Czerwona stara cegła wyróżnia ten budynek w Farynach. Dawniej była w nim szkoła. Sale były wypełnione gwarem uczniów, dzwonki przerywały dłużące się lekcje. Lata mijały, dzieci było coraz mniej i tak jak w przypadku większości wiejskich szkół, tak i tę zamknięto. Przez lata budynek stał opustoszały. Czasem tylko czyjeś wspomnienia zaglądały do jego wnętrza przez zamknięte okna. - Długo szukaliśmy takiego miejsca. Chodziło nam o prawdziwy dom, w którym każdy będzie czuł się dobrze, niezależnie od tego, czy spędzi tu kilka godzin, czy kilka dni. Dziś wróciło tu życie - wspomina Barbara Marszałek z Fundacji Opcja Benedykta.
Członkowie fundacji starają się, by to miejsce żyło. Organizowane są spotkania, wydarzenia kulturalne czy warsztaty. Te - „Przygoda z kaligrafią; serce przy Bogu z piórem w ręku” - z pewnością były wyjątkowe. Już na wejściu można było przeczytać myśl: „Skryptorium musiało powstać, gdyż praca kulturowa jest taką formą działalności ludzkiej, która koniecznie potrzebuje uporządkowanej przestrzeni i czasu. Zasiedli w nim ludzi wychowani w szkole św. Benedykta, gdzie nauczyli się bezinteresowności i poświęcenia, pokory i wytrwałości, czyli tego, co niezbędne dla tworzenia kultury”.
Trzeba spojrzeć na czystą kartkę poprzecinaną liniami, na palce trzymające piórko i starać się tworzyć zgrabne litery, co okazuje się, że takie łatwe nie jest.
Krzysztof Kozłowski /Foto Gość
- To jest cytat z książki „Święty Benedykt, pierwszy Europejczyk” - wyjaśnia Barbara. Przypomina, iż benedyktyni słynęli z tego, że przy klasztorach istniały skryptoria, gdzie ręcznie przepisywano księgi. Dzięki temu wiele dzieł przetrwało liczne zawieruchy wojenne, a mądrość i doświadczenie zapisane w księgach nieprzerwanie kształtowały kolejne pokolenia. - Mnisi przepisywali nie tylko księgi religijne. My dziś na warsztatach, korzystając ze wzorców benedyktynów, staramy się kultywować sztukę kaligrafii - mówi.
Zapewne niektórzy pamiętają zajęcia techniczne w szkole podstawowej i średniej, podczas których uczono się pisma technicznego i kaligrafii. Na papierze milimetrowym trzeba było piórem idealnie napisać poszczególne litery, a każda niedoskonałość skutkowała obniżoną oceną. Dziś zapomniano nawet w edukacji, że jest coś takiego, jak sztuka odręcznego pisania, a słowo „kaligrafia” obco brzmi dla najmłodszych.
- A pisząc starannie, w ten proces angażuje się całe ciało, angażuje się cała dusza. To nie jest jak bezmyślne klikanie; jak nie uderzysz, to taka sama litery później się wydrukuje. Klikanie nie wymaga cierpliwości, dokładności, ciszy i czasu. Piękne pismo, tak - uważa Barbara. - Przygotowaliśmy przy tej okazji małą wystawę. Proszę, można zobaczyć różne piórka, obsadki, kałamarze i gęsie pióra. Są i patyki, którymi pisano, zanim użyto pierwszych piór - wskazuje na kolejne eksponaty.
Na wystawie można było zobaczyć różne piórka, obsadki, kałamarze i gęsie pióra.
Krzysztof Kozłowski /Foto Gość
Uważa, że kaligrafia jest dobrą terapią dla człowieka na współczesne zabiegane czasy. Wiele osób jest zagonionych, przebodźcowanych, skupionych na przesuwaniu palcem kolejnych strona na smartfonie, włącza telewizor i słyszy kolejną garść wiadomości. Na takich warsztatach trzeba oderwać się od wszystkiego. Trzeba spojrzeć na czystą kartkę poprzecinaną liniami, na palce trzymające piórko i starać się tworzyć zgrabne litery, co okazuje się, że takie łatwe nie jest. Trzeba zamknąć się w świecie pióro i ja.
- Dziś już nie pisze się odręcznie listów, życzenia na kartkach są już nadrukowane, zaproszenie też kupuje się z gotowym tekstem. Myślę, że nawet nie wiemy, jak wiele piękna i wrażliwości tracimy wraz z utratą kultury pisania - podkreśla Barbara. - Warto zatrzymać się w pędzie życia i wejść w świat, który zanika - dodaje.
Barbara przepisuje psalmy. Jest to dla niej medytacja słowa Bożego, które wnika w jej serce.
Krzysztof Kozłowski /Foto Gość
Przy stole siedzi kilkanaście osób. Próbują, idąc za radami Barbary, nakreślić kolejne litery. Zamaczają piórka w kałamarzach, łączą kolejne linie w litery, litery zaś w wyrazy. - U mnie jest chyba najwięcej kleksów - śmieje się jedna z pań. - Myślę, że to, co jest najważniejsze w tych warsztatach, to żeby się zatrzymać, zwolnić i skupić, bo jesteśmy tak bardzo zabiegani i rozporoszeni - mówi Donata. - Dla mnie praca przy pisaniu, to nauka cierpliwości i powolne dążenie do doskonałości. To nie jak w komputerze, że jedno kliknięcie i już mamy zmianę czcionki na piękną i ozdobną. Tu minuta po minucie dochodzi się do czegoś doskonalszego, a do doskonałości jest jeszcze bardzo daleko. Te warsztaty, to dopiero początek - się uśmiecha.
Na stałe w Farynach obecna jest s. Hanna Szmigielska OSB. - Próbujemy na naszą skromna miarę zaproponować ludziom różne formy dróg prowadzących do osobistej relacji z Panem Bogiem. To była ogromna troska założyciela tego miejsca śp. o. Włodzimierza Zatorskiego OSB, by prowadzić osoby szukające sensu życia do przejścia do życia wewnętrznego. Jesteśmy zabiegani, żyjemy na zewnątrz siebie, a Pana Boga można odnaleźć tylko w sobie. Proponujemy spotkania, które w tym mogą pomóc - przybliża.
Zajęcia praktyczne przeplatane były modlitwą w kaplicy.
Krzysztof Kozłowski /Foto Gość
Są to głównie rekolekcje grupowe i indywidualne, spotkania i warsztaty. - Tak jak dziś, kiedy sztuka prowadzi do spotkania z Bogiem - mówi s. Hanna. Kaligrafia wymaga skupienia i prowadzi w konsekwencji do spotkania z samym sobą, które dokonuje się wewnątrz człowieka. Trzeba wyciszyć emocje i wprowadzić harmonię w sobie. Trzeba spłynąć po dłoni przez piórko na kartkę. A wtedy Bóg powie: „Pięknie piszesz. Napisz tak pięknymi literami historię swojego życia.”.
- W tradycji benedyktyńskiej jest scriptio divina, czyli kontemplacyjna praktyka świętego pisania. Mnisi pisali słowa bardzo wolno i pieczołowicie, żeby one wręcz wyryło się w ich sercach, zakorzeniły w duszy i ją karmiły. Dziś może już nie chodzi o piękne pisanie manuskryptów i ksiąg, bo już nie mamy takiej potrzeby. Dziś już nawet nie potrafimy pisać, a pisanie jest raczej rzadką koniecznością. Dziś pisanie to klikanie - uśmiecha się benedyktynka.
Jeśli już człowiek pisze, a stara się to robić wolno i dokładnie, to może doświadczyć, jak każdy kolejny wyraz nabiera głębi, staje się jakby refleksją nad tekstem. - Nawet nie zdajemy sobie sprawy z faktu, jak przemienia nas to, co robimy - zauważa. Słowo „miłość” na komputerze pisze się szybko. Wielu nawet nie widzi tego słowa, a jedynie poszczególne litery na klawiaturze. Pisząc je ręcznie, litera po literze, wymaga to znacznie więcej czasu. Wzrok widzi cały wyraz, a w nim wysiłek umysłu, dłoni, duszy. Czas pisania wyrazu, to ów czas kontemplacji tego słowa.
- Jeśli jest to słowo Boże, to ono tak wnika w nas. To jest tak zwana tradycja przeżuwania słowa. Pierwsi mnisi obserwowali krowy na pastwisku, które godzinami przeżuwały trawę. Doszli do wniosku, że właśnie tak trzeba „przeżuwać” słowa. Ja akurat bardziej jestem muzykiem i wiem, że chorał gregoriański powstał w ten sposób, że słowo Boże „przeżuwane”, medytowane przez mnicha tak bardzo żyło w jego sercu, że stawało się muzyką - wyjaśnia s. Hanna.
- Jestem muzykiem i wiem, że chorał gregoriański powstał w ten sposób, że słowo Boże „przeżuwane”, medytowane przez mnicha tak bardzo żyło w jego sercu, że stawało się muzyką - wyjaśnia s. Hanna.
Krzysztof Kozłowski /Foto Gość
Mówimy o pisaniu ikon, jako o modlitwie. Mówimy o muzyce, że jest przejawem naszego uwielbienia Boga i wyrazem emocji. Okazuje się, że kaligrafia też jest modlitwą i medytacją słowa. - Jeżeli sztuka ma nas prowadzić do relacji z Bogiem, to musi być ona szlachetna, piękna, subtelna. Kaligrafia taka jest - uśmiecha się benedyktynka.
Czas płynie powoli. Kolejne litery nabierają kształtu. Linie wiją się, zawijają, łączą z sobą. Litera po literze. Wyraz po wyrazie. Po kolejnej próbie w końcu litery są zwiewne, lekkie, przyjemne dla oka, które czyta: „Miłość cierpliwa jest”. A dusza piszącego ma te słowo zasiane po wielokroć i może ono wyda stukrotny plon w relacji z człowiekiem i z Bogiem. To jest właśnie scriptio divina.









