Kiedy czas sam wybiera

Krzysztof Kozłowski

|

Posłaniec Warmiński 46/2014

publikacja 13.11.2014 00:00

Stowarzyszenie Ochotników Cierpienia. Nie chodzi o licytację, kto bardziej cierpi, ale o to, co każdy z nas ze swoją boleścią robi i co ona robi z nim – mówi Iwona.

Pielgrzymka stowarzyszenia na beatyfikację Jana Pawła II Pielgrzymka stowarzyszenia na beatyfikację Jana Pawła II
Krzysztof Kozłowski /Foto Gość

Miałam kolejny nawrót choroby. Kolejne wlewy chemii. Odwiedziła mnie koleżanka. „Proszę, módl się i ofiaruj swoje cierpienia w mojej intencji” – prosiła. Wówczas opowiedziała mi o ochotnikach cierpienia. Przyniosła mi książkę „Siewcy nadziei”. Kiedy choroba zaczęła ustępować, przyszłam na spotkanie wspólnoty – mówi Iwona. Wspomina okresy buntów, kiedy nie mogła pogodzić się z bólem i skutkami choroby. – Przeżywałam to strasznie. Od dzieciństwa co rusz na coś chorowałam. Ważnym momentem było świadectwo mojej siostry, która wstąpiła do Odnowy w Duchu Świętym, nawróciła się i pokazała mi Boga żywego – wspomina Iwona. – Wtedy po raz pierwszy usłyszałam, że jestem wartościowa i że moje życie jest cudem, ma głęboki sens…

Misja cierpiących

Stowarzyszenie Ochotników Cierpienia jest wspólnotą katolików świeckich i duchownych założoną w 1950 r. przez ks. Luigiego Novarese, który został beatyfikowany 11 maja 2013 roku w Rzymie. – Realizuje ono charyzmatyczną wizję swojego założyciela, według której cierpienie złożone w ofierze przez człowieka chorego jest uczestnictwem w misterium Chrystusa i czyni go apostołem, czyli proroczym znakiem pomagającym odkryć wartość cierpienia – mówi opiekun wspólnoty ks. Adam Bielinowicz. Pierwsze Centrum Ochotników Cierpienia w Polsce założyli w 1987 r. ks. Janusz Malski i ks. Ryszard Dobrołowicz w Głogowie. Od jesieni 1989 roku rozpoczęła się działalność stowarzyszenia w diecezji warmińskiej. Początkowo zorganizowano tymczasowe centrum, którym kierował ks. Jan Szymko. – Już kilkunastomiesięczna działalność pokazała, że ten rodzaj apostolatu spotyka się z pozytywnym odbiorem zarówno u chorych, niepełnosprawnych, jak i zdrowych sprawujących opiekę nad tymi osobami – mówi ks. Adam. 10 marca 1991 roku bp Edmund Piszcz wydał dekret zezwalający na działalność w diecezji ochotników cierpienia oraz braci i sióstr chorych. Stowarzyszenie Ochotników Cierpienia Archidiecezji Warmińskiej liczy obecnie około 50 członków i kilkunastu sympatyków. Miejscem formacji osobistej każdego ochotnika cierpienia jest grupa przewodnia. W warmińskiej wspólnocie działa sześć takich grup: cztery w Olsztynie, po jednej w Nidzicy i w Ornecie.

To łaska

– Od młodości mam kontakt z ludźmi, którzy są chorzy – wyznaje Teresa. – Nigdy nie miałam do Boga żalu, że jestem niepełnosprawna. Nie czuję się inna. Kiedy człowiek jest wierzący, nie walczy z sobą i prosi Boga o siłę, życie ma głębię – zapewnia. – Niepełnosprawność to krzyż, ale cierpienie jest również łaską, kiedy człowiek może je ofiarować w intencji innych, w intencjach Kościoła. Nie można zmarnować cierpienia – mówi Danuta. – Póki nie byłam w tej wspólnocie, nie wiedziałam, że moje cierpienie jest potrzebne – dodaje Daniela. Wspomina moment, kiedy wstąpiła do stowarzyszenia. – Byłam zbuntowana. Dlaczego mój syn, dlaczego jest aż tak niepełnosprawny? Dlaczego to na mnie trafiło? Czym zasłużyłam na to? Kiedy syn pojechał na pielgrzymkę, spotkał na niej członków stowarzyszenia. Po powrocie namawiał mnie, byśmy wstąpili do ochotników cierpienia. Nie mogłam mu odmówić – relacjonuje. Kiedy wstąpiła do wspólnoty, obserwowała uważnie innych ochotników. – Marylka, na wózku, ale tak uśmiechnięta, tak radosna. Pomyślałam, że można żyć tak jak ona albo tak jak ja, z ciągłymi wyrzutami, pielęgnowaną goryczą. Zaczęłam się zmieniać. Zaczęłam nabierać dystansu do siebie. Bo nie tylko ja jestem ważna, ale też i osoba obok mnie – przyznaje. Później zaczęła bardziej interesować się nauką ks. Luigiego Novarese. – Kiedy podczas pielgrzymki modliłam się nad jego grobem, coś we mnie pękło. Poczułam pragnienie, żeby poznać jego życie. To pragnienie mnie odmieniło. Zrozumiałam, czym jest cierpienie. Zrozumiałam, że osoby niepełnosprawne w Kościele muszą być, bo jest tyle spraw, za które trzeba się modlić, a cierpienie można ofiarować. Ono jest drogą ku świętości, jest również bramą do nieba dla innych – opowiada Daniela.

Zasadnicze pytania

Akceptacja cierpienia nie jest jednorazowym aktem. – To nie jest tak, że będąc już we wspólnocie, człowiek się nie buntuje – zastrzega Iwona. – Czasami się boję, nie wiem, co będzie. Kiedy po kolejnej chemii zaczęłam znów tracić włosy, podeszłam do tego z ogromnym buntem. Musiałam coś z nim zrobić i z tym się zwracałam w modlitwie do Boga. Był to krzyk mojego niezadowolenia. Ale wykrzykiwałam to Panu Bogu, a nie przeciwko Niemu – mówi. Wówczas uświadomiła sobie, jak ważna jest Eucharystia, pielęgnowanie bliskich relacji z Bogiem. – W szpitalu codziennie przychodził do mnie ksiądz, mogłam przyjmować Jezusa. Kiedy wróciłam do domu, przychodził do mnie codziennie z Jezusem wspaniały człowiek, szafarz. To była wielka łaska – wspomina Iwona. – Dopiero przykład osób ze stowarzyszenia, obserwacja ich niedoli, uświadomiła mi, że nie tylko ja jestem w takiej sytuacji. Oczywiście nie jest tak, że cieszę się, iż mam niepełnosprawnego syna, ale traktuję to jako normalność, że to jego życie ma głęboki sens – mówi Daniela.

Ważne jest odkrycie sensu cierpienia i jego duchowej wartości. – Szpital nazwałbym domem rekolekcyjnym. Na chorobę nie ma czasu, ale przychodzi moment, kiedy czas sam nas wybiera. Wtedy okazuje się, że świat się nie zawalił, ale trzeba się od niego odłączyć – mówi abp Wojciech Ziemba. – Dla wielu, a wiem to z doświadczenia, pobyt w szpitalu lub kontakt z cierpiącym są odkryciem, że można żyć inaczej. Przychodzi zrozumienie, że trzeba dotknąć innego życia, żeby odzyskać swoje człowieczeństwo i godność – zauważa. – Dlatego ważna jest również formacja alumnów – przekonuje Teresa. – Początkowo musiałam ich namawiać, żeby jechali z nami na wakacyjne rekolekcje dla osób niepełnosprawnych. Bali się stanąć przy krzyżu – komentuje. Pierwszy pojechał Andrzej i kiedy wrócił, dał świadectwo kolegom w seminarium. – Dziś wszyscy z „Hosianum” są naszymi przyjaciółmi. Patrzą na cierpienie inaczej, gdyż go dotknęli. Wiedzą już, że Kościół tworzą nie tylko zdrowi, młodzi, samodzielni, ale też i chorzy, cierpiący, poruszający się na wózkach inwalidzkich, do których czasem trzeba zejść z prezbiterium, podejść z Komunią św. – mówi Teresa.