Nowy numer 49/2020 Archiwum

Właśnie idę do kościoła

Konwikt Kapłanów Warmińskich. Dobrze, że mieszkamy blisko kościoła. Pomaga to w posłudze sakramentalnej. Cóż więcej kapłanowi potrzeba? – mówi ks. Jan Magdziarz.

Życie każdego z nas ma swój ziemski kres. Po latach młodości i wieku dojrzałego, kiedy poświęcamy się pracy i obowiązkom, nadchodzi czas odpoczynku, czyli emerytury. Gdzie wtedy pójść, gdzie zamieszkać, gdy całe swoje życie poświęciło się Kościołowi? Przez lata domami były plebanie, gdzie na początku mieszkało się jako wikariusz, by potem, już jako proboszcz, stać się ich gospodarzem. Kapłani w sile wieku budowali kościoły, poświęcali się wspólnotom parafialnym, nauczali nas, prowadząc drogą Chrystusa. Ale w ich życiu nadszedł czas, kiedy muszą odpocząć, odejść, niczym Benedykt XVI, na zasłużoną emeryturę. Wielu z nich nie ma własnego mieszkania ani pieniędzy na jego zakup.

Wspólne życie

Właśnie z myślą o księżach emerytach powstał Konwikt Kapłanów Warmińskich. – Powołanie tej instytucji to inicjatywa abp. Wojciecha Ziemby. Po prostu brakowało w naszej archidiecezji domu dla kapłanów, zwłaszcza dla księży emerytów. Wprawdzie siostry katarzynki prowadziły taki dom w Ornecie, ale nie było takiego miejsca w Olsztynie – wyjaśnia dyrektor konwiktu ks. Stanisław Kozakiewicz. Po kilkunastu miesiącach przystosowania i rozbudowy budynku po seminarium przy ul. Kopernika 29 czerwca 2008 r., w uroczystość świętych Piotra i Pawła, odbyła się uroczystość poświęcenia konwiktu, której przewodniczył prymas Józef Glemp. – Kiedy zostałem dyrektorem, musiałem przebrnąć przez zaułki różnych urzędów. Trzeba było uzyskać numer NIP i regon, założyć konta bankowe. Pamiętam do dziś zdziwienie osób w urzędach, skąd nazwa „konwikt”. Ale nikt łaciny nie musi znać. Tłumaczyłem wówczas genealogię tej nazwy, która pochodzi od łacińskiego słowa convivere, co znaczy wspólnie żyć, współmieszkać – wspomina ks. Stanisław. Dlatego dziś w konwikcie nie mieszkają wyłącznie księża emeryci, ale też i ci, którzy pracują w administracji diecezjalnej, są wykładowcami w seminarium czy na wydziale teologii UWM w Olsztynie. – Początkowo zatrudnialiśmy osoby świeckie. Ale z personelem bywało różnie, a rotacja pracowników duża. Są tu bowiem również kapłani, którzy wymagają ciągłej opieki. W tym aspekcie zawsze wspomaga nas Caritas. Mają tu zapewnione nie tylko mieszkanie, ale też utrzymanie i posiłki. Także dlatego od września 2011 r. dom zaczęły prowadzić siostry albertynki. Są trzy siostry, w tym jedna kucharka i dwie opiekunki – wymienia ks. Kozakiewicz.

Pierwszy mieszkaniec

Ksiądz Józef Mańkowski (ur. w 1933 r.) był obecny na uroczystym poświęceniu konwiktu. Dobrze pamięta ten dzień. – Wiedziałem, że kończy się mój czas pracy w parafii. Biskup święcił pokoje, a ja chodziłem za nim i oglądałem. Było z czego wybierać. Wybrałem pokój na parterze. Pokój numer jeden. Myślę, że należą się tu podziękowania abp. Wojciechowi Ziembie, że taki budynek ufundował. Wiadomo, nie wszyscy księża mają własne mieszkania. A tutaj człowiek ma dach nad głową, wikt i opierunek – śmieje się ks. Józef. Do warmińskiego seminarium wstąpił w 1951 r. za namową ks. Karpińskiego. – Pochodzę z Lubelskiego. On namawiał mnie, mówił: Józek, ty jedź do Olsztyna. Tam reaktywowano seminarium. Potrzeba kandydatów. Napisał coś na kartce, wysłał. Otrzymałem później list od ówczesnego rektora ks. Józefa Łapota. „Proszę przyjeżdżać z rzeczami”, napisał – wspomina ks. Józef. Wówczas klerycy mieszkali naprzeciw Szpitala Miejskiego na ulicy Mariańskiej. W 1956 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Pierwsza placówka – Ostróda. – Pracowałem tam 11 lat. Budowaliśmy kościół w Starych Jabłonkach. Remontowaliśmy i dostosowywaliśmy do obrządku katolickiego kaplicę w Idzbarku. Potem bp Drzazga wysłał mnie do Dubeninek. Miałem być krótko, a byłem 7 lat – mówi.

Wyrok śmierci

O tym, że praca duszpasterska w czasach komunizmu nie była łatwa, świadczy historia kapłańska ks. Mańkowskiego. Kiedy był w parafii w Olecku, ówczesne władze notorycznie nakładały na niego kary za przeprowadzanie procesji żałobnych w Dzień Zaduszny z kościoła na cmentarz. – Kiedy pierwszy raz złożyłem podanie o pozwolenie na przejście procesji, władze nie wydały pozwolenia. Uzasadniono to śmiesznie, że hamowanie ruchu drogowego jest zabronione, a ponadto w tym czasie będą zwozić płody rolne. Odpowiedziałem, że ich decyzja jest nieważna, ponieważ nie opiera się na prawdzie. Płody rolne były już dawno zwiezione, a jeśli chodzi o hamowanie ruchu, to w dzień świąteczny takowego nie ma. I poszliśmy na cmentarz. Żaden samochód nie jechał, oprócz milicyjnego, który co chwila zatrzymywał się, a milicjant robił wszystkim zdjęcia – opowiada. Ks. Józef otrzymał za to kolegium w wysokości 3 tys. złotych. Rozłożył w kościele przekazy pocztowe, a wierni brali je, szli na pocztę, do banku i wpłacali po symbolicznej złotówce. Oczywiście w urzędach utworzyły się długie kolejki. – Za to zostałem ukarany kolejną grzywną. Tym razem za zorganizowanie nielegalnej zbiórki – śmieje się. W kolejnych latach również był karany za organizowanie procesji.

W 1980 r. ówczesny biskup warmiński, ks. Józef Glemp, skierował ks. Mańkowskiego do Nidzicy. – Tam też władze ludowe zgotowały mi złośliwe przyjęcie. Kiedy przyjechałem na plebanię, zaraz za mną przyjechał samochód, z którego wyszedł cywil, a więc ubek. Zapytał, czy zamierzam tu pracować. Potwierdziłem to. Odpowiedział: „Zobaczymy”. I odjechał. Rano przyszedł do mnie ks. Kowalewski. – Słuchaj – powiedział – jest bałagan. Na kościele, plebanii i budynkach wokół kościoła pojawiły się napisy: „Zdzierca i demoralizator ksiądz Mańkowski”, „Łajdaku, wynoś się do Olecka”, „Brońmy Nidzicy przed księdzem Mańkowskim”. Ks. Kowalewski poszedł do komitetu partyjnego i powiedział, że jeśli te napisy nie znikną, to dowie się o tym prymas i Wolna Europa – wspomina. Jeszcze przed południem przyszedł milicjant z malarzem, który zamalował hasła. Jednak pozostawił te na budynku plebanii i kościele. „Bo to są obiekty sakralne i nie mogę” – wyjaśniał malarz. Kapłan otrzymywał również telefony z groźbami. – W końcu otrzymałem list z wyrokiem. Napisano, że jeśli nie wyniosę się do 15 lipca, to wykonają na mnie wyrok śmierci. Pomyślałem: przetrwam. I tak trwam do dziś – śmieje się ks. Józef.

Kościół w sąsiedztwie

– Od dzieciństwa byłem ministrantem. Chciałem być księdzem, ale byłem żywym chłopakiem, jak mówią – chuliganem. Więc wstydziłem się tego. Mówiłem, że zostanę organistą, a myślałem, że jak przyjdzie czas, to wszystkich zaskoczę i pójdę do seminarium. I tak się stało – mówi ks. Józef. Za swoje motto życia kapłańskiego uważa stwierdzenie, że kto zaufał Bogu, ten się nigdy nie zawiedzie. Według niego, posługa kapłańska, mimo zmieniającego się otoczenia, nie zmieniła się. Zmieniły się tylko warunki pracy. – Bo wszystko zmierza ku uświęceniu człowieka i zbawieniu – podkreśla. – Dobrze, że konwikt znajduje się blisko kościoła. Ułatwia to posługę sakramentalną. Cóż więcej kapłanowi potrzeba? – mówi ks. Jan Magdziarz (ur. w 1934 r.). Przez wiele lat był proboszczem parafii w Pieckach (1968–2009). – Właśnie idę do kościoła. Konfesjonał na mnie czeka. Bo jako kapłan pragnę służyć Bogu i ludziom. I siebie zbawić, i innych. Ale to zaczyna brzmieć górnolotnie – uśmiecha się. – A moje życie? Ciekawsze jest to, co się dzieje w Kościele, w sakramentach świętych. To jest istota kapłaństwa. Nagroda czeka nas w niebie – dodaje.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama