Nowy numer 9/2021 Archiwum

Pan Bóg zawsze przychodzi inaczej

– Często powtarzał: „nie lękaj się!”. Mówił, że lęk paraliżuje życie. To  było jedno z jego ważniejszych przesłań zaczerpniętych z Ewangelii – mówią o  nim.

Nie szczędziłeś ani trudu, ani czasu, by nieść Jezusa i jego Dobrą Nowinę. Kontynuowałeś ewangelizację rozpoczętą przed wiekami na naszej ziemi przez św. Wojciecha i św. Brunona z Kwerfurtu, uformowanych tak jak ty w klasztorze, pod Regułą św. Benedykta – tymi słowami wspólnota Benedictus żegnała o. Włodzimierza Zatorskiego, który od 1998 r. był związany z diecezją warmińską.

Ile miejsc, tyle osób

– Przyjechał z książkami do naszej księgarni Ambasador w Olsztynie. Później umówiliśmy się, że gdy przyjedzie następnym razem, to już z noclegiem. Postawił jednak warunek: podczas wizyty chciał spotkać się z ludźmi i tak wszystko się zaczęło – wspomina Barbara Marszałek. Regularne spotkania z o. Włodzimierzem rozpoczęły się 9 maja 2000 roku. – Widzieliśmy się u naszej chorej znajomej, Marty. Organizowaliśmy spotkania z o. Włodzimierzem i przychodziło coraz więcej osób, więc szukaliśmy coraz większej sali. Zrodził się w końcu cykl spotkań zatytułowanych „Mnichu, powiedz, jak żyć?”. Zamówiłam kiedyś aulę na UWM i bałam się, że będzie za dużo miejsca. Ojciec uspokajał mnie, że jeśli przyjdzie 10 osób, to też będzie dobrze. Przyszło ich wtedy ponad 300. To zawsze Duch Święty nas prowadził. Ile było miejsc na sali, tyle przychodziło osób – opowiada pani Barbara. Maria Rochowicz pierwszy raz spotkała ojca na rekolekcjach w Tyńcu w 2007 roku. – Dokładnie pamiętam, że było to 23–25 września. To był „przewrót kopernikański” w moim patrzeniu na życie i Kościół. Pan Bóg rzucił tam wędkę i mnie na nią złapał. Zaczęłam jeździć na rekolekcje, które prowadził ojciec, i czytać jego książki – wspomina pani Maria, autorka książki – wywiadu „Po obu stronach rzeki”, przeprowadzonego z o. Włodzimierzem. Alicja Kulik poznała go w 2012 roku. – Urzekła mnie w nim autentyczność i prawdziwość. Słowa zgadzały się z jego zachowaniem i czynami. Był spójny w tym, co mówił i czynił. Gdy go spotkałam, byłam na początku drogi, rozumienia, o co chodzi w duchowości. Moja religijność była powierzchowna. Dzięki ojca rekolekcjom, homiliom i postawie mogłam odkryć piękno życia duchowego. Cały czas odnosił się od Ewangelii. Tam było dla niego najważniejsze źródło i do niego prowadził innych – opowiada pani Alicja.

Czas zbierania owocu

Ojciec był opiekunem duchowym wspólnoty Benedictus oraz inicjatorem powołania Fundacji „Opcja Benedykta”, która w diecezji propaguje wprowadzanie w życie codzienne Reguły św. Benedykta. – Zawdzięczam mu silny kręgosłup mojej wiary. On uczył mnie, na czym polega prawdziwe szukanie Boga. Każde spotkanie z nim coś porządkowało w moim życiu. Często powtarzał, byśmy oczyszczali się z oczekiwań i wyobrażeń, bo one są przeszkodą w życiu duchowym, i często powtarzał: „Pan Bóg zawsze przychodzi inaczej niż my sobie to wyobrażamy”. Miał bardzo wrażliwe serce i umiał zatrzymać się nad ludzką biedą – mówi pani Barbara. – Można było odnieść wrażenie, że był osobą szorstką, ale on potrafił słuchać ludzi i miał spojrzenie pełne miłości. Potrafił czytać człowieka. Miał dużą znajomość siebie samego, a dzięki temu był dobrym kierownikiem duchowym dla innych. Gdy wiedział, że może pomóc, nie odmawiał nikomu – dodaje pani Alicja. – Jestem mu wdzięczna za otwartość na Boga, człowieka i spojrzenie na życie. Uczył przekraczać bariery. Ludzkie powikłane życiorysy nie były dla niego przeszkodą w relacjach. Kochał Kościół i dzielił się często tym, co go w jakiś sposób dotykało. Pomagał nam zrozumieć rzeczywistość. Nie uciekał od komentowania zjawisk społecznych – wylicza pani Maria. Na początku grudnia ubiegłego roku o. Zatorski trafił do szpitala z obustronnym zapaleniem płuc wywołanym wirusem SARS-CoV-2. Zmarł 28 grudnia. – Podstawowym wyzwaniem, jakie stoi przede mną po jego śmierci, jest wytrwałość. Łatwo jest gromadzić się wokół silnej osobowości i misji. Gdy brakuje tej osoby, trzeba zostać wiernym misji i podjąć odpowiedzialność za rozpoczęte dzieło. To, co ojciec zasiał, teraz ma przynieść owoc – wyjaśnia pani Maria. – Czuję jego obecność, bardzo spokojną. Czuję ze pękła pewna bariera i jest teraz jeszcze bliżej – dodaje pani Barbara.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama