• facebook
  • rss
  • Jesienna kolęda

    ks. Piotr Sroga

    |

    Posłaniec Warmiński 27/2017

    dodane 06.07.2017 00:00

    Przez wojnę stracił rodzinny dom, ale jako kapłan odnalazł nową rodzinę – Warmiaków, którzy przyjęli go całym sercem.

    Przeszłość żyje nie tylko w mądrych księgach, ale przede wszystkim w ludzkich wspomnieniach, które jednak, niestety, są bardzo ulotne. Bibliografia dotycząca warmińskich kapłanów jest bogata. Znamy daty i ważniejsze momenty ich życia, jednak najcenniejsza jest ludzka pamięć o nich.

    Ks. kan. Edward Pietkiewicz jest do dziś wspominany wśród starszych parafian z Bartąga. Jest to historia Wilniuka, który pokochał Warmiaków – z wzajemnością. Powołanie w drodze – Jestem bratanicą ks. Pietkiewicza. Jako dziecko spędzałam trochę czasu na plebanii w Bartągu, bo tam mieszkała moja babcia. Nasza rodzina pochodzi z Wileńszczyzny i po przyjeździe do Polski osiedliła się na tych terenach. Mój stryj został wyświęcony przez kard. Stefana Wyszyńskiego – mówi z dumą Daniela Kułakowska. Droga do kapłaństwa ks. Pietkiewicza była pełna przygód. Na początku wykazywał zainteresowanie farmaceutyczne, pracując u bonifratrów. Jednak w roku 1941 wybrał drogę powołania kapłańskiego i wstąpił do seminarium duchownego w Wilnie. – W rodzinnych opowieściach pojawia się wątek aresztowania przez gestapo, a było to w roku 1942. Historię naszej rodziny i ten moment opisał dokładnie Zygmunt Pietkiewicz, brat Edwarda. Został on osadzony w więzieniu na Łukiszkach, a potem wywieziony na roboty do Niemiec – opowiada pani Daniela. Po dwóch latach młody Edward powrócił do Wilna i kontynuował studia seminaryjne. Jednak w powojennej Polsce rozpoczęła się wędrówka, związana ze zmianą granic. Przez Białystok alumn Pietkiewicz trafił do Olsztyna, gdzie w roku 1951 został wyświęcony. Był wikariuszem w Olsztynku i Olsztynie oraz proboszczem w Giławach, ale serce pozostawił w parafii w Bartągu. Posługiwał w tej warmińskiej wspólnocie ponad 20 lat. Dam wam bombony – Dopóki żyła babcia, przyjeżdżaliśmy do Bartąga na wakacje. Pamiętam, jak wujek wysyłał nas do dzwonnicy, abyśmy uderzyli w dzwon o odpowiedniej porze, a wtedy szarpało się za sznur. Mówił: „Tylko nie bujajcie się za mocno” – wspomina Daniela Kułakowska. – Mieliśmy tam wielu przyjaciół... Na plebanii nigdy nie było cicho, bo do ks. Pietkiewicza chętnie przychodzili nie tylko parafianie, ale także goście z Olsztyna. Był duszpasterzem artystów teatralnych, referentem ds. spowiednictwa, diecezjalnym duszpasterzem mężczyzn oraz kapelanem szpitala wojewódzkiego. Pani Daniela pamięta jedną z jesiennych przygód w Bartągu. Ksiądz Edward rozpoczynał pojedyncze kolędowanie po rodzinach już na początku października. Wybierał się do tych gospodarstw, do których zimą trudno dotrzeć. – Pewnego razu wybierał się na kolędę do pani Centkowej, mieszkającej pod lasem w kierunku Rusi. Powiedział, że dobrze byłoby, gdybyśmy z nim poszli. Był wtedy również u niego w odwiedzinach Roman Szmar, aktor z Olsztyna. I tak uformowała się procesja, do której dołączyli babcia, mój tata i stryj. Ten ostatni wziął krzyż, a mojemu bratu przypadły dzwonki – mówi bratanica warmińskiego kapłana. Trzeba było podejść kawałek, bo gospodarstwo znajdowało się w połowie drogi do Rusi. Jesienna kolęda przyniosła wiele radości gospodyni, która przygotowała pyszny obiad. Na początku jednak ks. Pietkiewicz odmówił modlitwy i poświęcił całe gospodarstwo. Dopiero potem rozpoczęła się część towarzyska kolędy. Dorośli rozmawiali przy stole, a dzieci bawiły się na podwórku. Gospodyni w pewnym momencie powiedziała do dzieci: „To jeszcze dam wam bombony” i poczęstowała cukierkami. Po kilku godzinach procesja wróciła do Bartąga. Poszedł... popływać Ta rodzinna atmosfera towarzyszyła posłudze ks. Edwarda. Wileńska gościnność spotkała się z warmińską. Warmiacy, jeśli się do kogoś przekonają, gotowi są oddać mu swoje serce. Tak też się stało. Kolęda ks. Pietkiewicza trwała długo, ale zawsze była rodzinnym spotkaniem. Mógł zawsze liczyć na Warmiaków. Rybacy, którzy mieli swoje gospodarstwo nieopodal Bartąga, wspominają chwile, gdy proboszcz wypływał z nimi na nocne łowy. – Pewnego razu zniknął w ciemności. Na łodzi nie można go było znaleźć. Okazało się, że postanowił w ciepłą noc popływać. Wtedy się uspokoiliśmy – mówi Juliusz Graszek, rybak na emeryturze. Setki takich prostych wydarzeń stworzyło mocną więź między kapłanem a wiernymi. Kiedy Warmiacy wyjeżdżali w latach 70. do Niemiec, ks. Pietkiewicz żegnał każdą rodzinę na dworcu i... płakał. Wielu wspomina do dziś płaczącego na peronie księdza, który był świadomy, że traci wspaniałych parafian.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół