Panie Boże, niech tak będzie

Łukasz Czechyra

|

Posłaniec Warmiński 26/2020

publikacja 25.06.2020 00:00

– Cóż mogę powiedzieć – miałem szczęście do ludzi. Bez nich nic by się nie udało zrobić – mówi ks. kan. Władysław Hnatczuk.

▲	– Zawsze mogłem liczyć na wsparcie wielu osób – podkreśla proboszcz. ▲ – Zawsze mogłem liczyć na wsparcie wielu osób – podkreśla proboszcz.
Zdjęcia Łukasz Czechyra /Foto Gość

Arcybiskup Edmund Piszcz 1 lipca 1990 r. powołał do życia nową parafię w Bartoszycach. Zadaniem jej proboszcza było m.in. wybudowanie świątyni. Został nim ks. Władysław Hnatczuk. – Nie zdążyłem się jeszcze wprowadzić na plebanię w Bezledach, gdzie też budowałem kościół, a tu już biskup dał mi nowe zadanie. Powiedziałem: „Panie Boże, jeśli taka jest Twoja wola, to niech tak będzie” – opowiada duszpasterz.

Komża zawsze czeka

– Przez te 30 lat zmieniło się w zasadzie wszystko – mówi Józef Bielawski, przewodniczący rady parafialnej. – Zaczynaliśmy od zera. Nikt się nie znał, otrzymaliśmy mieszkania w tej dzielnicy, ludzie przenosili się z różnych części miasta, niektórzy z okolicznych wiosek. Pierwsze nabożeństwa odbywały się w sali gimnastycznej szkoły budowlanej, potem załatwiliśmy metalową wiatę, na bazie której powstała kaplica. To mocno zintegrowało parafię – opowiada pan Józef, mając na myśli nie tylko przywiązanie ludzi do wspólnoty, ale także do siebie nawzajem. – Budowa kaplicy, świątyni to były takie punkty łączące, motywacja, by zrobić coś razem. To pomagało we wspólnym życiu – tłumaczy.

– Kaplica powstała bardzo szybko, w ciągu półtora miesiąca. Ludzie przychodzili, pomagali, bardzo chętnie brali udział w czynie społecznym – wspomina Jolanta Pilipiec. – Biskup Julian Wojtkowski powiedział mi, żebym nie odprawiał Mszy św. w innych parafiach, tylko na terenie swojej. Przez rok wszelkie nabożeństwa odprawialiśmy w hali sportowej, przychodziło coraz więcej osób nie tylko na Msze św., ale też do wspólnoty ministrantów. Bardzo szybko udało się zebrać grupę kilkudziesięciu, starszych i młodszych – opowiada ks. Hnatczuk.

– Każdy z moich trzech synów był ministrantem, najmłodszy nadal nim jest. Ksiądz proboszcz umiał ich zintegrować, było wiele atrakcji, chłopcy bardzo chętnie przychodzili na spotkania, zbiórki, do prac społecznych – opowiada pani Jolanta. – Moi dwaj synowie, którzy już są na swoim, za każdym razem, kiedy przyjeżdżają do domu, zawsze służą do Mszy. Nic im nie musimy mówić, to dla nich naturalne – dodaje pan Józef.

Przyjść może każdy

Parafianie zgodnie przyznają, że najważniejszym wydarzeniem przez te 30 lat było poświęcenie świątyni, którego dokonał abp Józef Górzyński 25 listopada 2017 roku.

– Piękna uroczystość, wyjątkowe przeżycie – mówi Grażyna Wrona, która w parafii odpowiada za wystrój kościoła, sprzątanie, przygotowanie kwiatów i dekoracji. Każdy znajdzie w parafii jakieś miejsce, gdzie może się realizować. Janina Kalinowska działa w parafialnym zespole Caritas. – Dookoła nas jest bardzo dużo ludzi potrzebujących. Gdy chodzi się po mieście, może się ich nie widzi, ale oni są. Mamy dwie panie, Krysię i Danusię, które chodzą, zagadują, pytają, czy nie trzeba pomóc, zapraszają, żeby przyszli do parafii – mówi pani Janina.

– Od samego początku mamy takie założenia, że nie dajemy pieniędzy, ale jeśli ktoś szuka pomocy czy chleba, zawsze może przyjść, zapukać, a my dzielimy się tym, co mamy na plebanii – dodaje proboszcz. – To jest parafia św. Brata Alberta i to nas do czegoś zobowiązuje – przekonuje Józef Bielawski. – 30 lat to piękny kawałek historii naszego życia, za który dziękujemy Panu Bogu! – podsumowuje ks. Władysław Hnatczuk.