• facebook
  • rss
  • Płonął w nim płomień

    dodane 18.10.2012 00:15

    Z parafianami i więźniami wojennymi przeszedł długą drogę poprzez głód, mróz i ciężką pracę. Niósł im nadzieję i Chrystusa, dla którego oddał swe życie.

    Ksiądz Gerhard Witt urodził się 3 lipca 1912 roku w Reszlu. Po uzyskaniu matury w 1931 r. podjął studia teologiczne w Braniewie. Przez dwa semestry studiował również w Monachium. Po zakończeniu studiów w Seminarium Duchownym w Braniewie ks. Gerhard Witt przyjął święcenia kapłańskie 7 marca 1937 roku. Jako neoprezbiter został mianowany wikariuszem w Leginach, gdzie pomagał choremu proboszczowi. Po kilku tygodniach został przeniesiony do Lidzbarka Warmińskiego.

    Jedyny kapłan

    W swej pracy duszpasterskiej ks. Witt opiekował się w szczególny sposób Polakami mieszkającymi na terenie parafii. Był również zaangażowany w duszpasterstwo młodzieży. Jego gorliwość i głoszone kazania budziły niepokój władz nazistowskich. Po procesji Bożego Ciała czterech duszpasterzy z parafii w Lidzbarku Warmińskim zostało aresztowanych przez gestapo. Każde ich kazanie było wcześniej podsłuchiwane; dokonano rewizji w domach. Po aresztowaniu księży z parafii, ks. Witt został jedynym wikariuszem w parafii liczącej 10 tys. wiernych. Wielość obowiązków, jak i ciągły stres spowodowany szykanami nazistowskich władz spowodował, że kapłan zaczął podupadać na zdrowiu. Przez kolejne 7 lat pracy duszpasterskiej w Lidzbarku Warmińskim jego stan zdrowia pogarszał się. Gdy w 1945 r. do Lidzbarka wkroczyli Rosjanie, ks. Gerhard został wraz z mieszkańcami zmuszony do jego opuszczenia i przetransportowany do Wytruci, a stamtąd do Elbląga do obozu pracy przymusowej przy demontażu wywożonych do Rosji maszyn fabrycznych z zakładów Schichaua.

    Śmierć przyszła szybko

    Od 14 lutego 1945 r. werbista o. Oskar Bader z Pieniężna przebywał przez kilka dni wraz z ks. Wittem w więzieniu komendantury sowieckiej, następnie w Bartoszycach. Dzielił los z ks. Wittem aż do jego śmierci. W pierwszych dniach marca 1945 r. wraz z jeńcami wojennymi w ciągu trzech dni marszu w wysokim śniegu i przy dużym mrozie pokonali 120 km i dotarli do Wytruci. Ks. Gerhard Witt i o. Oskar Bader szli w sutannach. W czasie drogi kapłani pomagali współwięźniom, którym brakowało sił, podtrzymywali na duchu. W obozie Georgenburg koło Wytruci wszystkich ulokowano w stajniach. Przez pierwsze tygodnie nie było wody do mycia, wyżywienie było bardzo skromne, a mróz powodował wyziębienie organizmów więźniów. Żołnierze musieli pracować. Kapłani w każdą niedzielę odprawiali w stajni nabożeństwa dla więźniów, gdyż wśród 700 mężczyzn jedną trzecią stanowili katolicy. Z powodu złego odżywiania i czerwonki zmarło ponad 150 osób. Niektórym więźniom księża mogli towarzyszyć przy umieraniu, choć nie mogli udzielić Wiatyku ani namaścić olejami świętymi. Pod koniec kwietnia 1945 r. wszystkich przetransportowano do Elbląga, gdzie codziennie pracowali w fabryce Schichaua, oddalonej o godzinę marszu od obozu. Warunki życia i wyżywienie poprawiły się, ale praca była cięższa i dłuższa. Polegała ona na wyburzeniu fabryki. Wywożono cegły. Wkrótce wybuchła epidemia tyfusu.

    Ojciec Oskar Bader był sanitariuszem i podjął pracę przy chorych, by w ten sposób zapewnić im duszpasterską opiekę. Po tygodniu ks. Witt zachorował i wezwał. o. Oskara Badera. Gdy ten zobaczył ks. Gerharda, przestraszył się jego wyglądu, a badanie lekarskie wykazało tyfus. Gdy tyfus ogarniał coraz większą grupę więźniów, zostali oni przetransportowani poza fabrykę, do miasta, i umieszczeni w opuszczonym budynku w prymitywnych warunkach. Był z nimi o. Oskar Bader jako sanitariusz. Nazajutrz przyszedł polski lekarz. Około godziny 11.00 lekarz wezwał o. Oskara, gdyż ks. Witt umierał. Ojciec Bader udzielił mu rozgrzeszenia i ostatniego namaszczenia. Ks. Gerhard Witt zmarł 19 maja 1945 r., dzień przed Zesłaniem Ducha Świętego. Jak wspomina o. Oskar Bader, umieranie nie było dla ks. Gerharda ciężkie. Śmierć przyszła niespodziewanie szybko.

    Chwała treścią życia

    Tydzień po wkroczeniu Rosjan do miasta sługa Boży był jedną z niewielu osób, z których promieniowała ufność do Boga. Nie było widać strachu, chodził cały czas w sutannie, równocześnie uczył się języka rosyjskiego. – Czy była to jego godność kapłańska, spokój czy też wzruszające staranie się o to, by słowa rosyjskie, których się nauczył, wymawiać dobrze, że pohamowało to żołnierzy sowieckich przed dokuczaniem ofiarom? Często udało mu się uchronić swoje owieczki. A czynił to, nie zważając, że sam może paść ofiarą. Nasz ksiądz wikariusz często wydawał się taki chłodny, można powiedzieć matematycznie zainteresowany wszystkim; przeczuwało się, jakby płonął w nim dla jemu powierzonych ludzi jakiś płomień. W jednym ze swoich listów napisał, iż chwała Boża musi być treścią i celem naszego życia – wspomina mieszkanka Lidzbarka Warmińskiego. – Był on dla mnie w tych trudnych miesiącach drogim, wiernym i chętnym do pomocy przyjacielem. Bardzo dobrze rozumieliśmy się, a cierpienia i radości dzieliliśmy po bratersku. Poprzez jego gotowość niesienia pomocy, jego uprzejmość i życzliwe usposobienie był lubiany przez współwięźniów. Był zawsze dobrej myśli, potrafił rozweselić innych i podtrzymać na duchu. A przede wszystkim był wzorowym księdzem, jego charakter i sposób działania był naprawdę kapłański – wspominał werbista o. Oskar Bader.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół