Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Krwawiąca Warmia

Historia końca wojny. Mówi się dziś o wyzwoleniu Krainy Wielkich Jezior, ale dla wielu autochtonów był to czas cierpienia i poniżenia.

Styczeń 1945 łączy się dla byłych mieszkańców Warmii i Mazur z traumatycznym doświadczeniem. Działania wojenne dotarły na te tereny, niosąc śmierć i spustoszenie. Wkraczające wojska sowieckie traktowały tutejszą ludność jak agresorów i wrogów. – Kiedy usłyszeliśmy odgłosy dział i strzały, mama ubrała nas ciepło i wyprowadziła na podwórko. Tato został w domu, aby przypilnować dobytku. Było bardzo zimno i jezioro było zamarznięte. Szliśmy po lodzie z Dorotowa do Majd, aby się tam ukryć. Koło wyspy Herta śnieg się nagle poruszył i przed nami pojawiło się kilka białych postaci. Byli to sowieccy zwiadowcy. Byliśmy przerażeni. Mama powiedziała, że to już koniec. Ale jeden z żołnierzy podszedł do nas i po niemiecku zaczął rozmawiać. Kazał uciekać i schować się dobrze, gdyż zbliża się wojsko i możemy ucierpieć. Doszliśmy do Majd i tam w piwnicy jednego z domów przeczekaliśmy najgorsze. Tacie się także udało przeżyć – opowiadała swojemu proboszczowi kilka lat temu nieżyjąca już Hildegarda Lorenc. Trudno uzyskać dokładne informacje z tego czasu od dawnych mieszkańców Warmii i Mazur. Nie tylko dlatego, że są to bolesne wspomnienia – chodzi o kilkadziesiąt lat wmawiania im, iż byli Niemcami. Dlatego tak chowają zdjęcia z okresu II wojny światowej, na których widnieją często ich ojcowie i wujkowie w mundurach niemieckiej armii.

Twierdza Prusy

W styczniu 1945 roku rozbito niemiecką grupę bojową Armii „Środek”. Rosjanie ponieśli przy tym wielkie straty: 125 tys. zabitych i 450 tys. rannych. Do sowieckiej niewoli trafiło 50 tys. niemieckich żołnierzy. Wiele miast zamieniło się w zgliszcza. Sowieci zaangażowali do walki ogromne siły: 14 armii ogólnowojskowych, 1 armię pancerną, 8 korpusów pancernych i zmechanizowanych, 2 armie lotnicze i  1 korpus kawaleryjski, w sumie 1,7 mln żołnierzy, 30 tys. dział i moździerzy, 3,5 tys. czołgów i dział pancernych oraz blisko 3100 samolotów bojowych. Na terenie Prus znajdowało się wiele fortyfikacji i umocnień pochodzących jeszcze z okresu przedwojennego. Do najważniejszych należały lidzbarski rejon umocniony i linia fortyfikacji nad Wielkimi Jeziorami Mazurskimi. Ponadto od jesieni 1944 roku prowadzono intensywne prace inżynieryjne nad umocnieniami polowymi wzdłuż całej linii frontu i na przewidywanych kierunkach natarcia radzieckiego. W tym czasie miasta takie jak Królewiec, Piława, Grudziądz, Toruń, Modlin i Giżycko zostały ogłoszone twierdzami (Festung). Siły niemieckie na terenie dawnych Prus Wschodnich składały się z 600 tys. żołnierzy, 750 czołgów i dział pancernych, 8100 dział i moździerzy oraz 400 samolotów bojowych. 13 stycznia 1945 roku, po przygotowaniu artyleryjskim, rozpoczęło się natarcie 3. Frontu Białoruskiego. I tak po kolei zdobywano 21 stycznia Nidzicę, 22 stycznia Iławę i Olsztyn, a 23 stycznia Ostródę.

Zemsta na cywilach

– W ówczesnym Allenstein, należącym do III Rzeszy, żyło 45 tys. mieszkańców, w zdecydowanej większości Niemców. Dla nich więc nie było to wyzwolenie, lecz akt zdobycia miasta przez nieprzyjaciela, który w sposób okrutny, bestialski potraktował ludność cywilną – mówi prof. Stanisław Achremczyk. Rabunek mienia, gwałty na miejscowych kobietach, wywożenie i demontaż maszyn, a przede wszystkim palenie budynków. Tak między innymi ucierpiała olsztyńska Starówka. Dokonywali tego sowieccy żołnierze z tzw. drugiego szeregu. Dla Rosjan było jasne, że znajdują się na terenie wroga – tak traktowali Warmię i Mazury. Były to jednoczenie pierwsze obszary zdobyte w walce. Wkroczyli jako zwycięzcy, nie odróżniając Niemców od Warmiaków i Mazurów, nawet tych mówiących po polsku. – Dowódcy polityczni powiedzieli im wyraźnie: „Jesteście na pierwszym skrawku ziemi niemieckiej, szukajcie Germańców i mścijcie się za zbrodnie dokonane na rosyjskiej ziemi, weźcie odwet za nasze spalone domy, zmaltretowane matki, żony i wasze dziewczyny” – mówi dr Walichnowski. Oczywiście w styczniu 1945 r. duża część ludności cywilnej została już ewakuowana. Najpierw władze niemieckie wygnały tysiące ludzi na mróz i kazały uciekać, nie bacząc na wojenne niebezpieczeństwa. Wiele kobiet, dzieci i starców zginęło pod bombami na drogach oraz na Zalewie Wiślanym, którym po lodzie próbowali przedostać się do Niemiec. Władze hitlerowskie, pod wodzą gauleitera Prus Wschodnich Ericha Kocha, do końca manipulowały mieszkańcami i twierdziły, że front wschodni zostanie odparty. Ofensywa Rosjan była jednak tak błyskawiczna, że w niewielkim stopniu zdołano wykonać dyrektywę Hitlera o spalonej ziemi. Ewakuację natomiast zarządzono w ostatnim momencie, co wywołało olbrzymią panikę. – Pomimo tej paniki ewakuację można uznać za udaną, skoro z Prus Wschodnich zdołało uciec 1,4 mln ludzi – szacuje prof. Achremczyk. Są to dane Wehrmachtu z marca 1945 roku. Według nich na Warmii i Mazurach przed ofensywą radziecką żyło 2,3 mln ludzi, a po ewakuacji zostało 400 tys. Rosjanie deportowali 70 tys. z nich w głąb Rosji. Wylicza się, że co najmniej połowa została w Okręgu Mazurskim, z czego ok. 40 tys. stanowiła rodzima ludność polska, głównie na południu regionu, zwłaszcza na Warmii. Resztę wysiedlono do Niemiec: w 1945 roku – 96 tys., a w latach 1946–1950 dalsze 72 tys.

Puste domy

– Pamiętajmy jednak o germanizacji trwającej dziesiątki lat. Natomiast w czasie wojny polskość faktycznie została tu sprowadzona do reliktu. Ale tak zawsze jest, że niechciana mniejszość zamyka się w sobie. Z kolei po 1945 roku zaszedł odwrotny proces – miejscowi niechętnie przyznawali się do niemieckości, a nawet nastąpił renesans języka polskiego – mówi prof. Achremczyk. Dobrym przykładem są robotnicy przymusowi, którzy po przejściu frontu najpierw stąd wyjechali do swoich rodzin, ale potem wrócili. Byli zdziwieni, że tylu miejscowych mówi po polsku. Dlaczego polscy robotnicy tu wracali lub w ogóle nie wyjeżdżali? Marek Książek odpowiada w artykule „Pionierzy wśród Mzurów” na to pytanie: „Bo na Kresy Wschodnie nie mieli po co jechać, a w centralnej Polsce ich rodziny gospodarzyły na skrawkach ziemi, której tu było pod dostatkiem, no i stały puste domy. To samo do byłych Prus Wschodnich przyciągało osadników z Kresów, Mazowsza, Podlasia, Kurpiów i innych stron kraju”. Jednym z nich był Tadeusz Łoboda, który mając 20 lat, razem z rodziną dotarł do wsi Horn koło Morąga we wrześniu 1945 roku. Lepsze domy były już zajęte, ale znaleźli gospodarstwo na kolonii – budynki z czerwonej cegły i 36 ha ziemi, co przy kilku morgach pod Mińskiem Mazowieckim było dla nich majątkiem obszarniczym. Dla władzy też, więc musieli – przynajmniej formalnie – podzielić się gospodarstwem z drugim osadnikiem. Gdy rodzice Tadeusza wyjechali po inwentarz do rodzinnej wsi, on został sam w domu, w którym przez ścianę mieszkali jeszcze Niemcy. Pamięta, że to było 18 osób, w tym tylko jeden stary mężczyzna, a reszta dzieci i kobiety, przeważnie wdowy po żołnierzach Wehrmachtu. Byli pogodzeni ze swoim losem, czekali na wysiedlenie i tylko pytali, kiedy wrócą moi rodzice i przywiozą krowy, żeby dzieciom dać mleka. W gospodarstwie nie było nawet kury, nie mówiąc o świni czy koniu. A mimo to i tam któregoś dnia pojawiło się kilku uzbrojonych opryszków, wśród których Łoboda rozpoznał mieszkańca sąsiedniej wsi. Zdziwili się, że Tadeusz sam mieszka z Niemcami, ale dzięki temu ich nie ograbili. Wkrótce jego niemieckich sąsiadów wywieziono na punkt zborny do gminy, a on pół miesiąca mieszkał sam z dala od innych domostw. Nie bał się np. złowieszczego Wehrwolfu, który podobno grasował na tych ziemiach.

Strzały na stacji

Natomiast warmińska poetka Maria Zientara-Malewska wspominała, jak to w olsztyńskim kościele w jednych ławkach siedzieli Polacy, a po drugiej stronie Niemcy i razem się modlili. Z kolei Feliks Walichnowski już pierwszego dnia w Olsztynie pił na dworcu kawę podaną przez autochtonki w habitach sióstr zakonnych. Szukając miejsca na nocleg, natknął się na niemieckich robotników przymusowych, których radzieckie władze zatrudniały do prac fizycznych. Ale widział także ślady pobytu w mieście szabrowników, głównie z pobliskich Kurpiów i Pomorza, którzy zabierali nawet wsypy z pierzyn i poduszek, choć zostawiali pierze. Zdarzały się jednak sytuacje o wiele groźniejsze. W lutym 1946 roku obok ostródzkiego dworca doszło do krwawej bitwy między Rosjanami a funkcjonariuszami Służby Ochrony Kolei. Zatrzymał się tam pociąg z radzieckim wojskiem. Sowieci zaczęli rozbijać kiosk spożywczy, w którym nocowała dziewczyna. Kiedy podniosła krzyk, w jej obronie stanął polski żołnierz. Rosjanie zastrzelili go. Wtedy na pomoc przybiegli sokiści pod wodzą komendanta miejscowego posterunku. Zaterkotały karabiny. Jedni mówią o 14 zabitych Rosjanach, drudzy o trzech i jednym polskim sokiście. Sprawa trafiła do marszałka Rokossowskiego, a ten podobno przekazał ją Stalinowi. „Po wielu zabiegach z polskiej strony uznano, że jest to sprawa natury kryminalnej, a nie politycznej. Dzięki temu komendant SOK w Ostródzie uniknął sądu wojennego. Skazano go na 15 lat, ale wyszedł z więzienia po pięciu” – tak to zdarzenie wspominał Wacław Markiewicz, wówczas komendant olsztyńskiego oddziału SOK, na łamach książki Joanny Wańkowskiej-Sobiesiak „Niezwyczajni”. Według oficjalnych danych na koniec 1945 r. Okręg Mazurski zamieszkiwało ponad 168 tys. przesiedleńców oraz 50 tys. „etnicznie polskiej ludności rodzimej”.• Korzystałem z artykułu Marka Książka „Pionierzy wśród Mazurów”.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma