Ja jeszcze czterdziestki nie mam, to czasem biegam. Za piłką, za autobusem, za synem na podwórku. Ale zdaje mi się, że jest w większości ludzi taka magiczna granica, po której przekroczeniu biegać się chcieć przestaje. A są to Ci sami ludzie, których w podstawówce i liceum nie można było z boiska wygonić. Teraz oczywiście, mimo braku czynnej aktywności ciągle są świetnymi znawcami w danej dziedzinie sportu (najczęściej zresztą w wielu dziedzinach), ale jednak wystarczy im sama dyskusja, biegać już się nie chce.
Podobną sytuacją można też zauważyć moim zdaniem w aktywności chrześcijańskiej. Ilu z nas kiedyś jako ministranci biegało na trzy Msze św. W niedzielę kłóciliśmy się o to, kto będzie dzwonił. Popołudnia były zarezerwowane jeśli nie na boisko to na spotkania oazowe, tak samo jak wakacje. A teraz? Na niedzielną Mszę św. oczywiście, a na rekolekcje jeździ się zazwyczaj tylko w trudnej sytuacji, kiedy już nie widać innego wyjścia.
Ja też tak mam, brakuje chęci, zadowalam się tym, co jest. Ale kiedy byłem na popielgrzymkowym spotkaniu w Rybakach, to mi się głupio zrobiło. Tylu ludzi, młodych i starszych, bawią się, śmieją, szczęśliwi ze spotkania z Jezusem i innymi chrześcijanami. Trzeba nam więcej takich spotkań - więcej księży, którym się chce takie spotkania organizować. Po to, żeby i nam się chciało biegać do Chrystusa.








