• facebook
  • rss
  • Habit za sutannę

    dodane 14.09.2017 00:00

    – Czas odgrywa ważną rolę. Jestem w wieku, kiedy każdy rok zwłoki jest stratą. Albo teraz, albo nigdy – mówi ks. dr hab. Stanisław Kozakiewicz.

    ks. Piotr Sroga: Zdecydował się Ksiądz po wielu latach pracy w archidiecezji warmińskiej wybrać drogę życia zakonnego. Wiele osób zadaje sobie pytanie, dlaczego kapłan tak aktywny i znany podjął taką decyzję.

    ks. Stanisław Kozakiewicz: Rzeczywiście, wiele lat kapłaństwa spędziłem w Olsztynie, podejmując różne działania duszpasterskie. Moja decyzja zdziwiła wiele osób. Ale ja jedynie wyartykułowałem to, co było we mnie od wielu lat.

    Z życiem zakonnym miał Ksiądz już do czynienia jako młodych chłopak, gdy trafił Ksiądz pod skrzydła jezuitów. Czy był to ważny moment na drodze powołania do życia kapłańskiego?

    Mieszkałem w Poznaniu przez kilka lat w bursie, którą prowadzili ojcowie jezuici. Była tam grupa młodzieńców z całej Polski. Myślę, że to miał być pewien sposób na „rodzenie powołań”, jednak było ich stosunkowo niewiele, więc nie do końca się to sprawdziło. Ja chodziłem do III Liceum Ogólnokształcącego i o tym, że mieszkam w bursie, wiedziała tylko moja wychowawczyni i polonistka. U jezuitów mieliśmy swoich opiekunów, którzy przysposabiali nas do formacji zakonnej przez wspólne modlitwy, rekreację, zajęcia w kuchni zakonnej. Po IX klasie miałem propozycję wstąpienia do nowicjatu. Byłem wtedy najlepszym uczniem w klasie. Potrzebowałem jednak zgody rodziców, bo miałem 17 lat. Moi rodzice nie zgodzili się. Przyznaję, że wtedy tęskniłem za domem, bo moja rodzina mieszkała daleko od Poznania, w Kętrzynie, gdzie się urodziłem i spędziłem dzieciństwo.

    Po maturze poszedł Ksiądz jednak drogą powołania kapłańskiego i wstąpił do WSD „Hosianum” w Olsztynie.

    Oczywiście, ten zamiar musiałem ukrywać, bo w przypadku jego ujawnienia prawdopodobieństwo niezdania matury było bardzo duże. Moja nauczycielka biologii bardzo nalegała, abym złożył papiery na uniwersytet w Poznaniu. Musiałem jakoś z tego wybrnąć i powiedziałem, że idę na wydział rybacki w Olsztynie. Tak też poniekąd naprawdę zrobiłem – złożyłem tam dokumenty. Po maturze poszedłem do dziekanatu, żeby je wycofać. Na początku nie chciano mi ich wydać i namawiano mnie usilnie do zdawania egzaminów. W końcu jednak dostałem je z powrotem i razem z ks. Józefem Misiakiem, ówczesnym wikariuszem w mojej rodzinnej parafii, pojechałem do seminarium. Byli wtedy z nami również obecny ks. Stanisław Zinkiewicz i ks. Roman Chudzik. Rektorem, który przyjął od nas potrzebne dokumenty, był bp Jan Obłąk. Po wakacjach, kiedy przyjechałem do seminarium, był już nowy rektor, ks. dr Henryk Gulbinowicz.

    Kiedy pojawiło się w Księdza życiu powołanie do kapłaństwa?

    Już jako mały chłopiec bawiłem się w księdza, a że było wokół mnie wtedy wiele dziewcząt, a ja byłem postępowy, podczas moich „nabożeństw” były one ministrantkami. (śmiech) Powołanie po prostu dojrzewało we mnie naturalnie i gdybym sam mógł decydować w liceum, na pewno poszedłbym do jezuitów. Miałem na początku nawet pewien żal do rodziców, że się na to nie zgodzili. W naszej rodzinie relacje były bardzo mocne. Jako ksiądz bardzo żyłem sprawami rodzinnymi. Zostałem wyświęcony w roku 1974, a rodzice sprowadzili się do Olsztyna dwa lata później.

    Przez wiele lat dzierżył Ksiądz różne ważne funkcje i godności w Kościele warmińskim. Kapelan bp. Józefa Glempa, nauczyciel akademicki na wydziale teologii, dyrektor IKCH, kanonik fromborski i wiele innych. Które z tych momentów aktywności kapłańskiej są dziś najcenniejsze?

    Faktycznie, posiadam bardzo różnorodne doświadczenie. Trzeba do tego dodać to, że byłem przez 8 i pół roku proboszczem. Najpierw w Lidzbarku Warmińskim (6 lat), a potem w Olsztynie. W tym czasie trzeba było prowadzić wiele inwestycji remontowo-budowlanych, a ja jestem antytalent techniczny. Jednak, jak zauważyli znajomi, jestem dobrym organizatorem. Miałem rady parafialne z prawdziwego zdarzenia, nie okazjonalne, robione pod biskupa, ale złożone z fachowców. Miałem zaufanie do ludzi świeckich i oni zarządzali w znacznym stopniu finansami. Była grupa kolektorów, którzy zbierali tacę, potem kolektywnie liczyli pieniądze. Ja podpisywałem protokół i przekazywałem siostrze, a ona wpłacała na konto. Tak to funkcjonowało.

    Był Ksiądz aktywnym duszpasterzem, ale również naukowcem. Doktorat, habilitacja, wykłady – to wszystko wymagało czasu. Jak Ksiądz te dwie rzeczywistości połączył?

    Jeśli chodzi o robienie stopni naukowych, to byłem dość oporny i sceptyczny. Mój mistrz, bp Wojtkowski, bardzo mnie mobilizował i popędzał. Najwięcej satysfakcji dawała mi natomiast dydaktyka. Bardzo lubiłem wykłady. Oczywiście, przeszedłem cały proces awansu naukowego. Udało mi się połączyć życie duszpasterskie z nauką, choć wymagało to wiele wysiłku.

    Po studiach specjalistycznych w Lublinie był Ksiądz kapelanem bp. Józefa Glempa. Jak wspomina Ksiądz ten czas?

    Wcześniej w naszej diecezji nie było takiej funkcji. Biskup Glemp z wielkim zaangażowaniem odwiedzał parafie. A diecezja była wówczas o wiele większa. Sporo czasu spędzaliśmy w drodze. Biskup uczył się nazwisk księży, żeby wszystkich zapamiętać. Ciągle prosił mnie o poprawianie nazwisk i imion kapłanów. Zależało mu, żeby księża nie byli anonimowi. Bardzo sobie cenię ten okres w moim życiu. Wtedy też doszedłem do wniosku, że bycie biskupem jest faktycznie związane z samotnością, choć jest się wśród ludzi.

    Jako dyrektor IKCH zwracał Ksiądz uwagę na regionalność, lokalność. Czy czuje się Ksiądz związany z „warmińskością”?

    Starałem się podkreślać potrzebę tożsamości z małą ojczyzną. Żeby kochać dużą ojczyznę, trzeba pokochać najpierw tę małą. Wydaje mi się, że mam ducha warmińskiego. To związane jest z moim osobistym doświadczeniem. Miałem okazję uczyć się lokalnego patriotyzmu od Marii Zientary-Malewskiej, wielkiej poetki warmińskiej. Przyjaźniliśmy się i miałem przywilej nazywania jej ciocią. Była na moich prymicjach i wygłosiła piękną mowę na temat kapłaństwa. Do dziś przyjaźnię się z jej krewnymi i uczestniczę w różnych wydarzeniach rodzinnych. Ona była przede wszystkim dobrym człowiekiem. Można powiedzieć, że jej szczerość i otwartość skierowane były do wszystkich, także komunistów. Dostrzegała w nich ludzi. Wielu uważało to za naiwność.

    Praca w IKCH łączyła się z promocją kultury i formacją świeckich. Co na tym odcinku Księdza działalności było najważniejsze?

    Traktowałem moją misję w instytucie jako formę nowej ewangelizacji. Spełniałem w tej pracy swoje kapłaństwo. Uważałem, że bardzo potrzebna jest permanentna katecheza dorosłych w różnej formie. Trzeba było też pokonywać różne stereotypy. Religia to nie tylko sama dewocja i praktyki religijne. Przecież chodzi o różne wymiary ludzkiego życia: intelektualny, duchowy czy kulturalny. Jednym z punktów formacji, które starałem się wprowadzić, było obalanie stereotypów dotyczących kapłanów. Jeden z pierwszych cyklów spotkań nosił tytuł: „Ciekawi księża z Warmii”. Zależało mi na tym, aby pokazywać różne i ciekawe zainteresowania kapłanów warmińskich. Na tych spotkaniach można było zobaczyć, jak bogate dusze mają nasi kapłani. Był to również znak solidarności, bo wiemy, że częstym tematem różnych spotkań są księża. Najczęściej mówi się o nich negatywnie. Często powtarzam swoim licznym przyjaciołom i znajomym, że „żaden ksiądz z nieba nie spadł i z piekła też nie wyszedł”.

    Wracając do Księdza decyzji o wstąpieniu do zakonu ojców paulinów... Wiele osób jest ciekawych, czemu ks. Stanisław tak zdecydował. Czemu zostawia wszystko w Olsztynie i wyrusza w inny, nowy świat?

    Po pierwsze: dlaczego paulini? Maryjność odgrywała w moim życiu bardzo ważną rolę. Chciałbym tu opowiedzieć o pewnym wydarzeniu z dawnych lat. Kiedyś, a byłem wtedy już księdzem z kilkuletnim stażem, moja śp. mama powiedziała mi: „Słuchaj, synku. Gdy byłeś niemowlęciem, znalazłeś się w niebezpieczeństwie śmierci i ja ciebie wtedy ofiarowałam w Świętej Lipce Matce Bożej”. To wyznanie poruszyło mnie bardzo. Wątki maryjne przewijały się przez moje kapłańskie życie nieustannie. Dlatego ojcowie paulini. Pewien wpływ na wybór tej wspólnoty zakonnej miał fakt, że cztery lata temu zostałem konfratrem paulińskim. Zdaje się, że jestem jedynym księdzem warmińskim, który doświadczył tego zaszczytu. Zresztą miałem kontakty z zakonem od wielu lat, choćby na płaszczyźnie pracy naukowej. Nie ukrywam, że myśli o życiu zakonnym były we mnie od dawna. Potęgowały się szczególnie w chwilach trudnych. Należę, niestety, do osób bardzo wrażliwych. Jeden z kolegów powiedział mi kiedyś: „Jesteś wrażliwy, ale bardzo silny”. W ostatnich latach opiekowałem się mamą. Kiedy rok temu zmarła, powróciły myśli o życiu zakonnym.

    Jak przebiegał proces zgłoszenia się do nowicjatu?

    Mam prawo być realistą, bo jestem już w odpowiednim wieku. Nie byłem pewny, czy zakon zechce mnie przyjąć. 28 lipca odbyła się rozmowa z ojcem generałem paulinów. Zostałem bardzo życzliwie przyjęty i dostałem konkretne wskazówki co do przygotowania się na przeprowadzkę do paulinów. Czas odgrywa ważną rolę. Jestem w wieku, kiedy każdy rok zwłoki jest stratą. Albo teraz, albo nigdy.

    I co teraz się wydarzy w Księdza życiu?

    Rozpocznę nowicjat w najbliższych dniach w Leśniowie (ponad 30 km od Częstochowy). Najpierw odbędę tam indywidualne rekolekcje. Jest to przepiękne sanktuarium, gdzie Matka Boża czczona jest jako Matka Rodzin. W rozmowie ojciec generał dał do zrozumienia, że będę wykorzystywany w okresie nowicjackim do posługi kapłańskiej. Będę spowiednikiem, kaznodzieją i rekolekcjonistą. A tej posługi się nie boję. Wejdę również we wspólnotę zakonną, a to, jak sądzę, odmładza duchowo.

    Czego życzą Księdzu znajomi?

    To jest bardzo ciekawe, bo często pojawia się jedno zdanie: „Życzymy księdzu Bożego błogosławieństwa na nowej drodze życia”. (śmiech) To mi się bardzo podoba. Jak młodym po ślubie.

    Czy kontakty z Warmią pozostaną?

    Oczywiście. Rozmowę z abp. Józefem Górzyńskim, metropolitą warmińskim, odebrałem pozytywnie. Była bardzo serdeczna. Arcybiskup odniósł się do moich planów z uznaniem. Wyraził też nadzieję na współpracę z archidiecezją. Jak Pan Bóg da zdrowie i siły, to będę chętnie pojawiał się na Warmii.


    piotr.sroga@gosc.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół