Nie płaczcie nade mną

koz

|

Posłaniec Warmiński 46/2012

publikacja 15.11.2012 00:00

Stał się męczennikiem w czasach, gdy niemiecki narodowy socjalizm niszczył ludzką godność i z nienawiścią zabijał wszystkich, którzy odważyli się zachować i okazać prawdziwą miłość bliźniego.

 Kajny, rodzinna wieś sługi Bożego, jest dziś zatopioną wśród warmińskich krajobrazów miejscowością. Można  do niej dojechać jedynie drogą szutrową Kajny, rodzinna wieś sługi Bożego, jest dziś zatopioną wśród warmińskich krajobrazów miejscowością. Można do niej dojechać jedynie drogą szutrową
Krzysztof Kozłowski

Alfons Żurawski urodził się 17 grudnia 1914 r. we wsi Kajny koło Jonkowa. Jego ojciec, działacz ruchu polskiego na Warmii, po śmierci pierwszej żony Joanny z domu Kulik, z którą miał czwórkę dzieci, ożenił się z Anną Ziemską. Alfons uczęszczał do szkoły w Bydgoszczy, by później kontynuować naukę w gimnazjum w Reszlu, gdzie w 1935 r. uzyskał maturę.

Rozpoczął studia filologiczne na Uniwersytecie we Wrocławiu, jednak po kilku miesiącach zmienił kierunek zainteresowań i podjął studia na kierunku chemia. Od stycznia 1936 r. do 1939 r. kontynuował naukę w Królewcu. Zarówno we Wrocławiu, jak i w Królewcu mieszkał w Polskiej Bursie Akademickiej i działał w Związku Akademików Polaków w Niemczech. W czerwcu 1937 r. wstąpił do Związku Polaków w Niemczech. Brał czynny udział w polskim ruchu kulturalnym i młodzieżowym. Od 1 października 1935 r. do 1 października 1937 r. Alfons Żurawski odbył obowiązkową służbę wojskową w Olsztynie, w wojskach pancernych. 15 sierpnia 1939 r. został ponownie powołany do wojska. Po zajęciu Polski przez armię niemiecką, jako rezerwista musiał odbyć w 1940 r. szkolenie wojskowe w Królewcu, które zakończył w stopniu podporucznika. Już wtedy śledziło go gestapo, gdyż był członkiem różnych organizacji polskich. Wiosną 1940 r. Alfons Żurawski przyjechał na urlop do rodzinnej miejscowości Kajny. Tu spotykał się z przebywającymi na przymusowych robotach polskimi jeńcami wojennymi. Po powrocie do Królewca został aresztowany i uwięziony pod zarzutem zdrady państwa niemieckiego. Na wiosnę 1942 r. przewieziono go do Berlina.

Ostatnie zdjęcie

Krewna Alfonsa Żurawskiego w relacji dotyczącej przyczyn aresztowania sługi Bożego stwierdziła, że w ich rodzinnym domu spotykali się po pracy polscy jeńcy. „Byli zawsze serdecznie przyjmowani, otrzymywali posiłek, rozmawiano po polsku i śpiewano polskie piosenki. Przy okazji tych spotkań przebywający na urlopie Alfons Żurawski, będący podoficerem Wehrmachtu, wiedząc, że kontakt z jeńcami wojennymi był surowo zabroniony, rozmawiał z nimi i dodawał im odwagi, by nie stracili nadziei, gdyż wojna wnet się skończy i będą mogli wrócić do swoich rodzin. Te wypowiedzi ktoś zadenuncjował władzom nazistowskim” – wspominała. Siostra Żurawskiego opowiadała: „W naszej wiosce byli polscy jeńcy, mój brat był na urlopie. Polacy prosili go, by ich sfotografował, gdyż chcieli wysłać do swoich rodzin zdjęcia. Naturalnie brat to zrobił. Akurat to wydarzenie obserwował miejscowy dowódca nazistów”. Po powrocie do jednostki Żurawski został aresztowany pod zarzutem sprzyjania wrogowi. Ponieważ nie posiadano poważniejszych zarzutów, oskarżono go o dostarczanie aprowizacji przeznaczonej dla Wehrmachtu głodującym jeńcom wojennym. 29 sierpnia 1942 r. IV Senat Sądu Wojennego Rzeszy pod kierownictwem radcy sądu wojennego Ernsta Kantera skazał 28-letniego Alfonsa Żurawskiego na karę śmierci przez ścięcie gilotyną za rzekomą zdradę ojczyzny. Wyrok wykonano 6 października 1942 r. w więzieniu karnym Brandenburg-Görden nad rzeką Havel. Ciało sługi Bożego spalono, a urnę z jego prochami pochowano na terenie więzienia.

Pożegnalny list

Alfons Żurawski, będąc Polakiem żyjącym w państwie niemieckim, musiał służyć w Wehrmachcie. Mimo zakazów i surowych konsekwencji, nie odmówił pomocy głodnym jeńcom wojennym. Wspierał ich również duchowo. W dniu egzekucji Alfons Żurawski napisał do swoich rodziców i rodzeństwa list pożegnalny. Jego treść ukazuje nie tylko przywiązanie do rodziny, ale również głęboką wiarę i znaczenie sakramentów świętych. List daje również świadectwo chrześcijańskiego umierania. Przy końcu swojego krótkiego życia Alfons był przekonany, że prowadzi go Boża Opatrzność, a on sam oddaje się losowi śmierci i traktuje to jako wolę Bożą. „Moi kochani rodzice i rodzeństwo! Dziś otrzymacie mój ostatni list. Wierzcie mi, moi najukochańsi, rzadko byłem w moim dotychczasowym życiu tak spokojny, jak teraz. Ksiądz udzielił sakramentów świętych i jest przy mnie, więc mogę ostatnią godzinę mojego ziemskiego życia zaliczyć do najpiękniejszych. Bo przecież śmierć jest tylko przejściem do piękniejszego świata. Na ten lepszy świat cieszę się bardzo. Dlatego proszę was usilnie, moi mili – przede wszystkim Ciebie, najukochańsza matko – nie płaczcie nade mną! Lecz módlcie się i pracujcie z podniesioną głową, aż się wszyscy kiedyś zobaczymy w lepszym świecie. Chciejmy to wszystko przyjąć jako najlepsze zrządzenie Nieba i poddać się woli Bożej; nie sprzeciwiajmy się, taka była wola Boża i Pan Bóg tak chciał i z pewnością dąży do swego celu, który służyć będzie tylko dobru. Jest to przecież coś pięknego w tym niespokojnym czasie, być tak dobrze przygotowanym na śmierć. Niewielu ludziom jest to dziś dane! Za to jestem mojemu Panu Bogu bardzo wdzięczny. Teraz więc pozdrawiam was serdecznie aż do radosnego ponownego zobaczenia w wieczności: Sophie, Stephi, Ursel, Luzie, Grete, Vikta i Irm, kochanych Josefa, Bruno, Bernharda, Paula i Niko. I wy, moi kochani, najukochańsza Matko i najukochańszy Ojcze, proszę was – nie płaczcie nade mną! Szczególnie pozdrówcie moją kochaną siostrę Martę i ciocię Aleksandrę. Myślę też o wszystkich moich krewnych. Cieszę się na ponowne spotkanie z moimi kochanymi Stefanem i Władkiem [w chwili pisania listu dwaj bracia Alfonsa już nie żyli, dlatego pisał o ponownym spotkaniu z nimi – przyp. aut.]. Jeszcze raz wszystkiego dobrego! Najdroższa Matko, bądź silna! Bądź dumna ze mnie! Aż do ponownego spotkania pozdrawia Was wszystkich Wasz zawsze wdzięczny Alfons” – pisał.