Zacheusza”. – Dojrzewałam w domu, gdzie na okrągło były kłótnie, bluźnierstwa, przemoc psychiczna i fizyczna, alkoholizm. Rodzice nie potrafią okazywać uczuć mnie i młodszemu rodzeństwu. Jako nastolatka pragnęłam czyjejś bliskości, marzyłam o osobie, która zapewni mi poczucie bezpieczeństwa, własnej wartości, chciałam, żeby ktoś mi powiedział po prostu: „Jesteś dla mnie ważna, dziękuję, że jesteś. Kocham cię” – mówi. Zaczęła pić alkohol, palić papierosy. Jej życie było jednym wielkim koszmarem, który się nie kończył. – Gdy weszłam w wiek dorastania, nic się nie zmieniło, wręcz przeciwnie, było jeszcze gorzej – wyznaje. Dobrze pamięta ten dzień, kiedy podeszła do niej nauczycielka i zaproponowała, by pojechała na rekolekcje do „Zacheusza”. Siedziała wówczas z koleżanką na ławce. – Koleżanka nagrywała dla mnie „mój pierwszy raz”. Odmówiłam nauczycielce. Przecież to marnowanie czasu. Ale minęło kilka chwil i… coś mnie ruszyło, zgodziłam się i pojechałam – wspomina. I na to wspomnienie jej oczy nabrzmiały łzami. – Pamiętam pierwszy dzień, jakby to było dziś: to ciepło i tę miłość, które mnie tu otoczyły. Ciocia Ela schodząca po schodach w ręczniku na włosach, uśmiechającą się, całującą na przywitanie i przytulającą, po prostu maszyna miłości i bezpieczeństwa. Julita, pełna miłości i tryskająca radością. Dni tutaj za szybko minęły. Moment wyjazdu był najgorszym dniem, jaki mógł nastąpić. Chciałam tam zostać na zawsze. Bo jak wrócić do rzeczywistości, zostawić to wszystko? Gdy siedziałam w kaplicy, strasznie płakałam. Było mi bardzo zimno. Poczułam, jak spływa na mnie żar, który mnie ogrzewa i dodaje otuchy. Już wiedziałam, że nie jestem sama – uśmiecha się. Zmieniła szkołę, dziś mieszka na stancji w innym mieście. U dobrych ludzi, którzy stworzyli jej rodzinną atmosferę. – Marzyłam o swoim własnym pokoju, białym dywaniku, dużym łóżku, o ciszy, której mi brakowało... Gdy zaufałam Panu i zaczęłam przy Nim trwać, wszystko poszło w dobrym kierunku. Dostałam o wiele więcej, niż marzyłam. Ci państwo prowadzą mnie do pokoju, który mi dali. Wchodzę, a tam na podłodze leży biały dywan, jest duże łóżko… Oni wprowadzili mnie w inny świat, bez przemocy, bez alkoholu. Bo Pan Jezus nie jest ograniczony naszymi marzeniami, daje o wiele więcej. To są dary, dosłownie dary, bo niczym sobie nie zasłużyłam, bo stancja za darmo, wiele innych rzeczy. Oczywiście moje problemy z dnia na dzień nie znikły, wręcz przeciwnie. Ale uczę się tego, jak z nimi walczyć i nie poddawać się, bo nie jestem sama. Pan Jezus uratował mnie i zachował moją czystość, której będę strzegła. Kocham Go.

    To nasza broń

    Młodzi w Nowym Kawkowie odkrywają, że Pan Bóg ich kocha, że ma wobec nich plan. – Ja też to musiałam odkryć. Jakiż plan może mieć Bóg wobec kurpiowskiej dziewczyny, która urodziła się w drewnianej chałupie krytej blachą, gdzie podczas deszczu woda zalewała pokoje. Przecież powinnam urodzić się w pałacu, nosić piękne suknie, bywać na balach. Dziesiątki lat minęło, zanim dotarło do mnie, że kiedy urodziłam się w tym drewnianym domu na Kurpiach, to Pan Bóg wiedział, że to są najlepsze warunki dla mojego zbawienia. Nie ma bardziej optymalnych, moja mama Edwarda, tata Konstanty, to nie jest pomyłka. To, że później pobłądziłam, to już inna sprawa… Rekolekcje. Dzwoni tata do syna. On później płacze. Tata był pijany. Wraca do domu i po kilku dniach dzwoni do mnie, że wziął najmłodszego braciszka i ucieka do sąsiadów, bo pijany tata go goni. Co proponuję? Nie bój się. Modlę się teraz razem z tobą. To nasza broń – wspomina. Cóż to za miejsce ów „Zacheusz”, Dom pisany wielką literą – Często mówię, że to Dom Bożego Miłosierdzia. Wcześniej mówiłam, Dom Bożej Miłości. Ileż razy szarpię się, martwię, biegam, a Jezus mi uświadamia, że to On jest Panem tego Domu, Panem planów i remontów, Panem tych dzieci… Dom Bożej Miłości i Bożego Miłosierdzia – dodaje pani Ela.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół