Przez otwarte drzwi niepozornego budynku u podnóża Domu Rekolekcyjnego Domus Mariae sączy się spokojna muzyka. Dźwięki rozpływają się po okolicy, niosąc z sobą przedziwny spokój, zaproszenie do ciszy. W środku kilkanaście osób pochyla się nad stołami, wokół nich rozłożone farby i pędzle, a przed nimi zagruntowane deski do ikon, na których widać już wyłaniające się z kolejnych pociągnięć pędzla twarze i postaci. Sylwia podchodzi do jednej z osób, która pisze Mandylion, czyli oblicze Chrystusa, pochyla się i szepce kilka uwag. Tłumaczy, jak położyć światło na ikonie, by z ciemnej plamy wydobyć światło.
- To piękny moment, który odnosi nas do prawdy teologicznej, kiedy Chrystus z ciemności grobu wydobył nas do życia. To też odniesienie do stworzenia człowieka, kiedy Bóg z gliny ulepił pierwszego człowieka i tchnął w jego nozdrza życie. Tak i my teraz z tej ciemnej plamy, z ziemistych naturalnych pigmentów, gdzie jest ochra żółta i umbra palona, bardzo powoli delikatnymi mgiełkami kładziemy światło po świetle, żeby wydobyć jaśniejące oblicze, które w ikonie jest najważniejsze - przybliża Sylwia Grużewska z Pracowni Ikon Tota Tua.
To jest właśnie modlitwa, stanięcie twarzą w twarz z wyłaniającym się Chrystusem, wyłaniającym z ciemności śmierci, wyciągającym nas z ciemności naszego grzechu. - Mówi się, że ikona jaśnieje światłem wewnętrznym na osobę, która się w nią wpatruje. To jest właśnie ten proces, który obecnie przeżywają uczestnicy rekolekcji. Bo to nie są warsztaty, jedynie praca nad techniką malowania ikon. To podróż w głąb siebie, w głąb duszy, to powolne zapraszanie Zbawiciela w ciemności życia, by w końcu zajaśniała w nas światłość Boga. A wszystko w ciszy, przy delikatnej muzyce chorałów gregoriańskich. Minuta po minucie: ja, dłoń i pędzel, i objawiający się Bóg - uważa Sylwia.
Odwołuje się do słów uczestników, którzy często mówią, że pobyt na tych rekolekcjach to niczym przeniesienie się w inny świat, inny wymiar. - Zostawiają wszystkie obowiązki i przyjeżdżają tu na tydzień. Zanurzają się w ikonie, czyli w słowie Bożym przekazywanym im na desce. Mówią, że tu odpoczywają, oddychają duszą, robią coś twórczego. Jednak towarzyszą temu różne emocje, od euforii po załamania. Bo nagle jesteś w świecie ciszy, siadasz przed deską i zaczynasz zmagać się ze swoją niemocą. Dochodzi jakieś wołanie wewnętrzne, tęsknoty, wyłaniają się problemy. Może dlatego, że ikona jest miejscem spotkania z sobą i Bogiem. Modlisz się, nie wychodzi ci, robisz „dziurę” na obliczu Pana. Kładziesz warstwę po warstwie, walczysz… To jest trudny proces - przybliża. Bo chcesz namalować piękne oblicze Zbawiciela, a to jest przecież niemożliwe. Nie da się przecież w pełni oddać piękna miłości Jezusa.
Dlatego kanon ikonopisarza mówi, żeby w trakcie procesu pamiętać o radości, by radować się obliczem, które jaśnieje, że to łaska spotkania się ze świętym, którego oblicze malujemy, z aniołami, Matką Boża i samym Zbawicielem. - Ikona jest miejscem ewangelizacji. Pisząc, zanosimy ją światu. Zawieziemy do domu, a bliscy będą na nią patrzeć. Może podarujemy przyjacielowi, a on będzie się na nią patrzeć. Pamiętam sytuację, kiedy jedna z uczestniczek zawiozła ikonę do domu, a mąż stwierdził: „Chyba ją kupiłaś. To niemożliwe, że to ty ją namalowałaś” - uśmiecha się Sylwia. - Często ludzie stojący przed ikoną widzą w niej jakąś tajemnicę. Coś jest w niej zachwycającego, ale oni nie potrafią tego nazwać. Myślę, że to jest właśnie Boży duch ikony, deska przesiąknięta modlitwą, emocjami, zmaganiem - mówi.
Sylwia od lat organizuje rekolekcje pisania ikon.
Krzysztof Kozłowski /Foto Gość
Rekolekcje pisania ikon to również codzienna Eucharystia, konferencje głoszone przez ks. Krzysztofa Niespodziańskiego, adoracja Najświętszego Sakramentu i wieczorne rozmowy. A wszystko w miejscu dotkniętym obecnością Matki Bożej, która właśnie w Gietrzwałdzie w 1877 r. objawiła się i pozostawiła orędzie, w którym prosiła o gorliwe odmawianie Różańca, nawrócenie i moralne życie.
- Pragnę ciągle ożywiać swoją wiarę, dlatego tu jestem - wyznaje Justyna z Ostrówka. W swoich poszukiwaniach odnalazła informacje o tych rekolekcjach, że będą w Gietrzwałdzie, miejscu objawień, gdzie nigdy wcześniej nie była. Mimo obaw, przyjechała. - Jestem w trakcie leczenia po ciężkiej chorobie. Zawierzyłam się Maryi, która prowadzi mnie, a Ona zaprosiła mnie tu. Ona pokazuje na Jezusa, na Jego oblicze. Skoro to robi, to malowanie Mandylionu wpisuje się w jej zaproszenie. Dzisiaj maluję oblicze Chrystusa, co okazuje się niezwykłą drogą, wyłanianiem się Miłości, której doświadczam - zauważa.
Nie kryje, że pisanie ikony, to trudny czas. - Towarzyszą mi skrajne emocje, od radości do płaczu. Dla mnie, która pierwszy raz podejmuje się malowania ikony, to niełatwa rzecz. Każde dotknięcie pędzla jest przecież ważne. Trzeba delikatnie, czasem mocniej. Czuję, jak Ewangelia zaczyna przenikać moje malowanie - mówi.
Wspomina słowo Boże z pierwszego dnia, które mówiło o wierze będącej ziarnkiem gorczycy. - Wiara pozwala nam przejść przez życie, na wzór św. Piotra. Przez szkwał i wichury życiowe, pewność i zaparcie się Mistrza, żeby później wpatrzeć się w oblicze Chrystusa i do Niego dotrzeć. I dziś, pochylając się nad deską, widzę swoją życiową drogę; drogę zawirowań, cierpienia i przeciwności, podczas której nie mogę stracić z pola widzenia oblicza Jezusa - podkreśla Justyna. - Trzeba na czas rekolekcji pozostawić świat, rodzinę, obowiązki. To nie jest proste. Myślę, że powinniśmy na jakiś czas zadbać o siebie, pozwolić sobie na luksus i wyjechać, by być jedynie z sobą i Bogiem, ze swoimi frustracjami i radościami, aby ujrzeć, co daje i proponuje nam na dalszą drogę Bóg - dodaje.
- Dzisiaj maluję oblicze Chrystusa, co okazuje się niezwykłą drogą, wyłanianiem się Miłości, której doświadczam - wyznaje Justyna.
Krzysztof Kozłowski /Foto Gość
Dla tych, którzy już po raz kolejny przyjechali na te rekolekcje, ikona stała się drogą życia i sposobem wyrażania swojej wiary. Stała się odpowiedzią na zaproszenie Boga, kiedy człowiek w poszukiwaniu sensu realizuje swoje zamysły i plany. - Zawsze miałam pasję rysowania i malowania, pragnienie wyrażania siebie w sposób artystyczny - wyznaje Hela z Andrychowa. Po studiach pedagogicznych zdecydowała się na artystyczne studia podyplomowe. - Kiedy poszłam na zajęcia studium rysunku w Krakowie i weszłam na salę, zobaczyłam nagą dziewczynę. To był rysunek aktu. Zobaczyłam w jej oczach skrępowanie, które w sobie odczułam. To było dla mnie nie do przejścia. Wyszłam. Idąc, popłakałam się. Myślałam, co dalej. Przyszłam do domu i w wieczornej modlitwie kłóciłam się z Bogiem. Po mi dałeś te zdolności artystyczne, skoro nie jestem w stanie być w takiej szkole! - wspomina.
Po czasie zaczęła szukać szkoły, gdzie nie ma aktów. Okazało się, że są takie w Poznaniu. Jednak, po przeanalizowaniu wyboru, doszła do wniosku, że nie będzie jej stać na tak dalekie wyjazdy. - I znowu płacz na modlitwie. Co dalej? Modląc się, w ciszy po wypłakaniu usłyszałam w sercu: „Będziesz mnie malować w moich wizerunkach”. Co to znaczy? I kolejne tchnienie, że wizerunki Boga są w ikonach. Po latach poczułam nadzieję i pokój serca - opowiada Hela.
Trafiła na roczny kurs do pracowni ikon pani Anny Crisanti. Tak zaczęła się jej relacja z ikoną. - Potem rysowałam kredkami i ołówkiem wizerunki. Potem przyszła kolejna przerwa. Akrylem namalowałam ikonę Matki Bożej Czułości i podarowałam ją bratu. Powiedział mi później, że dobrze mu się modli przed tą ikoną, co utwierdziło mnie w tym, że to jest moja droga. Coś mi mówiło, że w tym powinnam zawierzyć się Matce Bożej. Wpisałam w wyszukiwarce hasło „Tota Tua”. Ku mojemu zaskoczeniu w wynikach ujrzałam rekolekcje organizowane przez Pracownię Ikon Tota Tua, organizowane w Gietrzwałdzie, miejscu objawień Matki Bożej. Wszystko stało się jasne - uśmiecha się Hela. Nie była nigdy w Gietrzwałdzie. Nie znała treści orędzia maryjnego płynącego z tego miejsca. Zapragnęła to poznać. Dziś już po raz kolejny przyjechała na rekolekcje pisania ikon.
- W tym roku maluję Jezusa Synajskiego. Będzie to prezent dla mojego drugiego brata - mówi Hela.
Krzysztof Kozłowski /Foto Gość
- Jest we mnie pragnienie, żeby nie marnować talentu, który dał mi Bóg. W tym roku maluję Jezusa Synajskiego. Będzie to prezent dla mojego drugiego brata. Jest radość, że wsłuchałam się w plan Boga. To pewna forma ewangelizacji, która jest drogą mojej wiary. Ikona uczy mnie pokory i cierpliwości, żeby każdą chwilę dnia powierzać Panu Bogu. Całą nadzieję pokładam w Nim, a nie w sobie, że teraz to ja stworzę piękne dzieło. Bóg we mnie działa. To piękne doświadczenie tego, że Bóg mnie nie opuszcza. Wybrałam ten wizerunek, bo mi się podoba, pomaga mi zbliżyć do Jezusa - wyznaje.









