• facebook
  • rss
  • Przyjemny wysiłek

    Krzysztof Kozłowski

    |

    Posłaniec Warmiński 30/2017

    dodane 27.07.2017 00:00

    – Gdyby nie te dni, mijałabym w parafii obce twarze, nie tak jak dziś, przyjaciół, z którymi łączą mnie wspaniałe wspomnienia – mówi Katarzyna.

    Koniec roku szkolnego, tornister rzucony w najdalszy kąt pokoju. Potem dłużące się dni oczekiwania, aż wreszcie jednego dnia człowiek rano wstaje, bierze plecak, może i walizkę, macha na pożegnanie rodzicom i biegnie do kościoła. Nie, nie na Mszę św. czy nabożeństwo. Biegnie, bo za chwilę podjadą autokary, miejsce trzeba zająć, przywitać się ze znajomymi i wyruszyć w drogę nad morze, na parafialne kolonie letnie. – W tym roku taki scenariusz przeżywam już siódmy raz. Jestem chyba najstarszą uczestniczką wypoczynku. Ale nie ma to znaczenia. Po prostu mnie nie może tu zabraknąć – śmieje się Katarzyna. Siedem lat temu, jako absolwentka czwartej klasy podstawówki, pojechała pierwszy raz na kolonie organizowane przez parafię pw. Matki Boskiej Fatimskiej w Olsztynie.

    Już nie obcy

    Dobrze pamięta ten wyjazd. Codziennie Msza św., modlitwy. – Wiadomo, małe dziecko może się tym znudzić. Na początku dzwoniłam do mamy i narzekałam, że tu jest tyle modlitw. A potem, obok modlitwy, plaża nad morzem, wycieczki, mnóstwo zabaw i pierwsze przyjaźnie. Rozmowy z Bogiem jakoś naturalnie przeplatały się z wypoczynkiem. I już wiedziałam, że to jest moje miejsce, moje wymarzone wakacje. Tam jest super, rodzinna atmosfera, znajomi ludzie – mówi Katarzyna. Dziś wie, że to czas zbliżający do Boga, bo jest się wśród ludzi, którzy tak samo wierzą, należą do tej samej parafii. – Odkrywamy, jak fajnie jest być blisko z drugim człowiekiem, jak to ubogaca i otwiera na Boga – dodaje. Zresztą odczuwalne jest to nawet na Mszach św. podczas roku szkolnego. – Dzieci podbiegają w kościele do mnie, mówią: „Kasia, Kasia, cześć”... Fajne są takie kolonie, kiedy zaprzyjaźniasz się z ludźmi, którzy bez tego czasu byliby dla ciebie obcy. Gdyby nie te dni, mijałabym w parafii obce twarze, nie tak jak dziś, przyjaciół, z którymi łączą mnie wspaniałe wspomnienia – wyznaje.

    Mój brat zaczął

    Na krzesełku siedzi Michalina. Nieśmiało się uśmiecha. To najmłodsza uczestniczka parafialnych kolonii. – Było fajnie. Najbardziej podobały mi się... zabawy – mówi nieśmiało. – Po prostu podobało mi się tam być – dodaje. Obok siedzi jej starszy brat Dominik. – Ja byłem już trzeci raz. Kiedy zaczęły się wakacje, nie mogłem się doczekać na wyjazd. Wiedziałem, że będą tam moi kumple. Chciałem z nimi być, grać w piłkę, trochę rozrabiać – śmieje się. – I się udało. Wypoczynek był super – dodaje. Dla niektórych ten wyjazd to swoista nagroda za zaangażowanie w całorocznym życiu w parafii. Michał od pięciu lat jest ministrantem. – Mój brat zaczął służyć przy ołtarzu. Ja poszedłem za nim. Służba ministrancka to wierność Bogu, posługiwanie księdzu, obowiązki, choćby chodzenie z księdzem po kolędzie. Mszy św. nie można opuścić – wymienia. Opowiada o Mszy św. na koloniach, kiedy przyjechał w odwiedziny proboszcz ks. Marian Matuszek. – Ale to nie była największa atrakcja kolonii – uśmiecha się Michał. Wspomina konkursy, spacery nad morze, grę w piłkę, oceanarium, park linowy i kolonijny „Mam talent”.

    Bóg jest dobry

    Największym talentem na kolonii okazała się Maja, na co dzień członkini chórku parafialnego „Maryjne słowiki”. – Jestem bardzo zżyta z moją parafią. Na kolonie jeżdżę chętnie, wracam do domu z niedosytem, że to już koniec. Mimo że w tym roku pogoda niezbyt dopisała, to lubiłam spacery nad morzem. Nie opaliłam się za bardzo, ale to nie szkodzi. Michasia była ze mną w pokoju. Czasem w nocy nam śpiewała. Bardzo przyjemnie było. Były modlitwy wieczorem, w pierwszy piątek miesiąca wszyscy poszliśmy do kościoła. Cieszę się, że poszliśmy do spowiedzi. W ogóle kolonia to jest dla mnie coś cudownego. Uwielbiam to – opowiada z entuzjazmem. – Jeszcze przez dwa lata będę mogła być uczestnikiem tych kolonii. Później zrobię uprawnienia i będę opiekunką! Nie chcę ich porzucić – zapowiada Katarzyna. Już teraz, kiedy trzeba, pomaga podczas pobytu przy opiece nad dziećmi. – Zawsze dogaduję się i z dziewczynkami, i z chłopcami – dodaje. Taką drogę przeszła Weronika. Na początku uczestnik, teraz opiekunka. – Trochę więcej obowiązków. Duża odpowiedzialność. Ale to przyjemny wysiłek – mówi. Kierownikiem dwóch turnusów kolonii była Wioletta Bulejak. Jej Fundacja „Otwarte dłonie” wraz z parafią organizują wakacyjny odpoczynek dzieci z parafii. Miejsce od pięciu lat to samo – Sztutowo. – Organizujemy dwa turnusy. Mieliśmy tak dużo chętnych. Już po trzech dniach od ogłoszenia wszystkie miejsca były już zarezerwowane. W sumie w tym roku wyjechało już 160 dzieci. A cel? To wakacje z Bogiem, żeby dzieci czuły się dobrze, by była rodzinna atmo- sfera. Chcemy przybliżyć dzieciom Boga, łącząc wypoczynek z modlitwą. Myśl przewodnia: „Bóg jest dobry”. Te wyjazdy integrują. Spotykamy się później w parafii na Eucharystii, tworzymy wspólnotę, znamy się, łączą nas wspomnienia. Tworzymy fajną rodzinę – mówi Wioletta.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół