Nowy numer 3/2021 Archiwum

Wierzyliśmy, że wrócimy do domu

Sybir pochłonął wiele istnień, setkom tysięcy osób nie było dane wrócić do ojczyzny. Ci, którym się to udało, do dziś wspominają upokarzające warunki, w jakich przyszło im żyć.

Choć od tamtych tragicznych wydarzeń minęło 80 lat, to wciąż pamięć o krzywdach nie ustaje. Ostatni sybiracy powoli odchodzą, a wraz z nimi wspomnienia i opowieści o nieludzkiej ziemi. Dlatego tak ważne są spotkania z nimi, przywracające pamięć o tragicznych losach, które człowiek zgotował człowiekowi. Wyraża to myśl zapisana na desce przybitej do brzozowego krzyża, jedyny element, który podczas rocznicowych obchodów w Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej stanowił wystrój sceny: „Pamięci pomordowanych, zamęczonych i zmarłych w więzieniach i łagrach sowieckich, w tajgach i stepach syberyjskich, w wiecznej zmarzlinie nieludzkiej ziemi. Niech im straszliwe godziny konania wynagrodzi pamięć żyjących”.

Na nieludzkiej ziemi

W pierwszych rzędach siedzą ci, którym udało się wrócić do ojczyzny. – Sybiracy 80 lat temu zostali wyrwani z domowych pieleszy i zabrani hen daleko. Pakt Ribbentrop-Mołotow dokonał rozbioru Polski. Metoda Stalina na rozprawienie się z Polakami na Kresach Wschodnich była zatrważająca. W czterech wielkich zsyłkach wywieziono 1 250 000 polskich obywateli. Ale na tym Stalin nie skończył. Za odmowę kolektywizacji od 1945 r. do 1953 r. wywieziono dodatkowo 120 000 Polaków. Do Polski powróciła niespełna połowa z nich. I weszli w kolejną strefę zniewolenia – milczenie. Nie wolno było mówić o tych krzywdach, bo Związek Radziecki to przecież „przyjaciel na naszej ziemi”, a o przyjacielu nie mówi się, że zabijał Polaków na Syberii i w Kazachstanie – mówi Zygmunt Skotnicki, członek zarządu Związku Sybiraków.

Komunizm upadł, prawda mogła być wypowiedziana głośno. Powstał Związek Sybiraków utworzony przez tych, którzy przez dziesięciolecia nosili w sercach bolesne wspomnienia. – Mówili o prawdziwej historii, a kiedy odchodzili, przyszedł czas na nowe pokolenie, pokolenie dzieci poczętych na zesłaniu. Uczyliśmy się tej pamięci... Bo brakowało nam rodziców, nie było komu się pożalić, oni często zostali na nieludzkiej ziemi – dodaje pan Zygmunt.

Ciepły wiatr

Rodziców Stanisława Skrobota wywieziono w 1950 r., kiedy był w szkole.

– Nauczycielka zabrała mnie do siebie. Przechowywała mnie. Po pół roku przyjechało na lekcje NKWD. „Stanisław Skrobot, który to jest?”. Ona musiała mnie wskazać. „Pojedziesz z nami!”. Wrzucili mnie do piwnicy w Wilnie na Łukiszkach. Siedziałem tam dwa dni. Potem zawieźli do transportu, gdzie spotkałem brata i siostrę. Wywieźli do Krasnojarska. Rodzice byli w tajdze, w kołchozie. Dzieliło nas trzysta kilometrów. Pracowaliśmy w cegielni, z pieców wywoziliśmy wózkami cegły. W fabryce temperatura ponad pięćdziesiąt stopni. Po prostu żar. Rękawice obszyte gumą, grube kubraki na plecach. Pot się z nas lał, a kiedy wychodziło się na dwór, temperatura sięgała nawet minus czterdziestu stopni. Cegły składaliśmy, a kiedy wracaliśmy do fabryki, ubrania były sztywne, pot zamarzał. Cegielnia duża, pracowało tam pięć tysięcy ludzi z różnych narodowości. Tak pracowaliśmy przez pięć lat. Majstrem była Żydówka Anna Lwowna. Z rodzicami spotkaliśmy się po śmierci Stalina, w 1953 r., kiedy powiało ciepłym wiatrem. W 1956 r. wróciliśmy do Polski – wspomina pan Stanisław.

Przeżył, bo nie jadł

– Mam 97 lat. Z Syberii nie mam miłych wspomnień. Najgorszy okres życia, straszne łagry. Wywieźli mnie w 1944 r., do Polski wróciłem w 1948 r. Aresztowali mnie w Wilnie za to, że byłem Polakiem, żołnierzem AK – wspomina kpt Henryk Krzyszczak, żołnierz VI Wileńskiej Brygady Armii Krajowej.

– Tata był w czterech łagrach. Na początku nic o tym nie mówił, później się otworzył. Poruszyło mnie to, że tata przeżył, bo nie jadł. Panowały czerwonka i tyfus. Ci, którzy jedli cokolwiek, często chorowali i umierali. I zimno, syberyjski mróz. Ci, którzy w barakach spali z brzegu, często zamarzali. Właściwie nie było ratunku, a tacie udało się przeżyć – podkreśla córka Bożena Koper. – Co nas trzymało przy życiu? Wierzyliśmy, że Polska się odrodzi, a my wrócimy do domu. Tylko ta nadzieja trzymała nas – wspominała Janina Hryniewska-Maśny, która miała 14 lat, kiedy w kwietniu 1940 r. z całą rodziną została wywieziona z rodzinnego domu niedaleko Wilna.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama