Pokazują, jacy jesteśmy

Łukasz Czechyra

|

Posłaniec Warmiński 29/2020

publikacja 16.07.2020 00:00

Każdy ma swój czas. Zarówno człowiek, jak i ikona muszą dojrzeć do spotkania – wtedy dochodzi do dialogu.

Na zakończenie warsztatów odbywa się uroczyste poświęcenie wszystkich prac. Na zakończenie warsztatów odbywa się uroczyste poświęcenie wszystkich prac.
Łukasz Czechyra /FOTO GOŚĆ

Od 2010 r. działa Warmińska Pracownia Ikony. Skupia ikonografów z Nowego i Starego Kawkowa, Pupek, Szałstr, Lutr, Dobrego Miasta, Ornety, Opina i Olsztyna, studiujących i praktykujących tradycyjne techniki pisania ikon sięgające pierwszych wieków chrześcijaństwa. Zaczęło się od warsztatów ikonopisania, które Małgorzata Dżygadło-Niklaus zorganizowała we współpracy z grupą Agathos. – Po nich stwierdziliśmy, że nie ma co czekać kolejny rok na kilkudniowe warsztaty, ale warto spotykać się cyklicznie, raz w miesiącu. Tak powstała Warmińska Pracownia Ikony. Spotykamy się, pracujemy razem, a dodatkowo organizujemy też warsztaty ikonopisania w Tczewie, Świętej Lipce, Krośnie, Dobrym Mieście, Olsztynie, Szałstrach czy Nowym Kawkowie. Pomagają nam Ewa Grześkiewicz i Bartosz Brehmer z Grupy Agathos. I tak już od 10 lat – mówi z uśmiechem pani Małgosia.

Czekamy, aż nam odpowie

Sama maluje ikony od 2004 roku. – Czynnością, jaką się wykonuje, jest malowanie, więc od strony technicznej można powiedzieć, że ikony się maluje. Określenie „pisanie ikon” wiąże się z chęcią zwrócenia uwagi na dużo głębsze znaczenie dzieła. Chodzi o rozumienie tego, co się robi, świadomość swojego działania, czasu i pracy, jakie trzeba poświęcić, żeby ikona powstała. A przede wszystkim ważne jest zanurzenie się w modlitwie – tłumaczy M. Dżygadło-Niklaus.

Każde spotkanie zaczynają od wspólnej modlitwy akatystem. – Jest to fragment poświęcony Duchowi Świętemu. Potrzebujemy Jego prowadzenia – tak jak my prowadzimy pędzel, tak On prowadzi nas. Ikonopisanie wymaga pracy nie tylko nad dziełem, ale również nad sobą, swoimi słabościami, możliwościami, pokorą… to wszystko wymaga otwarcia się na prowadzenie przez Ducha Świętego – podkreśla opiekująca się Warmińską Pracownią Ikony. Przyznaje, że popularne twierdzenie, iż ikony to Ewangelia zapisana obrazami, ma w sobie sporo prawdy.

– Nie za bardzo lubię to określenie, gdyż jest to duży skrót i uproszczenie, ale rzeczywiście coś w tym jest. Ikona za pomocą obrazu, symboli, potrafi wiele rzeczy przekazać. Skończoną ikonę nie tylko się ogląda czy czyta, ale z nią przede wszystkim się spotyka. Jest to rodzaj modlitwy, medytacji, ponieważ w każdym prawdziwym spotkaniu z ikoną spotykamy się z Obliczem Pańskim. To wychodzi już w trakcie pracy – oblicze na ikonie tworzymy, wydobywając z niej światło. Dzieje się to za pomocą nakładania wielu bardzo cienkich warstw. Te warstwy mające rozświetlić oblicze chowają się w desce, stają się niewidoczne, dlatego musimy ten proces powtarzać, cały czas w tej pracy być obok, towarzyszyć – jest to rodzaj długiej modlitwy, a kiedy ikona jest gotowa, to wówczas światło wychodzi i ikona zaczyna patrzeć na nas. To jest nasz dialog, ikona nam odpowiada, kiedy jesteśmy gotowi na spotkanie – tłumaczy M. Dżygadło-Niklaus.

Odnajdujemy Chrystusa

Lidia Mosakowska swoją przygodę z ikonami rozpoczęła w 2012 roku. – Dostałam zaproszenie na warsztaty. Wcześniej nie za bardzo interesowałam się ikonami i ciężko było mi sobie na początku wyobrazić, że ja mam do tego rękę przyłożyć – opowiada. Jej pierwszą ikoną był Pantokrator. – Wizerunek Chrystusa jest podstawą w ikonopisaniu, do Niego wszystko się odwołuje. Panuje głębokie przekonanie, że w każdej następnej ikonie – niezależnie, czy będzie to Matka Boża, czy aniołowie, czy inne postacie – odnajdujemy Jezusa. Pierwsza ikona to była trudna praca, wszystko nowe: rysunek, przeniesienie na deskę, malowanie pigmentami..., ale cieszę się bardzo, że Pan Bóg dał mi takie zadanie w życiu, bo daje mi to bardzo dużo szczęścia – opowiada pani Lidia. Z jej pierwszą ikoną wiąże się pewna historia.

– Napisałam już kilkadziesiąt ikon, ale w domu mam ich bardzo mało. Jakoś tak się działo, że odchodziły ode mnie wtedy, kiedy były gdzieś potrzebne. Pantokrator był u mnie przez kilka lat, ale kiedyś zwrócili się do nas organizatorzy aukcji na rzecz stypendium dla zdolnej młodzieży im. Marcina Antonowicza. Podarowaliśmy im kilka ikon, ja oddałam właśnie tego mojego pierwszego Pantokratora. Dowiedzieliśmy się potem, że wszystkie nasze ikony były wysoko licytowane, a mojego Pantokratora wylicytował pewien pan. Znajoma opowiadała mi, że wtedy był on na potężnym życiowym zakręcie, oddalił się od Kościoła i w jakiś sposób znalazł się na tamtej aukcji, zobaczył moją ikonę i postanowił ją wylicytować. Drogi naszych ikon są bardzo różne – opowiada pani Lidia.

– W ikonach zawsze szukamy oblicza Boga. On zawsze się ukazuje, niezależnie od postaci, jaką malujemy. Ja najchętniej maluję mandyliony. Gdy tylko skończę jeden, od razu szukam pretekstu do zrobienia kolejnego. Jest mnóstwo pięknych wizerunków na starych mozaikach, ikonach, freskach i człowiek się do tego cały czas zbliża, ale właśnie tyle – zbliża, a nie jest w stanie do końca dotknąć. Ojcowie pustyni mawiali, że powinniśmy studiować tylko imię Boga, a nie Jego istotę, bo nigdy tego nie pojmiemy. Źródło zawsze będzie większe od naszego pragnienia, my się do niego zbliżamy, ale nigdy nie wypijemy go do końca i nawet nie powinniśmy starać się tego robić, żeby ono było cały czas dla nas dostępne – tłumaczy Małgorzata Dżygadło-Niklaus.

Czasem spuszczam głowę

– Niektórzy uczestnicy przyjeżdżają do nas, tłumacząc, że potrzebują rekolekcji. To nie są rekolekcje, choć modlitwa jest stale obecna, mamy codziennie Mszę św. Możemy z pewnością powiedzieć, że z jednej strony chodzi o rozwój artystyczny, ale jest to też droga duchowa – podkreśla prowadząca warsztaty. Tworzenie ikony bowiem zaczyna się od poznania źródła – trzeba zebrać informację, przeczytać Pismo Święte, apokryfy, wejść w kontakt z Ewangelią.

– Czasami ludzie, przychodząc na warsztaty, od razu mówią, że chcą malować Matkę Bożą albo anioły, bo anioły bardzo lubią. Trzeba wtedy ich ostrożnie poprowadzić, bo tak naprawdę i tak wszystko sprowadza się do Chrystusa. Tu się nic nie przyspieszy, każdy ma swój czas; zarówno człowiek, jak i ikona muszą dojrzeć do spotkania. Ksiądz Jan Paszulewicz, który również pisze ikony, powiedział mi kiedyś, że on już od tylu lat spotyka się z Chrystusem, ale tak jak przy ikonie jeszcze nigdy z Nim nie rozmawiał – opowiada M. Dżygadło-Niklaus. – Ikony pokazują nam, jacy jesteśmy. Niesamowite jest to, że w grupie wszyscy pracujemy nad wizerunkiem Chrystusa według jednego wzoru, a potem, kiedy wszystkie ikony są ukończone, każda jest inna. Mało tego – patrząc na nie i znając siebie nawzajem, możemy bez problemu powiedzieć, kto którą ikonę tworzył – opowiada Lidia Mosakowska. Wszyscy członkowie Warmińskiej Pracowni Ikony przyznają, że ikony cały czas się uczą.

– Cały czas długa droga przed nami, musimy się uczyć nie tylko technik, ale i pokory. Ikonę „Gościnność Abrahama i Sary” stworzyłam sama, od początku do końca, nikomu nic nie mówiłam, nie pokazywałam. Brakowało źródeł, więc postacie, namiot, dęby są z różnych inspiracji... Miałam z tą ikoną dużo trudności. W tamtym roku latem, kiedy już była skończona, położyłam ją na werandzie, okryłam papierem, przyłożyłam książką i wyjechałam w jakiejś sprawie. Po powrocie okazało się, że była potężna ulewa, daszek nad werandą przeciekł, wszystko namokło… To była taka lekcja dla niepokornych, żeby nie myśleć, że samemu da się radę, żeby się nie porywać na takie wielkie dzieła – opowiada pani Lidia.

Przyznaje, że nie wie, co dalej będzie z tą ikoną, bo trudności się nie kończą. W trakcie poświęcenia ikon w Krośnie na początku lipca prawie utraciła swoją, gdy nieznana jej kobieta próbowała wyjść z nią z kościoła. – Niektóre moje ikony mnie cieszą, inne zachwycają, a jeszcze inne sprawiają, że spuszczam głowę. Za każdym razem jest to jednak spotkanie z Bogiem, i to jest w tym najważniejsze – podsumowuje Małgorzata Dżygadło-Niklaus.