• facebook
  • rss
  • Maryję nosiłem w kieszonce

    ks. Piotr Sroga

    |

    Posłaniec Warmiński 30/2017

    dodane 27.07.2017 00:00

    Przeżył powstanie, wojnę kolonialną w Indochinach i komunizm w Polsce. Bogu dziękuje za... dar życia pełnego wydarzeń.

    W olsztyneckim ratuszu odbyła się uroczystość, podczas której Zygmunt Jatczak otrzymał od płk. Rolanda Delawarde’a, attaché obrony ambasady francuskiej, Order Narodowy Legii Honorowej. Jest to najwyższe odznaczenie nadawane przez państwo francuskie.

    Chłopak z plakatu

    Historia mieszkańca Olsztynka jest dobrym materiałem na dramat wojenny. Po kapitulacji powstania warszawskiego Zygmunt Jatczak trafił do niemieckiego obozu, w którym doczekał wyzwolenia. Służył potem w wojsku polskim aż do momentu, kiedy Anglicy je rozwiązali i wypuścili żołnierzy. – Przychodzili do nas i mówili: „Co wy tu jeszcze robicie? Wracajcie do domu. Macie przecież wolny kraj!”. Ale ja wiedziałem o tym, co dzieje się w Polsce, i nie chciałem wracać. Gdybym wrócił, to by mnie zamknęli. Byłem wtedy na terenie Niemiec i już zgłosili się do mnie Niemcy z urzędu pracy, żeby mnie przydzielić do jakiejś roboty – wspomina pan Zygmunt. Spotkał jednak w tym czasie niemieckiego żołnierza, który był w Legii Cudzoziemskiej. – Sporo było tam Niemców. Podobno francuska niewola była dla nich straszna, więc woleli służyć w tej formacji. Ja natomiast już jako dziecko czytałem książkę „Dziesięć lat piekła w Legii Cudzoziemskiej” i bardzo mnie to ciekawiło – mówi Z. Jatczak. Tak postanowił wstąpić do tej formacji. Zmotywował go również plakat, który w tym czasie zobaczył. Był na nim przystojny chłopak pod palmami i napis: „Zapisz się do Legii Cudzoziemskiej – przeżyjesz przygodę”. Młody Zygmunt rozpoczął poszukiwania punktu rekrutacji, co nie było takie łatwe, bo pierwsze spotkania z francuskimi oficerami były raczej zniechęcające. W końcu trafił do obozu w Koblencji, a potem pojechał do Strasburga, gdzie przeszedł cały proces weryfikacji. – Pytania były bardzo szczegółowe. Dostałem na przykład mapę Warszawy i musiałem pokazać miejsce zamieszkania. Przyjęli mnie w końcu w Marsylii. Tam pełniliśmy najpierw służbę w forcie św. Mikołaja. Potem załadowali nas na okręt i wywieźli do Orano i dalej samochodami do Algierii – do głównej bazy. Dali nam tak w kość, że chciało nam się płakać – mówi sędziwy mieszkaniec Olsztynka.

    Pieszo przez Saharę

    Pan Zygmunt przypomina sobie półroczny pobyt na Saharze, podczas którego odbywał nocne marsze po pustyni. O północy robiono pobudkę i kazano słać po ciemku łóżka, a potem był wymarsz i pustynna wędrówka do rana. – Po takiej nocy, gdy wracaliśmy, kazano nam się otrzepać dokładnie z kurzu przed wejściem do miasta, a potem była defilada przy dźwięku orkiestry – uśmiecha się dawny legionista. Zygmunt Jatczak był w Legii Cudzoziemskiej 5 lat (taka służba obowiązkowo powinna trwać 2 lata). W tym czasie poznał wielu żołnierzy z różnych krajów. – Najlepszymi kolegami byli Niemcy. Znałem ze szkoły średniej ich język. Byli jeszcze Szwajcarzy, Francuzi, Hiszpanie, Włosi, Węgrzy i inni. Był nawet jeden Anglik – mówi. Pan Zygmunt przebywał większość czasu w Indochinach, gdzie brał udział w wojnie kolonialnej. W oddziale pełnił funkcję czołowego zwiadowcy. – Zwiad składał się z dwóch bocznych zwiadowców i czujki na przedzie, a za nimi dopiero był cały oddział. Przeżyłem wiele niebezpiecznych sytuacji. Kiedyś szliśmy pod górkę, a na drzewie siedział snajper. Strzelił. Usłyszałem świst koło ucha, ale to idący za mną Kambodżanin dostał w policzek. Ja miałem szczęście – wspomina. Wierzy, że czuwała nad nim Maryja. Będąc już legionistą, dowiedział się, że jego matka przeżyła wojnę i zaczął pisać do niej listy. Ona przesłała mu pewnego razu obrazek Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Owinął go w folię i zawsze nosił w kieszonce, blisko serca. Co było ważne podczas służby? – Honor. Ja nigdy nie znęcałem się nad więźniami. Dlatego mnie lubili – odpowiada.

    Prawda najważniejsza

    Zygmunt Jatczak przed wstąpieniem do Legii Cudzoziemskiej przeżył pobyt w obozie na Majdanku oraz brał udział w powstaniu warszawskim. Kiedy ruszył do walki w okupowanej stolicy, miał zaledwie 20 lat. – Walczyłem w batalionie „Miotła” pod pseudonimem „Ryszard”. Kiedy była ewakuacja starówki, zgłosiłem się na ochotnika, żeby zostać na barykadach do końca. Nie miałem przecież jeszcze rodziny. Przeżyłem, a każdego dnia ktoś ginął – mówi powstaniec. Czasy powstania warszawskiego zostały w pamięci jako bolesne doświadczenie. Pan Zygmunt nie spogląda na ten okres bezkrytycznie. Mówi również o nagannych zachowaniach niektórych dowódców i sytuacjach, które kosztowały życie wielu młodych. Jakiś czas temu odwiedzili go w domu pracownicy z Muzeum Powstania Warszawskiego i nagrali film. – Powiedziałem wszystko. Też to, co było naganne. Podziękowali, ale chyba nie byli zadowoleni – mówi. Zygmunt Jatczak przeżył tak wiele, że starczyłoby na życiorysy dla kilku osób. Ciągle w drodze i walczący. Również teraz, w wieku 93 lat, nie potrafi spędzać czasu biernie. Sam gotuje, dba o mieszkanie i realizuje wiele pasji. Jest kolekcjonerem białej broni, kubków, figurek i obrazów. Posiada imponującą biblioteczkę i zajmuje się fotografią. Powstaniec i legionista, którego cieszy każdy dzień życia.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół